• Sobota, 23 maja 2026

    imieniny: Iwony, Dezyderiusza

Triumf ducha

Sobota, 15 sierpnia 2020 (08:35)

W 1920 roku Polska modliła się o cud. Niebo odpowiedziało – 15 sierpnia pod Warszawą. Zatrzymany został marsz bolszewickich hord niosących na swoich bagnetach bezbożną rewolucję i zagładę.

Dokonał się wielki Maryjny cud. Na miarę Lepanto, Wiednia – wspaniałych zwycięstw, które odmieniły bieg historii, a których nie można wytłumaczyć tylko ludzkim działaniem.

Wiktorię w wojnie z wojskami spod czerwonej gwiazdy zawdzięczamy Matce Bożej Łaskawej – Strażniczce Rzeczypospolitej. Sama Maryja niemal pół wieku wcześniej objawiła mistyczce Wandzie Malczewskiej, że w święto Wniebowzięcia dopomoże nam w odparciu odwiecznego wroga. Ten nadprzyrodzony wymiar Cudu nad Wisłą był oczywisty dla nauczycieli naszego Narodu: św. Jana Pawła II, ks. kard. Stefana Wyszyńskiego, ks. kard. Augusta Hlonda. W 50. rocznicę zwycięstwa nad bolszewikami Prymas Tysiąclecia – świadek wielkiej wiktorii, mówił do Episkopatu Polski: „Wiara każe nam widzieć w wielu zdarzeniach historycznych Narodu interwencję Bożą. Taką interwencję Bożą niewątpliwie widzieliśmy i w roku 1920”.

Cud nad Wisłą to zwycięstwo wiary we wszechmoc Bożą, w siłę modlitwy i w jedność Narodu. To była naprawdę wojna o być albo nie być. Pod Warszawą decydował się los Polski i wszystkiego, co ją stanowi: Kościoła, religii, kultury, tradycji – dziedzictwa cywilizacji chrześcijańskiej.

Czy bylibyśmy dziś Polakami, gdyby zwyciężyli bolszewicy? Jaka skala eksterminacji dotknęłaby Naród – już w sierpniu 1920 roku krwawy kat Dzierżyński nakazał utworzenie obozów koncentracyjnych dla Polaków. W jakim języku mówilibyśmy? Żyjąc w Polskiej Republice Rad, zapewne po rosyjsku.

Wysiłek Narodu

Sto lat temu niszczycielski komunizm został zatrzymany. Dzięki Polsce „błędy Rosji”, przed którymi ostrzegała Matka Boża w Fatimie, nie rozlały się wtedy po całej Europie i świecie.

Jak możliwe było tak wielkie zwycięstwo? Nie miało przecież prawa zaistnieć. Nikt, poza samymi Polakami, nie wierzył, że uda się obronić świeżo odzyskaną niepodległość. Zachód spisał swego sojusznika na straty i nie robił żadnej tragedii z tego faktu. Armia Tuchaczewskiego, która miała rzucić Leninowi pod nogi Warszawę, liczyła prawie pół miliona sołdatów. Mogliśmy im przeciwstawić trzykrotnie mniejsze siły.

A jednak Pan Bóg pobłogosławił wielki wysiłek Narodu. Okazał swą łaskę, przyjmując ofiarę życia ks. Ignacego Skorupki. Wysłuchał żarliwych modlitw Narodu, który zawierzył się swej Królowej i Najświętszemu Sercu Jezusa. Wynagrodził poświęcenie, ofiarność, patriotyzm Polaków spieszących z pomocą wdowim groszem na wsparcie armii. Pan dziejów pobłogosławił nam, bo sternicy nawy państwowej potrafili wznieść się ponad egoizm, niechęci i działać w jedności.

Ponad „duchem czasu”, który zawsze podcina nam skrzydła, zatriumfował szlachetny duch polski, gdy walczymy o sprawy Boże i narodowe. Żołnierze spod Ossowa, Radzymina, Włocławka, Płocka, Zadwórza wiedzieli, że walczą w obronie ładu moralnego i narodowej tożsamości. Chcieli być Polakami, nie obywatelami komunistycznej międzynarodówki. Marzyli, żeby Polska była Polską.

Trudno wyobrazić sobie Polskę bez katolicyzmu, bez Chrystusa, bez krzyża. W tym wyraża się sens naszego trwania wbrew tylu wyrokom śmierci wydanym na Naród przez wrogów polskości i chrześcijaństwa. To jest zadanie zlecone nam przez Boga na „ziemi szczególnie odpowiedzialnego świadectwa”, jak wskazywał św. Jan Paweł II. Chwalebnie wypełnili je obrońcy Polski i Europy w 1920 roku. Przyjąć i dorastać każdego dnia do misji powierzonej Narodowi musi każde kolejne pokolenie.

Dziś, gdy nadciąga nowy totalitaryzm zamaskowany w tęczowe barwy, potrzebna jest taka wiara, jaką mieli Polacy w 1920 roku. Polska znów jest na pierwszej linii walki o przyszłość Europy i świata. Tu rozgrywa się największa duchowa batalia między cywilizacją miłości a antycywilizacją śmierci – o człowieka, małżeństwo, rodzinę, Kościół. Jesteśmy ostatnim szańcem. Nadzieją dla nielicznych sprawiedliwych trwających wiernie przy Chrystusie i nienaruszalnym depozycie wiary. Gdy Polska padnie pod naporem dyktatury ateizmu, ciemności zła ogarną całą ludzkość.

Nieprzyjaciel ma do dyspozycji wszystkie dobra tego świata, tuby propagandowe, zastępy jawnych i ukrytych sojuszników. W wielu osłabłych sercach rodzi się tchórzliwa pokusa wywieszenia białej flagi. Powstają nawet „raporty”, które wmawiają, że Polska nie jest już krajem katolickim, że nieuchronnie „musimy” iść drogą zsekularyzowanych, pogrążonych w absolutnej pustce duchowej społeczeństw Zachodu. Siewcy defetyzmu piszą czarne scenariusze dla Kościoła, który albo zmieni się pod dyktando zwolenników „Kościoła otwartego”, albo zniknie.

Co za upadek ducha! W obliczu potężnej mobilizacji zła nie potrzebujemy antyświadectwa, tchórzliwych recept, ale mocy i odwagi. Całkowitego, bezgranicznego zaufania Panu Bogu i Maryi. Czas skończyć z grzesznymi kompromisami i podjąć heroiczną walkę o odparcie kolejnej rewolucji przeciwko Kościołowi i człowiekowi. To zobowiązanie do działania dla świeckich i kapłanów, zwłaszcza naszych pasterzy, by nie rozgrzeszali się z bezczynności kłamliwym sloganem o „niemieszaniu się do polityki”. Tu chodzi o ratowanie dusz, o odpowiedzialność za zbawienie powierzonych im przez Chrystusa owiec.

„Kto dzisiaj powstanie, by głosić miastom Zachodu wiarę, na którą one czekają” – to pytanie ks. kard. Robert Sarah kieruje również do nas – do spadkobierców zwycięskich obrońców Ojczyzny w 1920 roku. Od konfrontacji z tęczową dyktaturą ateizmu i przemocy nie wolno się uchylić żadnemu wyznawcy Chrystusa. „Pan obroną mego życia, przed kim mam się trwożyć” (Ps 27,1) – Bóg zapewnia o swojej nieustannej opiece. Matka Najświętsza wybrała Polskę na swoje królestwo i nigdy nie wypuści nas ze swych macierzyńskich dłoni. Ona odniosła tyle zwycięstw w naszym Narodzie. Garstka obrońców Jasnej Góry z ojcem Augustynem Kordeckim skruszyła potęgę szwedzką, która opanowała całą Rzeczypospolitą.

Gdy i my bezgranicznie zaufamy naszej Królowej, będziemy świadkami kolejnych cudów. Wydarzenia większe niż Lepanto i Wiedeń zapowiedział ks. kard. August Hlond. Komunizm był wtedy u szczytu swej potęgi, wydawało się, że będzie trwał wiecznie. A Prymas widział zwycięstwo Kościoła, które przyjdzie przez Maryję. Jego następca, ks. kard. Stefan Wyszyński, podjął duchowy testament Bożego męża i „wszystko postawił na Maryję”. Nie zawiódł się – Matka Najświętsza uratowała Naród i Kościół, dała Polsce i światu wielkiego Papieża – św. Jana Pawła II, który był „Totus Tuus”.

My tak samo musimy działać – wszystko postawić na Maryję. Ufajmy wbrew wszelkim ludzkim rachubom. Z Jej pomocą pokonamy tęczową tyranię. To Ona zetrze głowę węża. Jej Niepokalane Serce zatriumfuje.

Małgorzata Rutkowska