Scentralizowane państwo w rękach byłego dyrektora kołchozu
Czwartek, 13 sierpnia 2020 (17:17)Z dr. Tomaszem Rzymkowskim, posłem PiS, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Białorusini nie uznają zwycięstwa Łukaszenki. Trwają protesty, są ofiary, ranni, jest też – jak słyszymy – ponad sześć tysięcy aresztowanych. W jakim kierunku zmierza sytuacja na Białorusi?
– Przede wszystkim należy podkreślić, że tak jak my, Polacy, nie chcemy, aby ktoś ingerował w nasze wewnętrzne sprawy, tak też powinniśmy uszanować wewnętrzne sprawy na Białorusi. W mojej ocenie, najgorszą rzeczą, jaka mogłaby się wydarzyć w tym momencie, byłaby interwencja z zewnątrz czy też mocne zaangażowanie się jakiegoś państwa w wewnętrzne sprawy tego kraju.
Ale rozmawiać trzeba, tymczasem Białoruś nie jest póki co państwem demokratycznym, ale autorytarnym, z kim więc prowadzić dialog?
– Dramat społeczeństwa białoruskiego polega na tym, że zdaniem wielu ekspertów Łukaszenka nie wygrał wyborów prezydenckich, ale wygrała je Swiatłana Cichanouska. Niestety, opuściła czy raczej musiała opuścić terytorium Białorusi i schronić się na Litwie, pozostawiając swoich wyborców – rzec można – na pastwę reżimu Łukaszenki. Sytuacja jest zatem bardzo skomplikowana, ale jedno jest pewne, że Białoruś, a także sytuacja Łukaszenki po tych wyborach nie będzie już taka sama jak dotychczas.
Stary porządek – w rozumieniu Łukaszenki już nie wróci. Masowość, powszechność oraz otwarcie się na nowe grupy społeczeństwa białoruskiego, które angażują się w czynny opór wobec dyktatorskiej władzy i ludzi władzy, bo Łukaszenka od 1994 roku wytworzył środowiska, które bardzo mocno partycypują w tym jego reżimie, są beneficjentami tego reżimu i będą go bardzo mocno bronić. Mam na myśli wszystkie struktury siłowe – wojsko, milicję, KGB, funkcjonariuszy OMON, czyli siły specjalne milicji, które pacyfikują protesty, i te wszystkie grupy będą bronić porządku ustalonego na Białorusi przez Łukaszenkę. Ponadto problem Białorusi jest taki, że tam właściwie nie ma opozycji – opozycji sformalizowanej, bo Łukaszenka na to nie pozwala, ale nie ma też opozycji w tzw. podziemiu. Brakuje też liderów opozycji.
Jak to możliwe, że przez kilkadziesiąt lat Białorusini nie byli w stanie stworzyć struktur opozycyjnych wobec władzy?
– Przed dwoma laty byłem na Białorusi i rozmawiałem z mieszkającymi tam Polakami. Fakty są takie, że to właśnie Polacy tworzą w tym kraju największą organizację, która jest w opozycji do reżimu, organizację nieuznawaną przez białoruskie władze. To właśnie Związek Polaków na Białorusi skupia najwięcej działaczy, ale nie jest to organizacja o charakterze politycznym, która miałaby działać na białoruskim rynku, bo takich ambicji związek nie miał i nie ma.
Związek Polaków na Białorusi ma cele edukacyjne, podtrzymujące ducha i tradycje polskiej mniejszości w tym kraju i nigdy nie aspirował do tego, aby partycypować we władzy na Białorusi czy też tą władzę przejąć, a wręcz przeciwnie. To pokazuje, jak wygląda struktura sceny politycznej – mianowicie, od 30 lat, odkąd powstała jako niepodległe, niezależne państwo Białoruś jest w pewnej bańce, gdzie demokracja i siły opozycyjne się niestety nie wytworzyły. Mamy za to scentralizowane państwo w rękach byłego dyrektora kołchozu, który rządzi państwem, tak jak kiedyś zarządzał kołchozem.
Jak rysuje się najbliższa przyszłość wydarzeń na Białorusi?
– Choć wolałbym, żeby reżim Łukaszenki upadł, a na Białorusi zapanowała normalna demokracja parlamentarna, natomiast nie wydaje mi się, żeby tak się stało. Uważam, że w tej chwili nie ma perspektywy na jakąkolwiek zmianę, bo na Białorusi nie ma opozycji, brakuje liderów, nie ma ośrodków politycznych, które byłyby zdolne cokolwiek zrobić. Natomiast zmiany po niedzielnych wyborach będą oczywiście narastały w białoruskim społeczeństwie.
Czy nie jest winą Zachodu, że nie zrobiono nic, albo za mało, aby pomóc Białorusinom wykształcić opozycję zdolną – w jakiejś perspektywie – do przejęcia władzy?
– Były podejmowane różne próby, ale kończyło się to czasem tragicznie. Przypomnę tylko, że za rządów koalicji PO–PSL, Białoruś wystąpiła do Polski o informację z instytucji skarbowych, którzy Białorusini otrzymują wynagrodzenia z Polski i je otrzymała. W ten sposób zdekonspirowano działaczy opozycji na Białorusi, których działalność była wspomagana z Zachodu poprzez Polskę. Zatem takie działania, niestety, też miały miejsce.
Tak czy inaczej reżim Łukaszenki chwieje się w posadach?
– Chwieje się z dwóch głównych powodów. Po pierwsze, nie obowiązuje już blokada informacyjna, owszem teraz na chwilę wróciła, ale prędzej czy później zostanie zdjęta, bo nowoczesne społeczeństwo musi mieć dostęp do internetu, który jest niezbędny także w gospodarce. Dzięki internetowi mieszkańcy Białorusi mają wiedzę z zewnątrz, mogą się grupować, rozmawiać, a tym samym istnieje alternatywna rzeczywistość, swoisty drugi obieg i to właśnie w sieci.
Druga rzecz dotyczy kwestii gospodarczych – mianowicie reformy, które zostały wprowadzone w większości państw Europy Środkowej i Wschodniej niestety nie dotarły na Białoruś, która wciąż jest skansenem Związku Sowieckiego. Paradoksalnie Rosja, która jest spadkobiercą Związku Sowieckiego, jest mniej sowiecka niż Białoruś, gdzie na każdym kroku widać symbolikę sowiecką, sierp i młot, a gwiazdy Armii Czerwonej widnieją nawet na nowo wznoszonych budynkach. I ten pochód w pewnym momencie musi się zakończyć. Jest tylko pytanie, kiedy i czy impuls wyborów prezydenckich spowoduje, że na Białorusi pojawi się realna opozycja, która będzie wspierana przez społeczność międzynarodową.
Jest też pytanie, jak zachowa się Federacja Rosyjska?
– To wydaje się być kluczową kwestią. Białoruś ma bowiem takie a nie inne położenie geopolityczne i Rosji będzie zależało – w olbrzymim stopniu – żeby Białoruś pozostała w jej strefie wpływów. Łukaszenka do tej pory balansował między Rosją a Zachodem, to znaczy raz był z Putinem, a innym razem puszczał oko do Zachodu. Zresztą Łukaszenka czuje się bardziej Rosjaninem niż kimkolwiek innym. On spowodował, że na Białorusi de facto zniknął język białoruski, a obowiązujący jest język rosyjski. Sytuacja jest bardzo skomplikowana. To, że bunt społeczny eksplodował w minioną niedzielę, jest po części efektem zapomnienia przez Europę Zachodnią o tym, że istnieje Białoruś.
My – jako bezpośredni sąsiedzi – o tym wiemy, natomiast kwestia ostatniego państwa autorytarnego w Europie wcześniej czy później będzie musiała być rozwiązana. Z bólem serca patrzę na to, co się dzieje na ulicach Mińska czy innych miast, jak społeczeństwo wyraża swój sprzeciw wobec opresji władzy, wobec ewidentnego oszustwa wyborczego, widzę też brutalność tej władzy, która przelewa krew niewinnych obywateli protestujących w absolutnie słusznej sprawie. Każdy chce i ma prawo być traktowany z szacunkiem, każdy ma swoją godność, tylko że władza na Białorusi tego nie szanuje. Łukaszenka nazywa swoich obywateli barankami czy też owieczkami, co pokazuje, w jaki sposób traktuje naród. Nie czuje się pierwszym pośród równych, ale czuje się pasterzem pośród baranów, bo traktuje swoich obywateli jak zwierzęta w swoim kołchozie. I to jest przerażające.
Gdzie w tej sytuacji są obrońcy praw człowieka?
– Obrońcy praw człowieka i wszystkie organizacje, które na ustach mają wypisane prawa człowieka, powinny działać, apelować, tymczasem wolą bawić się w wojny światopoglądowe, co obserwujemy na ulicach Warszawy czy innych polskich miast.
Rosji zależy na destabilizacji Białorusi, ale dlaczego Zachód tak długo milczy wobec wydarzeń chociażby w Mińsku. Komu zależy, żeby tak długo zwlekać i gdzie w tym wszystkim są Niemcy, którzy sprawują prezydencję w Unii Europejskiej?
– To prawda, że Niemcy powinny wychodzić z inicjatywami, natomiast Berlin woli raczej wychodzić z inicjatywami przeciwko Stanom Zjednoczonym za sankcje, które rząd w Waszyngtonie nałożył na koncerny, które budują Nord Stream 2. Wygląda na to, że Niemcy próbują te sześć miesięcy prezydencji w Unii Europejskiej wykorzystać do załatwienia swoich spraw, swoich narodowych interesów, aniżeli interesów całej Wspólnoty czy szerzej – na rzecz pokoju i bezpieczeństwa w Europie.
To, że z inicjatywą wystąpił premier Mateusz Morawiecki, a wspólny list bardzo wstrzemięźliwy, a jednocześnie odnoszący się do istoty demokracji i wyborów, uczciwości i woli suwerena wystosowali prezydent Andrzej Duda i prezydent Litwy Gitanas Nauseda, to bardzo dobrze. Ktoś musi budzić świat. Białoruś – przynajmniej nominalnie – jest państwem demokratycznym, jest republiką, w której suwerenem jest społeczeństwo, obywatele Białorusi. Na to wszystko cieniem kładzie się pandemia koronawirusa i każde państwo przede wszystkim kładzie nacisk na ratowanie własnej gospodarki i zdrowia swoich obywateli oraz ewentualnych skutków wymknięcia się tej pandemii spod kontroli, co obserwowaliśmy na wiosnę tego roku we Włoszech czy chociażby w Hiszpanii.
Kwestia Białorusi nie pojawiła się nagle, ale ten problem nabrzmiewał już od dawna…
– To prawda, ta sytuacja na Białorusi trwa od 1994 roku, odkąd Łukaszenka objął władzę i rządzi niepodzielnie krajem, który przez te 26 lat został zmarginalizowany na arenie międzynarodowej – wskutek wielu sankcji, ale też nieuznawania organów tego państwa przez społeczność międzynarodową. Owszem, w ostatnich miesiącach mogliśmy zaobserwować pewne ruchy – nawet sekretarz stanu Mike Pompeo odwiedził Mińsk i była to bodajże pierwsza wizyta tej rangi przedstawiciela administracji amerykańskiej na Białorusi od wizyty prezydenta Billa Clintona – jeszcze w latach 90., ale to wszystko. Tymczasem – moim zdaniem – potrzebny jest dialog, aby w duchu porozumienia spróbować dokonać reform politycznych i ustrojowych na Białorusi.
Zachód ma do tego odpowiednie instrumenty…
– Owszem są to instrumenty gospodarcze, aby Łukaszenkę do tego przymusić. Jednak przede wszystkim Zachód musi spowodować, żeby zminimalizować ingerencję ze strony Putina na Białorusi. To jest według mnie największy problem – że Białoruś jest traktowana jako swoisty bufor broniący Rosję przed Zachodem. W doktrynie obronnej Federacji Rosyjskiej Zachód przybliżyłby się niebezpiecznie do Rosji, gdyby Białoruś stała się częścią świata Zachodu.
Również w naszym interesie jest, aby Rosja była jak najdalej od Polski?
– Dokładnie. Miejmy jednak świadomość, że Putin będzie robił wszystko, aby na Białorusi panowała sytuacja taka jak do tej pory, aby Łukaszenka był bardzo słabym przywódcą, aby nie był traktowany poważnie przez Zachód. Chodzi o to, aby jego sytuacja geopolityczna była bezalternatywna, żeby Łukaszenka był skazany na Putina, na podtrzymywanie przy życiu jego reżimu, przy eksporcie surowców energetycznych poniżej kosztów ich wydobycia.
Wszystko po to, żeby to państwo jakoś się trzymało – przy czym warunki życia i standard bytowania obywateli Białorusi są relatywnie niższe niż w Europie Zachodniej. Białorusini, którzy podróżują – oczywiście w sposób ograniczony i reglamentowany do krajów zachodniej Europy, porównują sytuację u siebie z warunkami chociażby w Polsce i widzą, że to jest przepaść. Na Białorusi sytuacja jest zła, tam jest wszechwładne KGB, milicja, OMON, a administracja prezydencka w terenie, w sposób centralistyczny i autorytarny rządzi tym państwem, jego gospodarką, a będąc np. w Polsce, widzą, że można żyć inaczej.
Jest zatem w nich tęsknota do wolności. Mam wielką sympatię do narodu białoruskiego – podobnie jak wielu Polaków.