Dumni z Polski
Sobota, 22 sierpnia 2020 (17:31)Z Andrzejem Pisalnikiem, rzecznikiem Związku Polaków na Białorusi rozmawia Maciej Stanisławski
Jak przyjęto na Białorusi deklaracje szefów unijnych struktur o nieuznaniu zwycięstwa Alaksandra Łukaszenki?
– Unia Europejska jednym głosem powiedziała, że nie uznaje wyników wyborów – tych, które ogłosił Łukaszenka. Tym samym oznacza to, że UE nie uznała go za prezydenta. Traktuję to jednak raczej jako deklarację i trudno oczywiście oczekiwać czegoś więcej od Unii Europejskiej. Pewne mechanizmy, sankcje wobec obozu obecnej władzy stosowane już były wcześniej i nie przyniosły raczej oczekiwanego rezultatu. Można jednak liczyć, że zostaną wypracowane skuteczne metody wpływu na naszą sytuację – oczywiście w ramach istniejących w samej UE regulacji. Podkreślę jednak, że należy się cieszyć z tego, co udało się osiągnąć, i trudno krytykować tutaj Unię. Należy jednak pochwalić Polskę, która zainicjowała ten szczyt, te działania, które zostały podjęte, i przyjęte ustalenia. Jako Polacy możemy być dumni z rządu Polski, któremu udało się przeforsować jednolite stanowisko, i mnie, jako Polaka na Białorusi, bardzo to cieszy.
Jak wygląda sytuacja Polaków na Białorusi?
– Sytuacja cały czas jest rozwojowa, więc trudno powiedzieć, że zaistniał jakiś fakt do końca. Polacy są częścią społeczeństwa i tak samo jak Białorusini próbują walczyć o wolność i niepodległość tego kraju. I oczywiście o demokratyczne zasady rządzenia tym krajem. Tutaj w zasadzie nie różnimy się od Białorusinów i byłoby chyba niesprawiedliwe, gdybym próbował Polaków postawić jakoś osobno.
Jakie zatem były oczekiwania nie tylko z Państwa strony, ale także ze strony protestującej większości społeczeństwa białoruskiego po środowym szczycie państw unijnych?
– Swiatłana Cichanouska zwróciła się do liderów Unii Europejskiej z apelem, żeby nie uznawali ogłoszonych przez Łukaszenkę i jego reżim wyników wyborów. Z tym postulatem zgadza się, jak sądzę, większość społeczeństwa białoruskiego, w tym też Polacy – to widać na wiecach protestacyjnych, które odbywają się codziennie w większości miast Białorusi. W Grodnie taki wiec odbywa się co wieczór o godzinie 19.00 na głównym placu miasta. Tam nawet czasem przychodzą przedstawiciele władz i próbują rozmawiać z ludźmi. Ale dominuje przesłanie, że Łukaszenka powinien odejść i powinny zostać rozpisane wolne, demokratyczne wybory. W Grodnie strajkują dwadzieścia dwa przedsiębiorstwa – a przecież w całej Białorusi do strajku przyłączają się większe zakłady.
Władze próbują umniejszać skalę tych strajków i protestów?
– Oczywiście, próbuje się nie tylko fizycznie zdusić te protesty, ale też je medialnie umniejszyć.
Efekt szczytu unijnego nie był przesądzony. Mamy świadomość, że niektóre państwa UE związane są interesami z Rosją, której zależy na kontrolowaniu sytuacji w swojej strefie wpływów. Angela Merkel rozmawiała przecież z Władimirem Putinem właśnie o sytuacji na Białorusi – i oczywiście mogło być tak, że podjęli jakieś zakulisowe ustalenia. Tutaj ludzie obawiają się ingerencji Rosji w procesy demokratyczne na Białorusi. Muszę dodać, że dziennikarze państwowej telewizji, którzy też ogłosili strajk w Mińsku, poinformowali w środę, że z Rosji przyleciały dwa samoloty z ludźmi – specjalistami od telewizji – i ci ludzie zastępują strajkujących dziennikarzy telewizji państwowej. To może być taka pełzająca okupacja, jeśli chodzi o media.
Czy też początek elementów działań hybrydowych, które Rosja doskonale zdążyła przećwiczyć chociażby na Ukrainie...
– Dokładnie tak, tego też się bardzo obawiamy. Dlatego wszystkim zależało na takim jednoznacznym, twardym i klarownym stanowisku ze strony Europy. Żeby Białorusini poczuli, że nie są osamotnieni. Tak jak mówił Paweł Łatuszka [dyrektor głównej białoruskiej sceny teatralnej, były ambasador Białorusi w Polsce i były minister kultury], Europa nauczyła naród białoruski demokracji, ale niestety nie udało się Europie nauczyć tej demokracji urzędników i władz białoruskich. I teraz Białorusini starają się zachowywać te zasady demokratyczne, te standardy i porządek w swoim kraju, ale urzędnicy motywowani przez Łukaszenkę robią wszystko, by temu przeciwdziałać. Więc zrozumiałe było oczekiwanie, że skoro Europa już tyle zainwestowała w nauczenie ludzi na Białorusi cywilizowanego zachowania, to podejmie wysiłek, by urzędników i władze też tego nauczyć, do tego przekonać. Pytanie, czy efekty tego szczytu okażą się wystarczające. Nie krytykuję tutaj Unii, ale może się okazać, że zaproponowane sankcje, restrykcje wobec osób obozu obecnej niedemokratycznej władzy nie odniosą skutku – tak jak było przy okazji poprzednich podobnych działań.
Dla całej Europy najgorszym scenariuszem byłoby wepchnięcie Białorusi w objęcia Rosji. A wpływy Rosji już są w tej chwili ogromne.
– Wpływy są duże, co jest naturalne, bo Rosja jest przecież sąsiadem Białorusi, małego kraju. Ale Białorusini, mimo że rozmawiają po rosyjsku, w swojej większości jednak mają świadomość odrębności, tożsamości, i bardzo sobie ją cenią. Mają też świadomość, że są narodem europejskim, i stąd też oczekiwanie, że Europa da wyraźny sygnał, że podmiotowo postrzega naród białoruski i w ten sposób go traktuje – jako partnera. Może jeszcze nie w tej chwili, nie obecnie, bo brakuje przecież normalnych ośrodków władzy demokratycznej... Ale gdyby zaszły oczekiwane zmiany, te oczywiście na lepsze, to spodziewamy się po Europie wyraźnego zaangażowania i współpracy z Białorusią jako równoprawnym partnerem. Zgodnie zresztą z zapowiedziami.
Pana zdaniem rzeczywiście byłaby szansa na utworzenie ośrodka władzy, na którego czele stanęłaby Swiatłana Cichanouska? Osoba w zasadzie bez politycznego zaplecza?
– Cóż… To z jej inicjatywy została powołana tzw. rada koordynacyjna, w środę miało się odbyć jej pierwsze posiedzenie…
Ale rada ta z założenia miała jedynie pomóc w doprowadzeniu do demokratycznych wyborów, chociaż ze strony Łukaszenki już pojawiły się zarzuty, że jej celem jest przejęcie władzy...
– Zamach stanu – to retoryka Łukaszenki. Wiadomo, że będzie robił wszystko, aby utrzymać się u władzy. Może także woleć zwrócić się wprost o pomoc do Moskwy, niż podzielić się ze społeczeństwem białoruskim chociaż częścią tej władzy. Dlatego potrzebne było to jednoznaczne stanowisko ze strony całej Unii Europejskiej, bo przecież deklaracje poszczególnych państw członkowskich czy urzędników unijnych, ale też ogólnie świata zachodniego, nieuznające wyborów i potępiające wydarzenia na Białorusi już się pojawiały wcześniej. Potrzebne, żeby Putinowi nie tyle nie chciało się angażować w wydarzenia na Białorusi – bo jemu może się oczywiście śnić o wchłoniętej przez Rosję Białorusi – ile raczej, żeby zestawił plusy i minusy ewentualnej interwencji i żeby wyszło mu to na duży minus.
Społeczeństwo białoruskie się przebudziło…
– Tak jak powiedziałem, Białorusini mają swoją tożsamość, mimo że mówią językiem rosyjskim. Można chyba porównać ich do Irlandczyków, którzy mówią językiem angielskim, ale są przecież odrębnym narodem. Dobrze, że mogą czuć, iż Polacy są ich przyjaciółmi.