Próby ingerencji w polskie sprawy
Poniedziałek, 6 lipca 2020 (17:59)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Jak skomentuje Pan zachowanie polskojęzycznych, a de facto niemieckich mediów, które coraz bardziej wkraczają w nasz świat i próbują wpływać na rzeczywistość w Polsce?
– To tylko złudzenie, że jest to coś nowego, że dzieje się to tylko dzisiaj, bo tak naprawdę niemieckie media były – rzec można – od zawsze bardzo mocno obecne w polskiej rzeczywistości. Co więcej, one wpływały na naszą rzeczywistość – być może w sposób bardziej subtelny, bardziej zakamuflowany, ale de facto w sposób bardziej rzeczywisty niż dzisiaj to dostrzegamy. Wydawało się nam, że jeśli wszyscy mówią to samo, to znaczy, że media niemieckie nie mają wpływu na polską rzeczywistość. Tymczasem wszyscy mówili to samo, co media niemieckie, więc ten wpływ był dużo większy. Natomiast dzisiaj media te reagują w bardziej brutalny sposób – mam na myśli niedawną publikację dziennika „Fakt” szkalującą prezydenta Andrzeja Dudę.
Z czego wynika taka agresja?
– Próba ingerencji w polskie sprawy przez zagraniczne media, a w rezultacie przez rządy innych państw jest oczywista. Agresja się wzmacnia, przybiera na sile, dlatego że zagraniczne ośrodki tracą wpływ i mają świadomość, że jeśli ich kandydat nie wygra wyborów prezydenckich w Polsce, to jeszcze bardziej mogą ten wpływ utracić. I to, że nas takie działania oburzają, że tego typu działania stają się nieskuteczne, bo w mojej ocenie ta manipulacja jeśli mówimy o kampanii Rafała Trzaskowskiego, jest przeciw skuteczna, to znaczy, że ten wpływ znacząco się umniejszył.
Ale wojna informacyjna przeciwko Polsce wciąż trwa?
– Owszem, trwa i była właściwie zawsze, tylko nie rzucało się to tak bardzo w oczy. Jeśli w naszym kraju rządzili ludzie, którzy byli za opcją niemiecką w Polsce to, po co było ich krytykować. Natomiast, proszę zwrócić uwagę, jakie informacje pojawiały się na słynnych taśmach polityków Platformy, kiedy mówiono o strategii Donalda Tuska, jeśli chodzi o to, co miało się pojawiać w mediach, które miały się dostosowywać do życzeń ówczesnej władzy. Jeśli się zatem dostosowywano, to z punktu widzenia rządzących wszystko było w porządku, ale jeśli się ktoś wymykał, to słyszeliśmy, że łamie demokrację, że szkodzi Polsce. Tak, to wyglądało. Zatem, jeśli się nie ma swoich mediów, jeśli pozwala się na przejęcie rynku medialnego przez obce koncerny, to jest się pod wpływem czynnika zewnętrznego. Media wpływają bowiem na politykę.
Gdzie został popełniony błąd?
– Błąd jest pierwotny, błąd jest w założeniu, błąd tkwi w modelu wychodzenia z komunizmu. Postkomunistyczne elity i solidarnościowa lewica uznały, że trzeba szukać nowego pana na arenie międzynarodowej, miejsca, gdzie można się podwiesić. Nic zatem dziwnego, że wyprzedawano nie tylko majątek trwały, ale również – co jest dużo gorsze – pozwolono przejmować polskie media, które stosując wrogą narrację mieszają ludziom w głowach. Nic zatem dziwnego, że przedsiębiorcy, którzy dajmy na to podczas pandemii koronawirusa otrzymują finansowe wsparcie od rządu, niekoniecznie oddają głos na prezydenta Dudę, ale będąc pod wpływem narracji mediów takich jak TVN, dokonują innego wyboru. I to są reakcje zupełnie sprzeczne z interesem tych ludzi, z rzeczywistością, która ich otacza, ale to pokazuje, jak potężny jest wpływ mediów na ludzkie postawy, wybory.
Jednak nie tylko media ogólnopolskie, w tym stacje telewizyjne są w obcych rękach. Jeśli przyjrzeć się skali mediów, także lokalnych – zwłaszcza prasy, to jest ona w rękach koncernów niemieckich, wygląda to zatrważająco…
– Tak jest nie od dzisiaj, ale od wielu, wielu lat. Opinię urabia się nie typowymi portalami politycznymi, bo ogląda je stosunkowo niewiele osób, głównie zaś ludzie zainteresowani polityką, czyli kilkanaście procent, może 20, ale dzisiaj opinię publiczną urabia się modowymi portalami typu Pudelek, także przy pomocy prasy lokalnej, bazując na tym, że ludzie interesują się tym, co ich otacza itd. I to jest abecadło, jeśli chodzi o funkcjonowanie i wpływ mediów na nasz światopogląd, na nasze opinie polityczne.
Czy w innym kraju dajmy na to w Niemczech czy we Francji taka ingerencja medialna byłaby w ogóle do pomyślenia?
– Takie rzeczy mają miejsce w krajach kolonialnych, postkolonialnych lub w tych państwach, które takie pozycje zajmują w relacji do swoich sąsiadów. Natomiast w krajach prowadzących podmiotową politykę jest to absolutnie niedopuszczalne.
Co z repolonizacją mediów, o której tak wiele się mówiło?
– Repolonizacja mediów w Polsce dokonuje się w tym sensie, że mamy media publiczne. Media prywatne o profilu prawicowym także się umocniły. Jeśli mówimy o stałej strukturze i potrzebie zmian w tym zakresie, to nie sądzę, żeby proces zmian został zatrzymany i żeby obecne władze nie chciały tego zrobić. Pewne zaniechania mają miejsce tylko dlatego, że minione pięć lat, to nieustanna wojna z Unią Europejską o tzw. praworządność, walka i starcia z sądami i to wszystko pochłonęło wiele wysiłków. Po ewentualnych zwycięskich wyborach prezydenta Andrzeja Dudy powinien to być absolutnie jeden z pierwszych tematów, którymi trzeba będzie się zająć.
Obserwujemy otwarte zaangażowanie mediów zagranicznych w kampanię prezydencką w Polsce…
– Można powiedzieć, że te media są po to, aby rozstrzygać, wpływać na wybory Polaków. Skoro Niemcy mają w Polsce swoje interesy, to ktoś musi stać na ich straży. Nic zatem dziwnego, że tak to funkcjonuje i tylko odnosząc się do naszej polskiej naiwności, można było twierdzić, że kapitał nie ma narodowości, że nieważne, czyje są media. Tymczasem fakty są zgoła inne. Zysku z mediów nie liczy się tylko w finansach. Kapitał zwraca się również poprzez politykę, czyli wygrywa opcja, która jest nam przychylna, dzięki czemu możemy potęgować nasze zyski w większej skali niż przy prostej inwestycji kapitału w przemysł czy usługi.
Czy i jakie jest zagrożenie, że Polacy w kwestii wyborów ulegną tej propagandowej machinie sterowanej z zagranicy?
– To się dopiero okaże. W rzeczywistości mamy spór – można powiedzieć – ze światem wirtualnym. O ile to, o czym mówi prezydent Andrzej Duda, jest jego własnym, rzeczywistym dorobkiem, czemu nie sposób zaprzeczyć. Mamy w Polsce wojska amerykańskie, Wojska Obrony Terytorialnej, gazoport w Świnoujściu; kontynuowana jest trasa S-19, trwa przekop Mierzei Wiślanej, funkcjonują programy społeczne, takie jak „500 plus”, „300 plus”, obniżono Polkom i Polakom wiek emerytalny podniesiony przez koalicję PO – PSL – to wszystko jest faktem, to jest rzeczywistość, której nie da się zaprzeczyć. Natomiast Rafał Trzaskowski jest – jeśli chodzi o poglądy – kimś nierzeczywistym, postacią czysto wirtualną ale mocno wspartą medialnie. Jest zatem pytanie do nas, Polaków: co wybierzemy, co wygra, czy świat wirtualny, nierzeczywisty, czy wygra obóz patriotyczny, czy jako Polacy chcemy Polski niepodległej, suwerennej, czy może chcemy obozu kosmopolitycznego? Przed tym wyborem staliśmy już w XVIII w. i po dwustu latach niespecjalnie dużo się zmieniło.
Dość smutna konstatacja…?
– Nie wiem czy smutna, bo zawsze dokonujemy wyborów. Jeśli zdecydowaliśmy się na demokrację, to zawsze każdy nasz wybór jest wyborem moralnym. To jest rzecz oczywista i nie tylko my, Polacy, stoimy przed wyborami moralnymi, ale wiele społeczeństw wybiera rozwiązania, np. rewolucyjne, które prowadzą do całkowitej destrukcji życia społecznego. Później są tego konsekwencje. Dlatego my też powinniśmy mieć świadomość, że nasze wybory będą miały konsekwencje. Ten apel jest szczególnie adresowany do tych, którym nie chce się pójść do wyborów, którzy wahają się, twierdząc: „cóż znaczy jeden głos”. Ale jeśli takich „jednych” głosów jest dwieście tysięcy, to mogą one rozstrzygnąć o takim czy innym wyborze.
Jak zachęcić niezdecydowanych, żeby 12 lipca skorzystali ze swojego prawa wyborczego i poszli do urn?
– Musimy ciągle uświadamiać, jaka jest waga tych wyborów, jaka jest stawka i czym jest oddanie głosu. Przypomnijmy sobie, jak nasi dziadowie nadstawiali głowy, szli do lasu albo na front i walczyli o naszą wolność. I cóż stanowił jeden żołnierz, ale jeśli było ich wielu, jeśli te liczby się sumowały, to znaczyło o zwycięstwie lub porażce. I wybory są dokładnie tym samym. Jest wiele inicjatyw medialnych zachęcających do udziału w wyborach, są także inicjatywy modlitewne, a więc duchowa perspektywa też ma tutaj niebagatelne znaczenie. Metod i sposobów przekonywania do udziału w wyborach jest dużo, każdy też ma swoją rodzinę, a więc możliwości przekonywania jest ogrom. Obyśmy tylko wykazali dobrą wolę i chcieli z tego skorzystać.