• Sobota, 23 maja 2026

    imieniny: Iwony, Dezyderiusza

Co dalej u wschodniego sąsiada?

Wtorek, 18 sierpnia 2020 (18:41)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą na KUL i w WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Strajki, protesty uliczne nie tylko w Mińsku. Czy to, co się dzieje obecnie na Białorusi, to już rewolucja czy tylko próba sił?

– Trudno powiedzieć, czy to rewolucja, ale z całą pewnością mamy do czynienia z mocnym – chyba najmocniejszym do tej pory – protestem społecznym przeciw prezydentowi Łukaszence. Protest o skali do tej pory nienotowanej – zwłaszcza że do strajku przystępują zakłady pracy. Problem jest jednak z białoruską opozycją, której skala zorganizowania wydaje się być niewielka. Te protesty wtedy przyniosą skutek, osiągną zamierzony cel, jeśli dojdzie do podziału w ekipie władzy Łukaszenki. Na razie tego nie widzimy, ale protesty trwają bodajże dziewiąty dzień i trudno w tej chwili powiedzieć, jak sytuacja się jeszcze rozwinie. Ważne będzie też zorganizowanie pomocy dla zwalnianych pracowników, co może przyspieszyć falę i rozmiar protestów.

Czego tak naprawdę chce społeczeństwo białoruskie i czy – jak Pan Profesor zauważył – opozycja ma pomysł na to, jak przejąć władzę i jak ją zagospodarować?

– Wydaje się, że Swiatłana Cichanouska nie jest typowym liderem politycznym. Warto przypomnieć, że jej kandydatura była przypadkowa, bo wystartowała w wyborach w zamian za męża, który został aresztowany przez reżim Łukaszenki. A zatem jej kandydatura nie jest efektem procesów wewnętrznych. Ponadto należy pamiętać, że na Białorusi jest dyktatura, inwigilacja opozycji, która jest zwalczana w sposób metodyczny – właściwie od zawsze.

Przypomnijmy też sobie sytuację Polski z 1980 roku, gdzie strajki na Wybrzeżu i w innych częściach kraju też nie miały planu, scenariusza. Co więcej, na szczytach tych protestów część osób należała do agentury, ponadto protesty te były wykorzystywane do wewnętrznej walki o władzę, a jednak mimo to sytuacja wymknęła się spod kontroli i strajki sierpniowe ostatecznie doprowadziły do przemian w Polsce. Trudno zatem powiedzieć, jak rozwiną się wypadki na Białorusi. Na pewno sytuacja jest dynamiczna, ale przyszłość w ogromnej mierze zależeć będzie od tego, jak zachowają się białoruskie elity, zgromadzone wokół Łukaszenki. Jest pytanie, czy widząc, co się dzieje, nadal będą trwały przy nim, czy w krytycznym momencie go pozostawią.

Swiatłana Cichanouska powołała 33-osobową Radę Koordynacyjną, w skład której wchodzą przedstawiciele opozycyjnych partii politycznych i organizacji pozarządowych oraz biznesmeni, ekonomiści, politolodzy, ludzie kultury, która ma reprezentować opozycję w rozmowach z rządem. Tylko czy Łukaszenka zechce rozmawiać, bo jeszcze niedawno mówił, że nie będzie nowych wyborów prezydenckich i że nie zrobi niczego pod presją?

– Łukaszenka stara się maksymalnie wykorzystać element strachu i temu mają służyć jego wcześniejsze spotkania z Putinem, a ostatnio kilka rozmów telefonicznych z rosyjskim przywódcą nagłaśnianych w przestrzeni publicznej. Elementem nacisku mają być też białorusko-rosyjskie manewry wojskowe w pobliżu elektrowni atomowej w Ostrowcu, nieopodal granicy białorusko-litewskiej. Pozornie nie mają one związku z bieżącą sytuacją na Białorusi, ale tylko pozornie.

Po ogłoszeniu wyników wyborów, kiedy zwycięzcą okazał się Łukaszenka, i po rozpoczęciu protestów, które według białoruskiego dyktatora są inspirowane z zewnątrz, a także sugestiom, że Białoruś znalazła się w obliczu interwencji wrogich sił, te manewry mają swój wydźwięk. To wszystko ma pokazać, że Łukaszenka jest zdeterminowany utrzymać władzę, a także wywrzeć presję na społeczeństwo. Niezależnie od tego wszystkiego powinniśmy zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Mianowicie, że względnie słaby rozwój gospodarczy Białorusi powoduje ogromne frustracje w społeczeństwie. Białorusini, przyjeżdżając chociażby do pracy u nas, widzą ogromne dysproporcje między Polską a Białorusią, a Łukaszenka nie bardzo stwarza alternatywę, nie daje nadziei na dobry rozwój kraju.

Podobnie było na Ukrainie. W związku z czym powstaje pytanie: kto będzie bardziej zdeterminowany, czy rozczarowane, sfrustrowane społeczeństwo, szczególnie młodzież, czy może Łukaszenka ze swoim aparatem władzy? Oczywiście z perspektywy można powiedzieć, że widzieliśmy wiele dyktatur i w momencie, kiedy dochodziło do przesilenia, elity związane z władzą opuszczały dyktatora. Wystarczy przypomnieć przypadek prezydenta Janukowycza na Ukrainie. Jest też kwestia lojalności milicji i wojska wobec reżimowej władzy. Dzisiaj – jak słyszymy – Łukaszenka odznaczył medalami około trzystu funkcjonariuszy, m.in. znienawidzonego przez Białorusinów OMON-u, co jasno pokazuje, po której stronie stoi dyktator z Mińska.    

Wspomniał Pan o manewrach wojsk białoruskich i rosyjskich w pobliżu granicy z Litwą. Do kogo wysyłany jest ten sygnał?

– Przede wszystkim do obywateli Białorusi, ale i na zewnątrz, także do Polski i krajów sąsiednich. Łukaszenka, ale też Putin doskonale zdają sobie sprawę, że poparcie z Zachodu dla białoruskiej opozycji jest bardzo ważne. Dlatego Łukaszenka chce doprowadzić do sytuacji, jak kiedyś Wojciech Jaruzelski w Polsce, który dla przypomnienia był popierany wprost przez Niemcy Zachodnie, bo sądzono, że lepszy jest Jaruzelski wprowadzający stan wojenny w Polsce niż destabilizacja sytuacji między Wschodem i Zachodem, groźba ewentualnej wojny nuklearnej czy też wprost interwencja sowiecka w Polsce.

Zatem ta psychologiczna gra Łukaszenki, jaką dzisiaj obserwujemy, jest adresowana do własnego społeczeństwa, ale także na zewnątrz. Co więcej, jest charakterystyczna dla takich postkomunistycznych dyktatur. Łukaszenka takim właśnie postkomunistycznym dyktatorem jest i co ciekawe, jest przy tym dość sprawny. Tak czy inaczej wszystko jest w grze i czas pokaże, w jakim kierunku sytuacja się rozwinie.    

Jak długo białoruski dyktator jest w stanie utrzymać władzę i czy Rosja może mu przyjść z pomocą? Czy Putin może odważyć się na otwartą interwencję wojskową?

– Wojska białoruskie już dzisiaj są bardzo mocno złączone z rosyjskimi siłami zbrojnymi. Myślę też, że również agentura rosyjska jest wrośnięta bardzo głęboko w przestrzeń Białorusi. Putin oczywiście zdecydowałby się na taki ruch – interwencję wojskową, ale w sytuacji skrajnej, to znaczy gdyby widział, że Białoruś – w sensie geopolitycznym – wymyka mu się z orbity wpływów, że idzie w kierunku zachodnim. Jeśli nie zdiagnozuje takiego zagrożenia, to będzie nadal prowadził tę swoją grę.

Proszę zwrócić uwagę – cóż z tego, że na Ukrainie zmieniła się władza, skoro jest dzisiaj i tak o wiele bliższa Rosji, niż było to za prezydenta Poroszenki. Zatem Rosja ma wiele możliwości działań, ale trzeba też pamiętać, że ruch wojskowy jest kosztowny, a do tego może zaowocować nowymi sankcjami, które z pewnością dotknęłyby Moskwę. Dlatego widać grę psychologiczną Rosji, która chce pokazać, że nie pozwoli, aby Białoruś wymknęła się z jej strefy wpływów. Patrząc całościowo, trzeba też nadmienić, że Putin miał problemy z samym Łukaszenką, który jest – owszem – nastawiony na opcję rosyjską, ale nie tak, żeby być całkowicie uległym Putinowi. To wszystko jest bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać.

Czego możemy się spodziewać po jutrzejszym unijnym szczycie w sprawie Białorusi, o który wnioskowała Polska? 

– Myślę, że jak zwykle w tego typu sytuacjach skończy się na apelach, może na próbie straszenia i zapowiedziach ewentualnych sankcji, którymi zostałaby objęta część białoruskiej elity. Ale to nie ma większego znaczenia. Natomiast jest pytanie, jak zachowają się Niemcy, czy są zdolne wejść w spór z Rosją. To – moim zdaniem – jest dzisiaj kwestia kluczowa, jeśli chodzi o Białoruś. Jak wiadomo, Niemcy chcą wejść w układ gospodarczy z Rosją i to wydaje się rozstrzyga o tym, co w kwestii Białorusi zrobi Unia Europejska. Dlatego spodziewałbym się apeli, ale nie sądzę, żeby to się przełożyło na jakieś konkretne, realne działania.

Co Polska może zrobić? Czy powinniśmy czekać na Brukselę, czy może zacząć działać niezależnie od woli kierownictwa Unii Europejskiej?            

– Polska już od wielu lat, a nawet dziesięcioleci powinna działać na Białorusi, tyle że nie działa, a przynajmniej nie dość skutecznie. Powinniśmy działać niezależnie od Unii Europejskiej, powinniśmy zwiększać swoją obecność gospodarczą, społeczną poprzez rozmaite kontakty, a wszystko po to, żeby móc wpływać na bieg zdarzeń na Białorusi. Polityka polska, ta z lat 90. ubiegłego wieku i początku wieku XX, była nade wszystko nakierowana na to, żeby Unię Europejską interesować tą przestrzenią i zachęcać do poszerzania się na wschód. Jednak w momencie, kiedy Putin w wojnie gruzińskiej, a później także ukraińskiej pokazał, że absolutnie nie zgodzi się na jakiekolwiek rozszerzanie Unii Europejskiej na wschód, Niemcy zaczęły układać się z Rosją.

Natomiast my, niestety, nie mamy na Białorusi rozbudowanych swoich wpływów. Nawet pomimo tego, że to są nasze tradycyjne, dawne ziemie i że jest to nasza strefa buforowa – kluczowa, jeśli bierzemy pod uwagę bezpieczeństwo naszego państwa. Dlatego tym bardziej powinniśmy rozwijać nasze wpływy na Białorusi, powinniśmy prowadzić samodzielną politykę zarówno na Ukrainie, jak i na Białorusi, podobnie jak kiedyś zainwestowaliśmy w Rafinerię w Możejkach, co nam się dzisiaj spłaca, jeśli bierzemy pod uwagę wpływy na Litwie. Oczywiście, oględnie mówiąc, nasze stosunki z Litwą nie są najlepsze, ale mamy pewne narzędzia wpływu, jesteśmy w posiadaniu politycznych czy gospodarczych dźwigni i podobnie trzeba się nam rozpychać w przestrzeni Międzymorza, bo to jest naturalna przestrzeń rywalizacji Polski i Rosji. Od tego ucieczki nie ma. Inne natomiast są geopolityczne wizje Niemiec i Rosji oraz Unii Europejskiej i Rosji.

                 Dziękuję za rozmowę.             

Mariusz Kamieniecki