• Piątek, 22 maja 2026

    imieniny: Wiesławy, Heleny, Julii

Platforma drugi raz się nie podniesie

Niedziela, 6 września 2020 (08:07)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Miała być „Nowa Solidarność” – nowa siła na polskiej scenie politycznej, tymczasem wygląda na to, że z szumnie zapowiadanego projektu... nici?

Jak to mówi młodzież – popłynęli, zanim wystartowali. W kontekście awarii kolektorów „Czajki” znamienne są zapowiadane na ten weekend cztery manifestacje tzw. ekologów, aktywistów Extinction Rebellion w Warszawie, którzy domagają się ogłoszenia Alarmu klimatycznego dla Polski. Tyle że dziwnym trafem ci tzw. ekolodzy milczą na temat katastrofy ekologicznej wywołanej awarią w „Czajce”, uważając, że Wisła da sobie radę i... „sama się oczyści”. Jak widać, również ekolodzy są bardzo wybiórczy w doborze tematów protestów i jak tylko chcą, to zawsze potrafią ten problem sprzedać dalej – po swojemu.

Tak czy inaczej awaria „Czajki” pogrzebała polityczny projekt Trzaskowskiego na dobre?

Awaria sieci przesyłowej w Warszawie bez wątpienia pokazała, że prezydent Trzaskowski musi się określić, jednocześnie widać, jakiego Warszawa ma gospodarza. Przecież sytuacja z „Czajką” nie jest jednorazowym przypadkiem, ale te problemy pojawiały się już od dłuższego czasu. Oczywiście rozumiem, że prezydent bądź co bądź dużej aglomeracji nie jest prezesem wodociągów, rozumiem też, że nie może osobiście wszystkiego doglądnąć, ale ma od tego zespół ludzi, ma swoich przedstawicieli w radzie czy radach nadzorczych, i może wpływać na to, co się dzieje w takiej czy innej spółce. W tej sytuacji uzasadnione jest pytanie, co prezydent Trzaskowski zrobił przez cały ubiegły rok – od pierwszej awarii. Jakie były jego działania, jakie podejmował decyzje? I z tego jako włodarz Warszawy musi się publicznie wytłumaczyć i rozliczyć. Nie mówimy tu bowiem o sprawie błahej, ale o katastrofie ekologicznej zauważonej także przez gremia międzynarodowe. I choćby robiono wszystko, to tej sprawy nie da się przemilczeć i zamieść pod dywan, mówiąc, że nic się nie stało.

Czy tym sposobem Rafał Trzaskowski na dobre pogrzebał swoje szanse na poważne zaistnienie w polskiej polityce?

Bez wątpienia awaria „Czajki” jak w soczewce pokazuje to, co się dzieje nie tylko w Warszawie, ale także w Platformie – jak głęboki jest kryzys tej formacji. Na zewnątrz niby wszystko jest w porządku, wygląda ładnie i sprawnie, natomiast wewnątrz sprawy się już nie mają tak dobrze. Myślę, że sami liderzy Platformy nie wiedzą dzisiaj, w jakim kierunku to pójdzie. Co więcej, buldogi pod dywanem szaleją, ale na zewnątrz się tego nie pokazuje.

Czy niepowodzenia Rafała Trzaskowskiego mogą się odbić na sytuacji Platformy, która już była na dnie, ale jednak zdołała się odbić?

To fakt, że zadziałało koło ratunkowe rzucone Platformie przez Jarosława Gowina przed wyborami prezydenckimi, dzięki czemu mogli wymienić fatalną kandydatkę, Małgorzatę Kidawę-Błońską, i poprawić sondaże. Z totalnego dna, z niebytu, Platforma się wydobyła, ale gdyby nie to, to podejrzewam, że dzisiaj nie byłoby już Borysa Budki w roli lidera i sama Platforma nie istniałaby, a przynajmniej nie w tej formule co obecnie. Politycy Platformy mają więc dług wdzięczności wobec Jarosława Gowina.   

To odbicie to na długo? To trwały proces czy tylko chwilowy wzrost poparcia?

To jest trochę tak jak z tonącym, który jeszcze raz się wynurza i łapie oddech, ale nie wiadomo, czy sił starczy na kolejny. Podobnie Platforma nabrała powietrza, łudząc się, że wszyscy, którzy w drugiej turze wyborów prezydenckich głosowali na Trzaskowskiego, to są jego zwolennicy. Nic bardziej mylnego. Trzaskowski zapomniał, że w tych wyborach ogromna rzesza głosujących na niego to byli przeciwnicy Andrzeja Dudy i PiS-u. To nie byli prawdziwi zwolennicy Rafała Trzaskowskiego i Platformy. Dlatego sam zainteresowany – mając to wszystko na uwadze – powinien zweryfikować to, co nazywa swoim poparciem, a jednocześnie otrząsnąć się i określić, w którym jest miejscu, wyraźnie zdefiniować, kim chce być i co chce dalej robić. Na razie mam wrażenie, że Trzaskowski się pogubił – podobnie zresztą jak cała Platforma. Pogubił się jako prezydent Warszawy, również jego ambicja bycia liderem opozycji pozaparlamentarnej też się rozminęła z rzeczywistością.

Jakie błędy zostały popełnione? Czy mocny skręt Platformy na lewo – szczególnie w kwestiach obyczajowych, co do pewnego stopnia zagrało w wyborach do europarlamentu – mimo wszystko nie był błędem?

Co do tego nie ma wątpliwości. Warto też pamiętać, że żadna partia nie jest jednolita, że w każdej formacji są frakcje. Problem Platformy polega na tym, że frakcja –nazwijmy to: lewicowo-liberalna, a więc skrajna, na dzisiaj przeważyła. Skrzydło konserwatywne, które swego czasu reprezentował w Platformie na pewnym etapie minister spraw wewnętrznych Marek Biernacki, w 2018 roku wykluczony z jej szeregów, to skrzydło dzisiaj w Platformie już nie istnieje. Dzisiaj w Platformie góruje skrzydło lewicowe – powiem więcej: ostatnio rozmawiałem z kolegami i koleżankami z Sejmu, którzy mówią wprost, że dzisiejsza Platforma i Lewica toczą bój o to, kto jest bardziej skrajny, kto jest bardziej lewicowy, bardziej radykalny w swoim przekazie. Warto też mieć na uwadze, że Koalicja Obywatelska to jest zlepek przeróżnych politycznych tworów z takimi przedstawicielami, jak poseł Klaudia Jachira. Sądzę, że konserwatywne skrzydło wyborców Platformy, patrząc na działania poseł Jachiry, ma moralnego kaca, że ktoś taki jest ich przedstawicielem w Parlamencie.

Czy i jaką rolę w tej trudnej sytuacji może realnie odegrać dziś Donald Tusk? Czy może być jeszcze wartością dodaną, czy może Tusk i Platforma to już przeszłość – w dodatku nie najlepiej się kojarząca – także we własnej formacji?

Donald Tusk to w tej chwili twitterowy gawędziarz, który pojawia się tam, gdzie może błysnąć, ale nic wartościowego nie wnosi. Po dość asekuranckiej – żeby nie powiedzieć: przenikniętej tchórzostwem – postawie i rezygnacji z ubiegania się o najwyższy urząd w państwie jego notowania znacząco spadły. Gdyby przynajmniej spróbował i przegrał w uczciwej walce, to można by powiedzieć, że po męsku podjął wyzwanie, pokazując czy proponując inny model prezydentury dla Polski. Tymczasem zrezygnował, przyjmując rolę wiecznego recenzenta, politycznego malkontenta – w dodatku z krótką pamięcią i amnezją co do swoich dokonań, tego, jak rządził Polską i jakie były konsekwencje podejmowanych przez niego decyzji.      

I tę przeszłość wypominają mu Trzaskowski, Budka, Siemoniak, a nawet Nitras…

Jeśli Tusk dostaje baty nawet od swojego środowiska, to znaczy, że cierpliwość i taryfa ulgowa dla mitycznego lidera, który miał na białym koniu powrócić z Brukseli na krajową scenę, po prostu się skończyła. Tak naprawdę Donald Tusk przestaje być autorytetem i idolem dla swoich i odchodzi na polityczną emeryturę, gdy idzie o scenę w Polsce.

A wraz z nim Platforma…?

Platforma musi się określić, czym jest i w jakim kierunku zmierza. W odróżnieniu od wszystkich sił opozycyjnych pewną przeciwwagą jest w tym momencie Szymon Hołownia, który systematycznie i – co ważne – skutecznie prowadzi swoje działania. I nie wykluczałbym, że to on będzie tym, który spije śmietankę po Platformie. Może być zatem tak, że to Hołownia się okaże nową siłą polityczną, która przejmie to, co pozostanie po Platformie, co jest jeszcze do uratowania, a reszta przypadnie skrzydłu lewicowemu. W ten sposób może się okazać, że Platforma jako samodzielny byt polityczny zakończy swój żywot.

Po drugiej strony sceny politycznej jest Prawo i Sprawiedliwość. Czy w sytuacji, kiedy Platforma z Lewicą licytują się na radykalizm, kiedy zauważalny jest brak poważnego konkurenta w postaci konstruktywnej opozycji – wbrew pozorom – nie jest największym zagrożeniem dla PiS?

Zjednoczona Prawica ma poważnego konkurenta, który jest lekceważony, niedoceniony, a nazywa się pycha. Nie: kto, ale właśnie: co – czyli pycha, może bardzo szybko sprowadzić na ziemię koalicjantów i pokazać ich miejsce nie tylko w Zjednoczonej Prawicy, ale w ogóle na polskiej scenie politycznej. Przypomnę tylko, że zarówno Porozumienie, jak i Solidarna Polska jako odrębne byty w sondażach nie istnieją. Co więcej, gdyby dzisiaj odbyły się wybory parlamentarne, oba ugrupowania samodzielnie nie przekroczyłyby progu wyborczego. Takie są realia – bardzo jednoznaczne i bezwzględne, dlatego Zjednoczona Prawica musi szybko wyciągać wnioski. W przeciwnym razie może się okazać, że z każdym tygodniem pycha będzie rodzić coraz większe owoce, co może się przyczynić do politycznej klęski. Cała ta sytuacja pokazuje, że nie jest wykluczone, że wygrywając wybory prezydenckie, można wprowadzić prezydenta na drugą kadencję, ale można też stracić władzę w państwie i doprowadzić do wcześniejszych wyborów parlamentarnych. Myślę, że jest to temat na czasie. W ostatnich tygodniach w rządzie – mam na myśli ministrów koalicyjnych – zauważalny jest brak wspólnego, jednolitego przekazu dla całej Zjednoczonej Prawicy. Takie sytuacje nie pomagają w budowaniu przyszłych list w kolejnych wyborach parlamentarnych. Takimi działaniami koalicja pokazuje, że nie jest monolitem, że wspomniane przeze mnie formacje – Porozumienie i Solidarna Polska – same się stawiają poza nawias i nie zdziwię się, jak Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin dostaną to, o co się aż proszą, czyli swoją szansę samodzielnego startu w przyszłych wyborach parlamentarnych. Skoro czują się tacy mocni, to czas najwyższy, żeby pokazali, na co ich stać.

Jaka jest zatem – Pana zdaniem – najbliższa polityczna przyszłość w kontekście spodziewanej rekonstrukcji rządu?

Nie wykluczałbym też formuły zjednoczeniowej, czyli oficjalnego wchłonięcia przez PiS zarówno Porozumienia, jak i Solidarnej Polski. Wszystko po to, żeby zamienić je we frakcje w ramach PiS, co jest bardziej bezpieczne. Czas najwyższy przestać udawać, że ktoś, kto ma partię kanapową, jest wielkim liderem. Te formacje funkcjonują tylko dzięki temu, że trafiły na dobry statek – PiS, i pod szyldem tej formacji znalazły się w Parlamencie. Zatem realna siła liderów Porozumienia i Solidarnej Polski nazywa się PiS. Szyldy tych formacji nie istniały w kampanii wyborczej, natomiast zostały wyciągnięte dumnie, ale już po wyborach, kiedy przedstawiciele tych ugrupowań zostali posłami, wicepremierami, ministrami. W tym momencie zasadne byłoby scalenie tych formacji i budowanie jednego, wspólnego frontu opartego na tych frakcjach. Sądzę, że na dzisiaj – w kontekście zapowiadanej na jesień rekonstrukcji rządu – bardzo prawdopodobny pozostaje właśnie ten wariant, bo każdy inny będzie oznaczał szarpaninę. Tymczasem blok rządowy nie może sobie – na dzisiaj – pozwolić na problemy, zwłaszcza w obliczu jesieni i niewiadomej, jeśli chodzi o rozwój pandemii koronawirusa oraz związanego z tym kryzysu. Problemy personalne w obliczu tych niewiadomych są drugoplanowe, co więcej: nie są one ważne dla Polaków. Być może są pożywką dla mediów, również dla samych zainteresowanych, ale obywatele mają – w tym momencie – zupełnie inne priorytety. Ludzie chcą mieć pracę, pieniądze na godne życie, chcą czuć się bezpieczni także pod względem zdrowotnym. I to jest na dzisiaj istota problemów w Polsce. Wszystko pozostałe to emocje, które w tej chwili nie mają aż tak dużego znaczenia.  

    Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki