Trudno powiedzieć, na co jeszcze liczą
Piątek, 17 lipca 2020 (10:18)Ze Stanisławem Ożogiem, senatorem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Rekordowa frekwencja, silny mandat, a mimo to opozycja totalna nie chce uznać wygranej Andrzeja Dudy, domaga się unieważnienia wyborów prezydenckich, czego dowodem mają być protesty wyborcze. W czym tkwi problem?
– Cały czas słyszymy te same śpiewki: że te wybory nie były równe, że nie były uczciwe, że nie spełniały standardów demokratycznych, ale to nic nowego w wykonaniu Borysa Budki i formacji, której dzisiaj przewodzi on, a wcześniej Grzegorz Schetyna. Jeśli się nie ma merytorycznych argumentów, jeśli nie potrafi się przekonać Polaków, to wymyśla się absurdalne zarzuty. To jednak pokazuje, że Platforma ma problem, i to nie od dziś. To, co wyprawiają w tej chwili, składając do Sądu Najwyższego protest wyborczy z żądaniem stwierdzenia nieważności wyborów prezydenckich, co robią, zachęcając do składania protestów wyborczych, tylko potwierdza, że problemy wewnątrz Platformy narastają. Co ciekawe, liderzy Platformy nie potrafią stworzyć jednego spójnego przekazu, bo Tomasz Siemioniak mówi, że należy uznać wynik wyborów, a Borys Budka już co innego i chce unieważnienia wyborów, co tylko potwierdza, że jest tam chaos.
Czemu mają służyć te protesty?
– Platforma nie może się pogodzić z werdyktem wyborczym a de facto z demokracją. Ale to przejaw frustracji i budowania sztucznego konfliktu, kolejna próba poróżnienia Polaków. Co ciekawe, czyni to formacja, która na ustach i na sztandarach ma wypisane słowa „demokracja” i „Konstytucja”. Tym samym zaprzeczają samym sobie, a zatem jest to partia sprzeczności. W czasie kampanii prezydenckiej już po podmianie kandydata, liderzy Platformy, aby nie szkodzić Rafałowi Trzaskowskiemu, nie przyznawali się do niego, również on sam w kampanii nie nosił szyldów Platformy, prezentując się jako niby bezpartyjny kandydat. Teraz, kiedy przegrali wybory, obrażają się na tych, którzy głosowali na prezydenta Andrzeja Dudę, m.in. na województwo podkarpackie, gdzie urzędujący zdobył ponad 70-procentowe poparcie. Stąd mamy nawoływania do bojkotu produktów wytwarzanych przez polskich rolników oraz do rezygnacji z urlopu we wschodniej części Polski – m.in. na Podkarpaciu czy na Podlasiu. To wszystko przechodzi ludzkie pojęcie.
Na co jeszcze mogą liczyć, skoro werdykt wyborczy jest jasny?
– Trudno powiedzieć, na co jeszcze liczą. Słychać, że mają nadzieję, iż w ciągu 21 dni Sąd Najwyższy – z uwagi na mnogość protestów – nie zdąży wszystkich rozpatrzyć, a wtedy – zgodnie z uwarunkowaniami – należałoby powtórzyć wybory prezydenckie. Być może w tym upatrują jakiejś szansy, aby nie dopuścić do złożenia ślubowania przez prezydenta Andrzeja Dudę przed Zgromadzeniem Narodowym, co ma się odbyć 6 sierpnia tego roku. Trudno przewidzieć, co jeszcze chodzi po głowach tych ludzi, którzy nie potrafią uznać decyzji Polaków. Obserwując z bliska to, co robią, przyznam, że tego nie rozumiem i nie wiem, do czego dążą, w jakim kierunku zmierzają.
Platforma przegrała szóste z rzędu wybory, ale uzasadnienia tej porażki szuka u innych. Może zamiast szukać winnych dookoła warto uderzyć się we własne piersi?
– Do tego potrzebna jest refleksja, której po stronie tej bądź co bądź schyłkowej formacji nie widzę. Nie mieli żadnego programu, startując w wyborach parlamentarnych, i podobnie teraz, ubiegając się o najwyższy urząd w państwie, nie byli zdolni przygotować spójnego, jasnego programu. Dlatego jest dla mnie zaskoczeniem, że kandydat Trzaskowski, który nie bardzo wiedząc, kogo – jaką formację reprezentuje, bo za bardzo się nie przyznawał do swoich, kandydat, który nie przedstawił żadnej wizji Polski, osiągnął blisko 49-procentowe poparcie. Dziwi fakt, że udało się im oszukać 10 milionów Polaków – to coś nieprawdopodobnego. Tym bardziej jest to dziwne, bo jak spojrzeć na wieczór wyborczy i na zgromadzenia ludzi wokół obu kandydatów w momencie ogłaszania sondażowych wyników wyborów prezydenckich, to wśród sympatyków prezydenta Andrzeja Dudy powiewały biało-czerwone flagi, a u Rafała Trzaskowskiego nie widać było ani jednej flagi narodowej. Nie wiadomo zatem, kogo miał reprezentować Rafał Trzaskowski w przypadku wygranych wyborów prezydenckich. Dla mnie jest to szok, bo podczas wyborów na sołtysa – nawet najmniejszego sołectwa, w świetlicy zawsze jest flaga państwowa, jest orzeł biały i jest krzyż. A tu nie było żadnych symboli narodowych, to przerażające. Tak czy inaczej Polacy większością głosów na kolejną kadencję Prezydenta RP wybrali Andrzeja Dudę. Jest to fakt, tym bardziej że w wyborach uczestniczyło ponad 68 procent Polaków upoważnionych do głosowania, a więc mandat, jaki uzyskał Andrzej Duda, jest bardzo duży, i żadne protesty czy próby podważania tego wyboru społecznego nie zmienią.
Podobno jest pomysł nowej koalicji i stworzenia pod innym szyldem nowego politycznego projektu. Ma być też nowe logo partii, nowy program. Czy wystarczy zmienić szyld?
– O ewentualnych zmianach wewnątrz Koalicji Obywatelskiej się mówi, tym bardziej że jeśli chodzi o Platformę, to jest to partia zanikowa – i to już od dawna. W tej chwili wymyślili sobie, że stworzą coś nowego. Co więcej, jest nieprawdopodobny pomysł, żeby Rafał Trzaskowski był na części etatu jako prezydent Warszawy, a pozostały czas poświecił na tworzenie nowego politycznego bytu na polskiej scenie politycznej. To jakiś absurd, ale patrząc na to, do czego ci ludzie są zdolni, to może być prawdopodobne.
Po wyborach mamy też kłótnie i konflikt wśród ugrupowań opozycyjnych, czego przykładem może być ostra wymiana zdań między Budką a Czarzastym. Szykuje się wojna w szeregach – jak to jeszcze jakiś czas temu określano – „zjednoczonej opozycji”?
– „Zjednoczonej opozycji” nigdy nie było. Natomiast jeśli ktoś po tej stronie sceny politycznej mówi o zjednoczeniu, to jedyne moje skojarzenie kieruje się w stronę PZPR. Fakt faktem, że zarówno Borysowi Budce, jak i Włodzimierzowi Czarzastemu puściły nerwy, ale jest to wynik frustracji i zawiedzionych nadziei. W tej chwili zaczyna się polowanie, szukanie kozła ofiarnego, którego można byłoby obarczyć winą za przegrane wybory prezydenckie. Ten emocjonalny stan trwa już kilka dni i myślę, że jeszcze długo potrwa. Efektem mogą być przetasowania na tej części sceny politycznej, ale ta opozycja, jaką dzisiaj obserwujemy w Sejmie, nigdy nie będzie zjednoczona. Sądzę, że możemy być świadkami tworzenia się nowych bytów i starzy liderzy – siłą rzeczy – będą powoli schodzić ze sceny politycznej, a w ich miejsce pojawią się nowi.
Z tym że wybory parlamentarne za trzy lata z okładem. Czy obecnie w Sejmie po stronie opozycji widzi Pan kandydata na nowego lidera opozycji?
– Nie widzę. Tak jak liderem nigdy nie była Małgorzata Kidawa-Błońska, Grzegorz Schetyna czy Borys Budka, tak nie sądzę, żeby nowym liderem Platformy czy nowego bytu, który powstałby na zgliszczach tej formacji, był Rafał Trzaskowski, a na Lewicy – Włodzimierz Czarzasty czy Robert Biedroń.
Może kolejny raz zostanie podjęta próba reanimowania Donalda Tuska?
– Nie sądzę, żeby Donald Tusk wrócił do polskiej polityki. Takie próby, jak wiemy, już były i zakończyły się porażką. Ten człowiek nigdy się nie przepracowywał – to po pierwsze, a po drugie, po co miałby wracać na stare śmieci – chyba tylko po to, żeby wyprowadzić sztandar Platformy. Myślę jednak, że nie wróci do Polski, bo tam, gdzie jest, ma święty spokój, ciepłą posadkę w Brukseli i wysokie apanaże. Na polityczną emeryturę owszem – pójdzie, ale wtedy, kiedy karierę polityczną zakończy jego promotorka kanclerz Angela Merkel. Wtedy Donald Tusk nie będzie już nikomu potrzebny.
Polityczny wychowanek Tuska – Rafał Trzaskowski – do tytanów pracy też nie należy…
– To prawda. Przypomnę tylko, że w momencie, kiedy pojawiła się pandemia koronawirusa, to czując się zagrożony, Rafał Trzaskowski poszedł na L-4, a później – już w trakcie kampanii prezydenckiej, kiedy po nawałnicy strumienie wody zalewały Warszawę, mówił, że w sytuacji kryzysowej nie ma potrzeby wracać do stolicy, że można miastem zarządzać zdalnie. Tym bardziej więc nie nadaje się do tego, żeby tworzyć i kierować nowym bytem politycznym, co wymaga sporego wysiłku. Rozbić, rozmontować – to owszem, ale tworzyć, budować coś nowego – to już niekoniecznie.