Czas uspokoić emocje
Środa, 15 lipca 2020 (18:19)Z dr. Tomaszem Rzymkowskim, posłem PiS, wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Choć Platforma uznaje werdykt wyborczy, to Komitet Wyborczy Rafała Trzaskowskiego zapowiada protest. Motywacja: – Jesteśmy to winni i demokracji, i tym wszystkim wyborcom, którzy czują się skrzywdzeni nieprawidłowościami – uważa Tomasz Siemoniak…
– To klasyczny zabieg Platformy i jej polityków, który polega na tym, że nie uznają demokracji, kiedy nie daje ona zwycięstwa ich formacji. Jednocześnie jest to przejaw hipokryzji, bo z jednej strony – zarówno Rafał Trzaskowski, jak i członek jego sztabu wyborczego Cezary Tomczyk – przyznali, że prezydent Andrzej Duda wygrał wybory, a co za tym idzie – kandydat Koalicji Obywatelskiej przegrał, ale mimo tego protest do Sądu Najwyższego będą składać. Nawet stworzyli specjalną stronę internetową – i to jeszcze 11 lipca, a więc przed wyborami, gdzie zamierzający złożyć protest mogą znaleźć formularze oraz pomoc prawną i logistyczną. Tym samym próbują robić to, co Platforma robi od pięciu lat, czyli robić zamieszanie, protestować, buntować społeczeństwo i zbijać na tym kapitał polityczny. Zatem to nie jest nic nowego, bo Platforma ma taki charakterystyczny zwyczaj działania, gdzie nic konstruktywnego nie jest w stanie zaproponować, tylko działać na zasadzie negacji. Jeśli ktoś obserwuje polityków Platformy, a ja to robię przynajmniej od pięciu lat, kiedy są w opozycji, bez trudu zauważy, że formacja ta prezentuje wyłącznie rozwiązania negujące.
Dobrą praktyką, np. w Stanach Zjednoczonych, jest, że nawet po burzliwej kampanii niedawni kontrkandydaci podają sobie ręce, a przegrany uznaje wynik wyborczy, co więcej – wzywa do tego swoich zwolenników. Po stronie Trzaskowskiego na próżno szukać gestu wzywającego do wyhamowania napięć.
– Nie tylko po stronie Rafała Trzaskowskiego nie ma takiej woli, nie widać tego również po stronie Platformy. Wczoraj widziałem jeden z pierwszych wywiadów Rafała Trzaskowskiego po wyborach, dla stacji komercyjnej, gdzie jego ton był raczej koncyliacyjny, bez konieczności konfrontacji. Natomiast jego zaplecze rozumiane jako kierownictwo Platformy i koalicjanci, jak chociażby Katarzyna Lubnauer, która językiem bardzo agresywnym, w tonie kategorycznym, twierdzącym mówiła, że były nieprawidłowości podczas wyborów, które w związku z tym trzeba unieważnić. W tym celu należy składać protesty wyborcze, dlatego apelowała, by ludzie takie protesty składali. Mam wrażenie, że jest to jak gdyby wymuszanie na siłę zeznań. To znaczy ktoś twierdzi, że zostało popełnione przestępstwo. Ogłasza wszem wobec, że jest strona internetowa i prosi, aby oskarżać, wymyślając różne zarzuty, przedstawiać argumenty. Jest to co najmniej niesmaczne.
Czemu mają służyć słowa posła Cezarego Tomczyka, który mówi, że jego formacja wie, z jakim wrogiem się mierzy, a Donald Tusk, komentując na Twitterze wynik wyborów, mówi o „złej” władzy i wzywa Polaków do „walki”?
– Donaldowi Tuskowi, który polityczną karierę widać ma za sobą, pozostało już tylko i wyłącznie wzywanie do walki. Suweren opowiedział się zresztą kolejny raz po stronie Prawa i Sprawiedliwości i prezydenta Andrzeja Dudy, a nie po stronie opozycji – nawet tak zjednoczonej. Proszę zwrócić uwagę, że poza komponentem narodowym w postaci Konfederacji elektoraty i kandydaci opozycyjni wobec PiS-u zjednoczyli się wokół Rafała Trzaskowskiego. I suma 10 milionów głosów oddanych na Rafała Trzaskowskiego to są głosy zjednoczonej opozycji, począwszy od Konfederatów, skończywszy na skrajnych lewakach Roberta Biedronia. To pokazuje, że ta liczba jest wyczerpana, że nie da się żadnej innej grupy wyborców wykrzesać, bo większość Polaków jest po stronie PiS-u. I to powoduje nieracjonalne wypowiedzi Donalda Tuska, który uważa, że skoro mechanizmy demokratyczne zawodzą, to należy nawoływać do walki.
Czy to podsycanie nastrojów nie jest niebezpieczne, zważając na metody, które stosują aktywiści, zwolennicy Platformy, którzy wyborców Andrzeja Dudy określają mianem „ludzkiej biomasy”, „wieśniaków”, zapowiadają też bojkot tych regionów, które poparły urzędującego prezydenta?
– To też nic nowego. Widać, że wachlarz inwektyw w tym środowisku jest mocno ograniczony i nie są w stanie nic nowego z siebie wykrzesać poza obrażaniem tych, którzy myślą i głosują inaczej. Donald Tusk zasiał to ziarno w 2006 roku, a więc prawie 15 lat temu i to ziarno chwastów, które wywołują antagonizmy, obrażają znaczące grupy społeczne, i to w sposób absolutnie pozamerytoryczny, to ziarno cały czas wschodzi. Pamiętamy „moherowe berety”, teraz zaś słyszymy o „wieśniakach”, ludziach gorzej wykształconych, mamy w tej retoryce także bezrobotnych, ludzi żyjących z zasiłków. Obraz wyborcy PiS-u, rysowany przez totalną opozycję, to człowiek mieszkający na wsi, zapewne niepracujący, a więc żyjący z zasiłków, posiadający gromadkę dzieci i oczywiście z niepełnym podstawowym wykształceniem. I politycy Platformy, formułując taki przekaz, w sposób absolutnie bezczelny obrażają wyborców prezydenta Andrzeja Dudy. Jaki to zarzut, że ktoś od pokoleń mieszka na wsi, że bardzo ciężko pracuje, aby Naród Polski miał co jeść, tak ciężko, że żaden polityk Platformy czy Nowoczesnej nigdy w życiu nie pracował – choćby jednego dnia. Nie wyobrażam sobie, żeby we Francji czy w Wielkiej Brytanii jakikolwiek polityk, nawet najbardziej lewicowy, liberalny obrażał w ten sposób ludzi ciężko pracujących – robotników czy rolników, to jest nie do pomyślenia. Natomiast u nas stopień zacietrzewienia jest już tak duży, że politycy tracą świadomość tego, co mówią.
Z czego to wynika?
– To jest właśnie taktyka Donalda Tuska, którą on w połowie lat 2000 zapoczątkował. To taktyka dzielenia, obrażania, przeciwstawiania, wykluczania, głoszenia, że wyborcy PiS-u to jest jakaś gorsza grupa społeczna. Ale efekt jest przeciwny do zamierzonego – to znaczy, że wyborcy ze wsi czy małych miasteczek będą chcieli głosować na PiS, które nie tylko ich nie obraża, co więcej – uważa, że ciężka praca tych ludzi na roli ma sens. Ponadto wykluczenie, jakie miało miejsce za rządów koalicji PO – PSL i pozbawienie tych ludzi jakichkolwiek szans rozwoju ich gmin czy wspólnot, wszystkie różnice w tej chwili są zasypywane tak, aby w sposób zrównoważony inwestować w Polskę – nie tylko w wielkie metropolie, ale także w prowincję, która jest wielką siłą Polski.
Taka postawa wykluczania przeciwników politycznych, obrażanie nie jest wyrazem bezsilności wobec wyboru większości, który jest faktem?
– To jest bardzo dziecinne zachowanie ucznia z młodszej klasy, który na skarcenie przez nauczyciela odpowiada pokazaniem języka. I tu jest podobnie. W roli ucznia jest Donald Tusk obrażony na nauczyciela – suwerena, który ocenił jego pracę na niedostateczny, a szóstkę otrzymał inny uczeń – z małego miasteczka czy ze wsi, który był lepiej przygotowany. Tusk z urażoną ambicją reaguje, zachęcając innych polityków do używania języka agresji. Dla tej części elektoratu – jakby nie było – jest jakimś autorytetem, wyznacznikiem – jako dwukrotny zwycięzca w wyborach parlamentarnych, również jako ten, który zapewnił zwycięstwo w wyborach prezydenckich Bronisławowi Komorowskiemu. Stąd też dla polityków opozycji totalnej i dla części wyborców jest pewnym mentorem, mimo iż jest daleko, w politycznych sferach w Brukseli, i niczym bóstwo greckie z Olimpu przemawia do ludu, tyle że lud go nie słucha.
Do zgody narodowej wzywa prezydent Duda. Jak zasypać istniejące podziały, czy jest możliwe przesilenie i koniec wojny polsko-polskiej, której Polacy mają już chyba dość?
– Najważniejsze jest nie przyłączać się do tego sporu, trzeba go po prostu odpuścić, co nie oznacza pozwalać się obrażać. Na słowa agresji trzeba stanowczo zareagować protestem, ale nie ma się co licytować na agresywne słowa, ale na agresję odpowiadać rozważnie, z godnością, ale też miłością i szacunkiem. Podchodzić jak do bliźniego, nawet kiedy jest on rozgorączkowany pod wpływem medialnych, politycznych podszeptów i mocno przeżywa gorycz porażki, bo był mocno związany z kandydatem, który w wyścigu wyborczym przegrał. Jest stare, mądre porzekadło, które mówi, że czas leczy rany. Mamy okres wakacyjno-urlopowy, który dobrze wykorzystać, aby się nieco odprężyć, odreagować i uspokoić emocje. To ważne, zwłaszcza że niebawem w mediach rozpocznie się sezon ogórkowy. Będzie dobrze, jeśli temperatura emocji politycznych opadnie, a my zabierzemy się do pracy.
Jakie wyzwania przed nami?
– Przed nami wspólny ogólnonarodowy wysiłek, aby skutki międzynarodowego kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa jak najszybciej zdławić i móc jak najszybciej wrócić do normalnej rzeczywistości – przynajmniej w aspekcie gospodarczym. Straty gospodarcze jako pokłosie pandemii na pewno będą, stąd trzeba wzmóc działania i podjąć wysiłek w kierunku odbudowania strat i wkroczenia na drogę rozwoju sprzed koronakryzysu. Jeśli się zatem zajmiemy praca pozytywną, to mam wrażenie, że jesteśmy w stanie nie tylko odrobić straty w gospodarce, ale też zasypać podziały. Najważniejsze jest, aby nie przyłączać się do chóru wichrzycieli, nie przyłączać się do sporu i nie antagonizować, i kłócić się. Mamy kilka lat względnego spokoju politycznego, bo najbliższe wybory dopiero za trzy lata, i żaden rozsądny polityk nie będzie rozpoczynał na tak długim dystansie kampanii wybiorczej, bo byłby to wysiłek jałowy. Zatem wykorzystajmy ten czas do pracy dla Polski, bo wiele wyzwań przed nami.