Możliwości Łukaszenki się zawęziły
Poniedziałek, 14 września 2020 (20:02)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Za nami spotkanie Putin – Łukaszenka w Soczi. Główne – ujawnione – ustalenia są takie: współpraca wojskowa właściwie bez zmian, Rosja udzieli Białorusi kredytu w wysokości 1,5 miliarda dolarów, ponadto Putin uznał, że Białorusini sami, bez podpowiedzi z zewnątrz, powinni rozwiązać sytuację w swoim kraju. Wszystko wskazuje na to, że w relacjach Rosji i Białorusi nic się nie zmienia.
– Wygląda na to, że nie. Warto jednak pamiętać, że o ile Białorusini są dzisiaj negatywnie nastawieni do Łukaszenki, o tyle nie są przeciwni Rosji. To jest inny kraj niż Ukraina, a więc na Białorusi ludzie nie mają antyrosyjskich skłonności. W związku z tym Putin nie może wykonywać gwałtownych ruchów. Sporo ryzykowałby też, stawiając tylko i wyłącznie na Łukaszenkę, bo w sytuacji porażki białoruskiego dyktatora – w sensie wpływów – przegrałby również gospodarz Kremla, podobnie jak stało się to na Ukrainie. Putinowi zależy nie na Łukaszence, ale na wpływach, dlatego pożycza pieniądze Białorusi, z Łukaszenką rozmawia, bo jest mu to potrzebne, ale nie może wszystkiego postawić na jedną kartę, bo dla niego liczą się interesy, a nie sympatie.
Właściwie po co Łukaszenka pojechał do Putina?
– Być może sądził, że osiągnie więcej. Co by nie powiedzieć, Łukaszenka w tej chwili musi się liczyć z Putinem choćby z uwagi na różne uzależnienia gospodarcze, także ze względu na różne uwarunkowania wewnętrzne, ale również z uwagi na uwarunkowania geopolityczne. Kto wie, może liczył, że w zamian za wyraźne poparcie sprzeda kolejny segment suwerenności białoruskiej, a Putin – w zamian – postawi na niego jako na jednego konia. Być może o to chodziło. Tak czy inaczej Łukaszenka, który jest niejako skazany na Putina, w Soczi osiągnął jednak minimum i dzięki temu po powrocie do Mińska może manifestować, że Moskwa z niego nie zrezygnowała, może wysyłać sygnał, że Putin go wspiera, że wciąż jest jego partnerem. Jest to również komunikat do jego aparatu władzy, który jest mocno powiązany z Rosją, że nie powinien się buntować przeciwko Łukaszence. To są bardzo ważne kwestie dla Łukaszenki, aby wojsko oraz inne instytucje, czy też ludzie powiązani z Moskwą, nie występowali przeciwko niemu. Chciał i poniekąd chyba pokazał, że Rosja wciąż na niego gra, tyle udało mu się osiągnąć.
A jak ta sprawa wygląda z punktu widzenia Putina?
– Putin, gdyby całkowicie postawił na Łukaszenkę, to popełniłby błąd – tak jak to było w przypadku Ukrainy i prezydenta Wiktora Janukowycza. Dzisiaj Janukowycza już nie ma, a po jego przegranej – z punktu widzenia Putina –na Ukrainie zaczął się chaos. Drugi raz tego samego błędu więc nie popełni.
Wiemy, co Putin dał Łukaszence, a co białoruski dyktator zaproponował Putinowi, jaka jest cena za – bądź co bądź – poparcie prezydenta Rosji?
– Łukaszenka nie ma zbyt wiele do zaoferowania i mógł dać to, co daje od dawna – mianowicie pewność, że Białoruś jest ciągle w strefie rosyjskich wpływów. Łukaszenka jest gwarantem, że za jego rządów Białoruś nie wydobędzie się spod wpływów Kremla. Ta głębsza integracja Białorusi z Rosją w ramach Związku Białorusi i Rosji jest dla Putina argumentem, aczkolwiek nie jedynym, który mógł sprawić, aby Łukaszenkę utrzymać przy władzy.
Jak teraz będzie z lawirowaniem Łukaszenki między Rosją a Zachodem?
– Możliwości Łukaszenki wyraźnie się zawęziły. Protesty społeczne, jakie mają miejsce na Białorusi, sprawiły, że Łukaszenka właściwie nie ma manewru i pozostaje mu tylko Rosja. Zresztą cała gospodarka białoruska jest nakierowana na Wschód i w zasadzie nie ma innych alternatyw. Owszem, Łukaszenka poprzez rozmowy z Zachodem próbował je budować, co więcej, markował, że będzie inaczej układał te kwestie, aby wyrąbać dla siebie niezależność. Jednak w istocie nic z tego nie wyszło, tym bardziej że Zachód, widząc, co dzieje się na Białorusi, jak traktuje protesty społeczne i opozycję, domaga się poszanowania praw człowieka. W tej sytuacji Łukaszence pozostała tylko Rosja, bo nawet już nie Ukraina, nie wspominając o innych sąsiadach.
Co spotkanie Putin – Łukaszenka i pierwsze sygnały, jakie z tych rozmów do nas docierają, mogą oznaczać dla protestów na Białorusi?
– Doniesienia z Soczi są też jakimś sygnałem do tzw. opozycji na Białorusi – opozycji, która nie jest sformalizowana. Zarazem jest sygnał dla protestujących, że Rosja niekoniecznie jest zdeterminowana, np. żeby interweniować militarnie na Białorusi w obronie Łukaszenki, jak to miało miejsce na Ukrainie. Ponadto z Moskwy płynie sygnał, że Kreml chce utrzymać swoje wpływy, a zatem Związek Białorusi i Rosji jest rzeczą konieczną, ale niekoniecznie musi zostać wdrożone rozwiązanie personalne. Zatem jest to ciekawy sygnał dla opozycji i protestujących ze względu na brak zdecydowanego, twardego stwierdzenia, że Łukaszenka i nikt więcej, że albo Łukaszenka, albo koniec świata.
Dzisiaj w siedzibie KPRM odbyło się spotkanie premiera z przedstawicielami ugrupowań zasiadających w Sejmie. Usłyszeliśmy też o planie Marshalla dla Białorusi. Czy to dobrze, że angażujemy się w sposób zdecydowany po stronie Białorusi, kiedy inni są bardziej powściągliwi?
– Jeśli mówimy o planie Marshalla dla Białorusi, to jest to – moim zdaniem – dobry ruch, szczególnie jeśli to my bylibyśmy liderami takiego projektu. Jeśli wcześniej wyszlibyśmy, dajmy na to, z inicjatywami gospodarczymi wiążącymi nas strategicznie z Białorusią, czy Białoruś z nami, to taki plan musi się później skapitalizować w sensie politycznym. Mam na myśli osiągalne wpływy, konkretne relacje, także możliwości naszego funkcjonowania na Białorusi i oddziaływania na scenę polityczną oraz na jej różne aspekty. I to jest interesująca sprawa.
Oczywiście, jak dotąd nie wiemy, na czym – w szczegółach – ten plan Marshalla miałby polegać, jednak wejście czy też zapowiedź wejścia z dużą inicjatywą pomocową, ale też inwestycyjną oraz gospodarczą, jest czymś, czego do tej pory nie było. To jest też przykład niewykorzystanych w przeszłości szans, co powodowało, że nas na Białorusi nie ma w sensie rzeczywistym, czyli gospodarczym, a jeśli nie ma nas w sensie gospodarczym, to również politycznym. Jest zatem cały szereg powiązań, dlatego jeśli z tym planem udałoby się nam wejść na Białoruś i zrobić to, o czym wspomniałem, to byłby to duży postęp.
Jak długo mogą potrwać protesty społeczne na Białorusi i jaki może być ich efekt finalny?
– Problem Łukaszenki jest taki, że nawet jeśli te protesty przycichłyby, gdyby udało mu się w jakiś sposób te protesty przetrzymać, także wykorzystując pieniądze, jakie otrzymał od Rosji, przeznaczając ich część, dajmy na to, na podwyżki dla strajkujących robotników itd., to wcale nie znaczy, że uda mu się na dłużej zachować względną stabilizację w kraju. Chodzi o to, że przy najbliższym jakimkolwiek kryzysie protesty mogą wybuchnąć na nowo i to ze zdwojoną siłą. Wszyscy mają tego świadomość. Oczywiście przy napięciu, jakie jest w tej chwili, można np. wprowadzić stan wojenny na obszarze Białorusi, można część niepokornych ludzi doprowadzić do emigracji z kraju – tak jak to kiedyś czyniły władze komunistyczne w Polsce. Tak więc trzeba by stworzyć jakąś formułę, która skanalizowałaby panujące tam nastroje, tak jak Sowieci za pośrednictwem komunistów w Polsce wymyślili okrągły stół. Jednak bez względu na to, jak to się teraz skończy, to w dłuższej perspektywie Białoruś już nie będzie taka, jaką znamy.
Czy zatem można zaryzykować stwierdzenie, że mimo wszystko dni polityczne Łukaszenki są policzone?
– Skoro nasze dni w sensie życia biologicznego są policzone, to cóż dopiero powiedzieć o polityce, w której się bywa. Łukaszenka, posiadając jakąś dyktatorską władzę, oczywiście może – tak jak kiedyś Fidel Castro na Kubie – doczekać swojego końca, ale warto pamiętać, że pęknięcie na Białorusi dokonało się na kanwie społecznej. Czym innym jest protest pojedynczych opozycjonistów, czym innym kilkutysięczna jedna czy druga manifestacja, co zawsze da się jakoś skanalizować, ośmieszyć, nawet skłócić aktorów zajść, ale tu mówimy o ogromnej fali i sile protestów, które trwają już ponad miesiąc. Tego nie da się zlekceważyć, ten bunt na zawsze zostanie w ludziach.
Wydaje mi się, że model władzy, jaki prezentuje Łukaszenka, jest na finiszu, ale trudno zdiagnozować, czy rządy Łukaszenki potrwają jeszcze rok, dwa czy więcej. Natomiast trzeba wziąć pod uwagę, że po protestach, po tym, co teraz dzieje się na ulicach Mińska czy innych białoruskich miast, to nie jest już to samo społeczeństwo. Jeśli zatem polityka i władza Łukaszenki utrzymają się w anachronicznym stanie, to cały czas będą kontestowane przez białoruskie społeczeństwo. W przypadku Białorusi to pewna nowość, bo tego wcześniej tam nie było, a Łukaszenka przez długie lata miał realne poparcie ogromnej części społeczeństwa. Nie było zatem tak, że po jednej stronie była znienawidzona władza, a po drugiej cały naród przeciwko tejże władzy. Tak czy inaczej kula śnieżna ruszyła, ale jak się to skończy, czas pokaże.