Ideologiczna ofensywa unijna postępuje
Sobota, 3 października 2020 (14:03)Z Markiem Astem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym Sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
„Takie państwa jak Polskę czy Węgry trzeba finansowo zagłodzić!” – wezwała w wywiadzie radiowym wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego Katarina Barley. Wprawdzie po protestach ze strony Polski, niemiecka polityk przeprosiła, ograniczając swą wypowiedź do Węgier, ale niesmak pozostał. Czy to przypadkowe słowa, czy to element szerszej ofensywy?
Nawet jeśli te słowa byłyby skierowane tylko do Węgier, to i tak jest to skandal i zachowanie nie na miejscu. Dlatego próba tłumaczenia czy wycofania się z wypowiedzianych poglądów jest wręcz dziecinna, żeby nie powiedzieć, że jest przykładem politycznej niedojrzałości. Tak czy inaczej te słowa nigdy nie powinny były paść. Inna sprawa, że oddają one mentalność niemieckiej i europejskiej lewicy. Warto przypomnieć, że autorka tych słów, wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego Katarina Barley, reprezentuje SPD i znana jest z niechęci do Polski. Jeśli w swojej wypowiedzi posunęła się do tak pogardliwej wypowiedzi wobec wolnych państw, które chcą iść swoją drogą obrony tradycyjnych wartości i odwołują się do tych wartości, to znaczy, że w kręgach decyzyjnych może być przyzwolenie na takie ataki. W tym wypadku absolutnie przekroczona została granica przyzwoitości. W ustach Niemki słowa o zagłodzeniu jakiegokolwiek narodu europejskiego – nawet jeśli to jest przenośnia odnosząca się do finansów, to w kontekście II wojny światowej i zbrodni dokonanych przez Niemców takie słowa dyskwalifikują polityka, który je wypowiada. Jestem tutaj zgodny z wiceministrem spraw zagranicznych Pawłem Jabłońskim, że tego rodzaju słowa powinny być powodem do dymisji Katariny Barley.
Czy Unia Europejska, którą reprezentuje Katarina Barley, ma w ogóle kompetencje pozwalające w ten sposób karcić niepokorne kraje za łamanie tzw. praworządności?
W traktatach o Unii Europejskiej oraz w umowie stowarzyszeniowej nie ma jakiejkolwiek mowy o powiązaniu uruchomienia dotacji unijnych z tzw. praworządnością, czy też jej przestrzeganiem. Słowa niemieckiej polityk wpisują się w nagonkę, która jest prowadzona przeciwko Polsce i Węgrom już od wielu lat. A druga rzecz, jest to przygotowywanie gruntu, i to nie od dzisiaj, pod ewentualne, zupełnie niezgodne z prawem traktatowym – jednak – uzależnienie wypłaty unijnych funduszy od oceny przestrzegania tzw. praworządności w poszczególnych państwach – oczywiście ze wskazaniem na Polskę i Węgry jako państwa „niepokorne”. Z jednej strony – jeszcze w ubiegłym półroczu – mieliśmy zapewnienie premiera Mateusza Morawieckiego, że Unia Europejska wycofała się z tych niedorzecznych propozycji, ale widać, że ciągle jest coś na rzeczy, że wciąż są próby – forsowane głównie przez Niemcy, aby tego rodzaju zależność wypłaty unijnych funduszy od przestrzegania tzw. praworządności wprowadzić w życie. Natomiast wypowiedź wiceprzewodniczącej Parlamentu Europejskiego Katariny Barley albo jest lapsusem, albo rzeczywiście jest dowodem, że takie przygotowania ciągle trwają.
Czy zatem może to być przedsmak tego, co nas czeka? Wiadomo, że w poniedziałek w Parlamencie Europejskim ma się odbyć o mechanizmie powiązania tzw. praworządności z budżetem unijnym…
Niestety tak. Z pewnością trudniej byłoby taką debatę w europarlamencie przeprowadzić, gdyby nie donosy płynące z Polski na obecny rząd i państwo polskie, dotyczące funkcjonowania sądów, a także rzekomo nieprzestrzegania praw mniejszości seksualnych – domniemanych ataków na środowiska lgbt. Warto mieć świadomość, że bez inspiracji i suflowania niemieckim i europejskim politykom ewentualnych rozwiązań płynących wprost z Polski nikomu w Europie nie przyszłoby do głowy, aby takie powiązania wprowadzać. Ale skoro podpowiedzi płyną z samej Polski – jak chociażby od Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, które ostatnio z takim apelem też wystąpiło, czy od poszczególnych polityków z Koalicji Obywatelskiej czy Lewicy, czy od prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, która ostatnio w niemieckich mediach porównała Polskę do państwa nazistowskiego i komunistycznego, to takie zachowania czy słowa należy traktować wręcz jako zdradę stanu. Gdyby takie postulaty ze strony polskich sędziów czy polityków nie płynęły do Komisji Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, to taka debata nigdy by się nie odbyła.
Dlaczego Bruksela, widząc reakcje i sprzeciw poszczególnych państw, mimo wszystko forsuje tzw. praworządność i uzależnienie wypłat unijnych dotacji od jej przestrzegania?
Parlament Europejski jest dzisiaj zdominowany przez środowisko lewicowo-liberalne, środowisko sojusznicze wobec polskiej i węgierskiej opozycji. Te środowiska zdają sobie doskonale sprawę, że zarówno węgierskie, jak i polskie społeczeństwo jest bardzo prounijne i dlatego chcą stworzyć wrażenie, że rządy na Węgrzech czy w Polsce działają wbrew unijnym zasadom. Dzisiaj w prawie traktatowym nie ma jakichkolwiek konsekwencji finansowych powiązanych z realizacją wewnętrznej polityki, więc chcą wprowadzić zasadę uzależnienia wypłaty unijnych funduszy od tzw. praworządności. Wszystko po to, żeby pokazać, iż w Polsce czy na Węgrzech są rządy, które działają wbrew społeczeństwu, które swoimi działaniami doprowadzają do ograniczenia wypłaty dużych unijnych pieniędzy, a tym samym prowadzą do pogorszenia sytuacji obywateli. Oczywiście jest to zamysł, który powstaje nie w Unii Europejskiej, ale w Polsce i do Brukseli przenoszą go politycy Koalicji Obywatelskiej, Lewicy czy chociażby PSL – przecież niedawno mówił o tym prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz. Tym formacjom bardzo zależy, żeby Unia Europejska obcięła Polsce fundusze, a w konsekwencji – żeby mogli winę za to zrzucić na rząd Zjednoczonej Prawicy.
Jaka może być korzyść z działania przeciwko Polsce?
Korzyścią polityczną wynikającą z tego typu działań ma być spadek poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości, a być może w kolejnych wyborach odzyskanie władzy. Taka jest kalkulacja polityczna, z tym że jest to działanie, które nie ma nic wspólnego z demokracją, nic wspólnego z europejską solidarnością, nic wspólnego z traktatami europejskimi i wartościami, w oparciu o które powstała Unia Europejska, a do tego jest to działanie antypolskie. Czas chyba najwyższy, żeby ktoś się opamiętał, żeby sobie uświadomił, że tego typu regulacje „subordynujące” poszczególne niepokorne państwa nie zostaną wprowadzone, bo byłoby to złamanie umów stowarzyszeniowych.
Jak to możliwe, że Komisja Europejska ulega presji zwykłych opozycyjnych posłów z Polski, którzy domagają się cięć unijnych funduszy dla własnego kraju?
Myślę, że eurodeputowani opozycyjni z Polski to ekspozytura większej grupy polityków polskich – właściwie całej opozycji w Polsce. W tym gronie jest oczywiście nadzwyczajna sędziowska kasta, która czując się zagrożona, też stara się jak może wspierać opozycję polityczną w tych dążeniach. Z tym że jest to wyraz źle pojętej solidarności w ramach Europejskiej Partii Ludowej, której obecnie przewodniczy nie kto inny jak Donald Tusk. Na marginesie – węgierski Fidesz jest zawieszony w prawach członka EPP. Decyzję tę 20 marca ubiegłego roku podjęło Zgromadzenie Polityczne Europejskiej Partii Ludowej. Tym łatwiej jest europejskim politykom tego rodzaju chore pomysły przeciw Polsce i Węgrom forsować. Przyznam, że jestem zbulwersowany kolejnymi próbami wywierania presji na kraje niepokorne. Wydawało się, że sprawa jest już raz na zawsze zamknięta, że nie ma możliwości wiązania wypłaty europejskich funduszy, które – dla przykładu – w Polsce są wykorzystywane najlepiej jak tylko można. Przypomnę tylko, że Polska jest w czołówce państw wydających środki płynące z Unii Europejskiej zgodnie z ich przeznaczeniem. Pokazują to wszelkie unijne kontrole, dlatego tym bardziej tylko merytoryczna ocena powinna przesądzać o tym, w jakiej wysokości kwoty do danego państwa będą przekazywane. Nie mogą i nie powinny o tym przesądzać działania polityczne, a w szczególności powiązanie z czymś takim nieokreślonym jak przestrzeganie tzw. praworządności. Tym bardziej że kwestia ustroju sądów powszechnych, organizacji sądów w poszczególnych państwach Unii Europejskiej – to jest absolutnie wewnętrzna sprawa każdego państwa członkowskiego. Zresztą wielokrotnie przed Komisją Europejską, czy chociażby Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej wykazywaliśmy, że podobne zasady wyboru chociażby Krajowej Rady Sądownictwa obowiązują w innych krajach unijnych, chociażby w Hiszpanii czy w Niemczech. Widać jednak, że te merytoryczne argumenty do adresatów nie docierają.