• Sobota, 23 maja 2026

    imieniny: Iwony, Dezyderiusza

Czas budować Polskę

Poniedziałek, 13 lipca 2020 (16:04)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Wszystko jasne, zdecydowanym zwycięzcą wyborów prezydenckich w Polsce jest Andrzej Duda…

– Myślę, że obaj kandydaci mogą się cieszyć, bo każdy z nich odniósł sukces. Prezydent Andrzej Duda potwierdził swoją pozycję przy bardzo wysokiej frekwencji. W liczbach bezwzględnych to bardzo dobry wynik, który pokazuje, że Andrzej Duda uzyskał większe poparcie niż Prawo i Sprawiedliwość, co wskazuje, że ze swoim przekazem trafił do znacznie większego grona wyborców. Natomiast Rafał Trzaskowski uratował tonącą Platformę i dzisiaj problem może mieć Borys Budka, bo ten wynik pokazuje, kto po stronie opozycji jest faktycznym liderem. Szukano lidera, szukano osobowości i tutaj w sposób naturalny Rafał Trzaskowski wyrasta na lidera opozycji, co trudno będzie kwestionować.

Czy można uznać za lidera kogoś, kto osiągnął dobry wynik, ale nie dlatego, że jest osobowością, że przedstawił alternatywny, spójny program, ale dlatego, że wyborcy głosowali przeciw PiS-owi?   

– Rzeczywiście, to głosowanie było wyjątkowe i ciekawe, bo Andrzej Duda musiał zmierzyć się nie tylko z oceną dokonań swojej pięcioletniej kadencji, ale także z oceną stojącego za nim bloku politycznego. To była ocena pięciu lat rządów Zjednoczonej Prawicy. Wczorajsze wybory były głosowaniem nie za konkretnym kandydatem, ale przeciw Andrzejowi Dudzie.

Czy w tym kontekście Rafał Trzaskowski wyrasta na lidera? Czy człowiek, który stał się przysłowiową ostatnią deską ratunku dla opozycji, otrzyma mandat jej przywódcy?   

– Co do tego nie mam wątpliwości. Wyobraźmy sobie, jaki wynik osiągnęłaby Małgorzata Kidawa-Błońska, która o drugiej turze mogłaby tylko pomarzyć. I gdyby nie podmiana kandydata Koalicji Obywatelskiej, to Szymon Hołownia mógłby liczyć na drugą turę. Zatem fakt, że Trzaskowski w sześć tygodni odrobił stratę, a jednocześnie wzmocnił pozycję Platformy jako lidera opozycji, to jest bez wątpienia sukces.

Na ile stabilny i rokujący na przyszłość?   

– Czas pokaże, ale to jest sprawa drugorzędna. Proszę zwrócić uwagę, że po stronie ugrupowań opozycyjnych od Lewicy po PSL i Hołownię wszyscy „liżą rany”, bo przegrali. I wśród pogrążonej opozycji zwycięzcą bez wątpienia jest Rafał Trzaskowski.

Jak ocenia Pan kwestię przepływu głosów? O ile, jeśli chodzi o Lewicę, Hołownię, PSL to zdecydowanie wygrywa Rafał Trzaskowski, ale w przypadku Konfederacji – prezydent Andrzej Duda, ale nieznacznie...

– Tego się można było spodziewać. Bądź co bądź, to bardzo podobne elektoraty. Największym zaskoczeniem jest tzw. prawdziwa prawica, czyli Konfederacja. Według mnie to bardzo ciekawe zjawisko socjologiczne, które wymaga głębszej analizy. Z jednej strony jest to elektorat, który Krzysztof Bosak nazywa prawicą ideową, a jednocześnie niemalże 50 proc. wyborców – w drugiej turze – stawia na Rafała Trzaskowskiego. To pokazuje, że coś z tą ideowością jest nie tak.

Wygląda na to, że opozycji totalnej trudno pogodzić się z wyborem Polaków. Wystarczy wspomnieć Tomasza Siemoniaka, który dzisiaj rano na antenie Radia ZET mówił o bałaganie organizacyjnym, jeśli chodzi m.in. o wybory korespondencyjne zagranicą i możliwych protestach. Do czego zachęcał…?

– Pandemia koronawirusa ma miejsce nie tylko w Polsce, ale na całym świecie i trudno, aby Polska ponosiła odpowiedzialność za sytuację na terenie państw trzecich. Wiele państw wciąż wychodzi z pandemii, a zatem mamy sytuację, na którą nikt nie miał wpływu. Z drugiej strony, jeśli zdarzały się przypadki, że karty do głosowania do kogoś nie dotarły na czas, to nie była to skala, która w sposób znaczący mogła wpłynąć na wynik wyborczy. Przy okazji warto przypomnieć, że aby wybory można było uznać za nieważne, muszą zaistnieć czynniki bezwzględnie na to wskazujące, a takich nie ma. Myślę zatem, że Tomasz Siemoniak trochę popłynął. Przy okazji warto sobie uświadomić, że czas wyborów, czas kampanii się skończył. 12 lipca o godz. 21.00 zakończyły się wybory i kampania prezydencka i warto, żebyśmy po tym maratonie wyborczym wrócili do normalności, do życia i przestali się wzajemnie nakręcać. Trzeba sobie też powiedzieć, że pewne środowiska medialne, dziennikarze, także politycy – z obu stron – próbują wciągać społeczeństwo w bezwzględną, wieczną wojnę i waśnie narodowe. Kampania za nami, czas wrócić do życia, do codziennych obowiązków i czas budować Polskę.

Do historii z pewnością przejdą też wystąpienia Agaty Kornhauser-Dudy i Kingi Dudy…

– To pokazuje, jak ważna dla prezydenta Andrzeja Dudy jest rodzina. Ważna jest polityka, ważny jest prezes Kaczyński, ale najważniejsza jest najbliższa rodzina, najważniejsza jest Polska. To pokazuje, jaka będzie druga kadencja prezydenta Andrzeja Dudy i w jakim będzie szła kierunku. Myślę, że w drugiej kadencji – tak zawsze bywa, że z prezydenta spada balast, którym jest przypodobanie macierzystej partii, partii rządzącej, jej liderowi. Inaczej mówiąc, w drugiej kadencji – ostatniej prezydent działa na swoje konto, aby wpisać się w historię Polski jako przywódca, który ma realne osiągnięcia, ma swoje sukcesy, jako ten, który zbudował wspólnotę narodową. I to jest ważna sprawa – mianowicie odbudowanie wspólnoty narodowej. Bardzo brutalny podział na polskiej scenie oscylujący w granicach 50 proc. oznacza, że teraz polskie społeczeństwo trzeba połączyć i znaleźć wspólny mianownik. Prezydent w drugiej kadencji już nie musi walczyć o poparcie swojego politycznego bloku, bo trzeci raz nie będzie się ubiegał o najwyższy urząd w państwie. Zatem przed prezydentem Andrzejem Dudą pięć lat pracy dla Polski. Możemy się zatem spodziewać niespodzianek i jeżeli ktoś sądził, że prezydent Duda będzie spolegliwy czy uległy wobec PiS i prezesa Kaczyńskiego, to może się zdziwić. Oczywiście nie mam na myśli odcięcia się od Zjednoczonej Prawicy, ale podkreślenia odrębności prezydenta, a jednocześnie pokazanie, że Polska nie jest PiS-owska, jak próbuje to wmówić Polakom totalna opozycja, że nie jest też własnością Platformy, ale że jest jednym organizmem, a prezydent potrafi stanąć ponad podziałami, o czym wczoraj wyraźnie mówił. Rzecz zatem w tym, aby Andrzej Duda był prezydentem budującym wspólnotę narodową, i to jest możliwe.

Jaką rolę w tym procesie może odegrać opozycja, która – jak słychać – będzie próbowała negować wynik wyborów prezydenckich?  

– Jeśli opozycja nie nauczy się czegoś po kolejnej już porażce wyborczej, jeśli nie wyciągnie wniosku, że budowanie na emocjach, bez wizji, bez programu, na zasadzie negacji, to będziemy mieli dalej obraz totalnej opozycji. Dzisiaj polskie społeczeństwo oczekuje czegoś więcej niż tylko negacji, sprzeciwu, a więc czegoś, co w przekazie Rafała Trzaskowskiego wybrzmiewało jako – mamy dość. To nie wystarczy. Polacy są dumnym narodem, mają świadomość pozycji, jaką nasz kraj w sensie gospodarczym zajmuje, że jesteśmy dzisiaj na etapie przeganiania państw basenu Morza Śródziemnego. Na przestrzeni ostatnich 30 lat dokonaliśmy – jako państwo – potężnego skoku cywilizacyjnego, nic zatem dziwnego, że nasze apetyty są coraz większe. To dobrze, bo to pokazuje, że nie interesuje nas minimalizm, że chcemy więcej, chcemy lepiej, ale ten ciągły marsz do przodu będzie wymagał wysiłku od wszystkich – także od opozycji, która też musi być mądra i odpowiedzialna. To jest coś, co jest charakterystyczne szczególnie dla dojrzałej demokracji, np. amerykańskiej, gdzie z końcem kampanii wszyscy wracają do życia i wspólnie budują potęgę państwa, a nie przeszkadzają. Warto o tym pamiętać.

Prezydent Andrzej Duda w wieczór wyborczy nie tylko gratulował wyniku Rafałowi Trzaskowskiemu, którego wraz z żoną zaprosił do Pałacu Prezydenckiego, ale też zaapelował o wspólny wysiłek na rzecz budowy wspólnoty narodowej…           

– To był bardzo mądry ruch. Nie było to zaproszenie po to, żeby kogoś upokorzyć, żeby swojego niedawnego konkurenta znieważyć, ale tu chodziło o jednoznaczny przekaz i powiedzenie, że kampania się zakończyła. Gorzkie słowa przechodzą do historii i rozpoczyna się nowy rozdział. To zaproszenie, ten gest był dodatkowo ważny, bo miał miejsce w momencie, kiedy nie wiedzieliśmy jeszcze, jakie będzie ostateczne rozstrzygnięcie, a sondażowe wyniki oscylowały wokół remisu ze wskazaniem na prezydenta Andrzeja Dudę. To był mądry sygnał ze strony Andrzeja Dudy i szkoda, że Rafał Trzaskowski nie był w stanie wybić się ponad polityczne podziały i pozytywnie odpowiedzieć na zaproszenie, żeby się spotkać i podziękować sobie nawzajem. Podziękować za kampanię, za walkę, momentami brutalną, ale też, aby razem podziękować polskiemu społeczeństwu za udział w tych wyborach. Frekwencja jest niewątpliwie sukcesem wszystkich Polaków – niezależnie od tego, kto na kogo głosował. Sukcesem jest to, że Polacy tak licznie poszli do urn wyborczych, co świadczy, że polska demokracja ma się bardzo dobrze, że wszyscy mają prawo się wypowiedzieć, wszyscy mają prawo oddać swój głos i nikt w tym nie przeszkadza. Jednocześnie jest to znak dla partii politycznych, że to nie ich kierownictwa, ale Polacy, obywatele podejmują decyzję, komu powierzyć stery państwa                       

Czy postawa Rafała Trzaskowskiego, który w przeciwieństwie do prezydenta Andrzeja Dudy nie pogratulował wygranej, co więcej miał wątpliwości co do ostatecznego wyniku, mówiąc „policzmy głosy”, nie świadczy o zawodzie?

– Prezydent Andrzej Duda w odróżnieniu od Rafała Trzaskowskiego potrafił stanąć ponad podziałami, co więcej, jak wytrawny polityk stwierdził, że kampania się zakończyła i czas na współpracę dla Polski. Rafał Trzaskowski, przyjmując zaproszenie i wraz z małżonką spotykając się z parą prezydencką, miał okazję pokazać zdolność do rzeczowej rozmowy, ale odmówił. To pokazuje format, postawę Andrzeja Dudy jako męża stanu i brak tego formatu po stronie Rafała Trzaskowskiego – mocno upartyjnionego. Z politycznego punktu widzenia Rafał Trzaskowski zachował się tak, jak zachowuje się szef partii. Stwierdził, że nie ogłasza porażki, że czeka na ostateczny werdykt Państwowej Komisji Wyborczej, ale gdyby zachował się jak mąż stanu, stając ponad wynikiem, sympatiami czy antypatiami politycznymi, pokazałby Polakom, że kampania to już przeszłość, że teraz czas na ciężką pracę dla Polski, za którą wszyscy musimy być odpowiedzialni – zarówno rządzący, jak i opozycja. Bez mądrej opozycji nie ma dobrych rządów. Często o tym zapominamy, często tego nie doceniamy, a szkoda, bo to jest ważne wskazanie.

            Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki