• Piątek, 22 maja 2026

    imieniny: Wiesławy, Heleny, Julii

Unia na manowcach

Wtorek, 22 września 2020 (09:27)

Z prof. Tomaszem Grosse z Uniwersytetu Warszawskiego, ekspertem Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego ds. europejskich, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak odbierać forsowanie postulatów środowisk lgbt przez Komisję Europejską, co wyraźnie wybrzmiało w wystąpieniu o stanie UE przewodniczącej Ursuli von der Leyen?

– Było to orędzie złowróżbne, które można rozpatrywać na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, szefowa Komisji Europejskiej wyraźnie zapowiedziała, że wprowadzi regulacje, które w założeniu mają rozpoznawać relacje rodzinne, małżeńskie pomiędzy partnerami tej samej płci we wszystkich państwach członkowskich. Ta zapowiedź jest przekroczeniem kompetencji Komisji Europejskiej, ponieważ traktaty wyraźnie mówią, że ta sfera pozostaje w gestii konstytucji i parlamentów państw narodowych. To one mają decydować o definicji rodziny i jaki zakres uprawnień mają mniejszości, w tym mniejszości seksualne. Podobnie zresztą rzecz ma się w odniesieniu do polityki migracyjnej i praw osób, które na skutek migracji stają się członkami społeczeństw państw europejskich. Polityka migracyjna powinna być kompetencją państw członkowskich i to one mają prawo decydować, kogo do siebie wpuszczają i na jakich zasadach, a kogo nie. Natomiast Komisja Europejska chce metodą małych kroków wchodzić w obie te sfery.

Jeśli zaś chodzi o kontekst mniejszości seksualnych w wypowiedzi szefowej Komisji Europejskiej, to jest to pewna uzurpacja przez Unię Europejską, a dokładnie przez Komisję Europejską kompetencji, które przynależą do państw członkowskich. I to mnie bardzo niepokoi, bo mamy do czynienia ze złamaniem przepisów traktatowych.          

W Polsce kwestia środowisk lgbt, które domagają się coraz szerszych praw, budzi sprzeciw, natomiast Unia staje po ich stronie.

 – Niechęć jest obecna, i to nie tylko w kręgach konserwatywnych, ale nawet wśród sympatyków opozycji. Powód jest prosty: mianowicie mniejszości seksualne nie tyle domagają się tolerancji, ile raczej chcą narzucić większości swoje wartości, swoją interpretację rzeczywistości. Niekiedy czynią to, łamiąc prawa większości czy w sposób obraźliwy traktując wartości ważne dla większości. To wywołało ogromne wzburzenie i niechęć, co nie wynika z braku tolerancji, ale jest wynikiem agresji części środowisk lgbt. Co ciekawe, instytucje europejskie w ogóle nie rozumieją problemu. Co więcej, stają po stronie agresywnej mniejszości. Taka postawa powoduje, że duża część Polaków jest rozczarowana nie tylko postawą mniejszości seksualnych, ale także podejściem Komisji Europejskiej, która bierze w obronę stronę, która chce wprowadzić rewolucyjne zmiany w prawie, nie mając wystarczającego poparcia politycznego.

Ma za to po swojej stronie część Parlamentu Europejskiego? 

– Nie tylko europarlamentu, ale też Komisji Europejskiej, a także rządy niektórych państw członkowskich – zwłaszcza w tych krajach, gdzie rządzą elity liberalne lub lewicowe. To oczywiście ma katastrofalne skutki dla percepcji integracji europejskiej w polskim społeczeństwie.

Ursula von der Leyen powiedziała, że nie zamierza tolerować naruszania rządów prawa, a „europejskie wartości nie są na sprzedaż". Czym jednak są owe wartości europejskie dzisiaj?

– Trafna diagnoza, bo w dzisiejszej Unii Europejskiej, zwłaszcza w Parlamencie Europejskim i Komisji Europejskiej, nastąpiło zrównanie pomiędzy tzw. praworządnością a wartościami europejskimi. Czyli chodzi nie o przestrzeganie prawa jako takiego, ale o przestrzeganie wartości bardzo specyficznie interpretowanych właśnie przez środowiska lewicowe i liberalne.

Co to znaczy?

– To znaczy, że rządy nie mają faktycznie działać zgodnie z prawem, tylko ze wspomnianymi wartościami – nawet jeżeli, dajmy na to, w Polsce wchodzą one wręcz w kolizję z Ustawą Zasadniczą. Innymi słowy chodzi o narzucenie pewnej interpretacji wartości – niekiedy w sposób rewolucyjny, a więc z pominięciem, czy wręcz z łamaniem zasad konstytucyjnych, które obowiązują w państwach członkowskich.

To smutne, że takie kwestie stają się priorytetem Unii Europejskiej.

– Hasłem orędzia Ursuli von der Leyen o stanie Unii jest sentencja: „od kruchości do witalności". Zatem szefowa Komisji Europejskiej proponuje pewną polityczną wizję, pewien program działań Komisji. W obliczu kruchości Unii rozkładanej na łopatki przez szereg kryzysów  chce podać swoją receptę. Tylko że silnie koncentruje się na kwestiach ideologicznych. W sposób zideologizowany podchodzi nie tylko do praw mniejszości, ale również do polityki migracyjnej. Promowana jest polityka „otwartych drzwi”, podszyta coraz silniejszymi ideami antyrasistowskimi. To utrudnia merytoryczną dyskusję i poszukiwanie pragmatycznych rozwiązań, gdyż żadna inna polityka, poza liberalną, nie będzie zgodna z rozumieniem wartości europejskich. W ten sam sposób wygląda podejście do polityki klimatycznej, co też ma być zgodne z ideologiczną interpretacją tej sfery działalności publicznej.

Tak czy inaczej, jeżeli wiele dziedzin publicznych staje się zideologizowanych, to nie ma możliwości podejmowania racjonalnych działań zapobiegających kryzysom, natomiast podejmuje się czasem inicjatywy nierozsądne, a nawet przeciwskuteczne, czyli takie, które pogłębiają kryzys, zamiast go zażegnywać. Liczy się to, że są to działania zgodne z ideologią, która bierze górę. Tyle że my w Polsce mamy doświadczenie i wiemy, jak to się kończy, bo my przeszliśmy czasy rządów, kiedy prymatem polityki publicznej była właśnie ideologia. Najpierw próbowano się od niej dystansować, czyli ideologia sobie, a rzeczywistość sobie, i w ten sposób próbowano odpowiadać na to, że ta ideologia jest zgubna, ale w końcu i tak cały ten system się załamał. Obawiam się, że to samo możemy powiedzieć o orędziu Ursuli von der Leyen, która proponowała recepty tak silnie ideologicznie, że nie postawią Unii na nogi, ale są receptą na jej porażkę.

Na państwa niepokorne mogą zostać nałożone kary. Jak Unia może wymusić na Polsce realizację strategii na rzecz środowiska lgbt? Czy mogą nam zmniejszyć fundusze?

– Szefowa Komisji Europejskiej powiedziała, że należy chronić praworządność poprzez ochronę interesów budżetowych Unii Europejskiej. Tym samym dała do zrozumienia, że w pełni popiera sankcje finansowe nakładane na państwa niepokorne, które nie przestrzegają tzw. praworządności. A ponieważ praworządność de facto oznacza łamanie wartości europejskich w rozumieniu elit Parlamentu Europejskiego, to oznacza, że nie dotyczy to tylko nadużyć finansowych i korupcji, ale również łamania wartości w tych wszystkich sferach, o których wcześniej rozmawialiśmy.

Do czego może doprowadzić lewacki kurs Unii obrany przez obecne brukselskie ośrodki decyzyjne i demolowanie znanego nam systemu wartości?

– Jak już wspomniałem, zamiast wyprowadzić z „kruchości do witalności", to może tę kruchość pogłębić. Wielka Brytania opuściła Unię, bo miała poczucie, że Bruksela oraz Francja i Niemcy w coraz większym stopniu zawłaszczają brytyjską suwerenność, narzucając rozwiązania niekorzystne dla tego kraju. Po brexicie ta tendencja się jedynie wzmocniła i remedium na to, żeby temperować eurosceptyków, jest właśnie osławiona praworządność. Jest tylko pytanie, jak długo narody, które się nie zgadzają na takie podejście do integracji europejskiej, będą godzić się na taki dyktat. Czy będą protestować i czy klimat konfliktu wewnątrz Unii będzie wzmacniać integrację, czy raczej ją osłabiać. Wizja Ursuli von der Leyen to Europa coraz bardziej scentralizowana, a nie subsydiarna, a więc wspierająca państwa narodowe. W ramach tej wizji zawłaszcza się kompetencje narodowe, a głębsza integracja służy przede wszystkim interesom największych państw członkowskich, i to wszystko w bardzo zideologizowanym klimacie – coraz dalszym od myślenia praktycznego związanego z rozwiązywaniem problemów. Taka wizja prowadzi Unię na manowce. 

Dziękuję za rozmowę.     

Mariusz Kamieniecki