• Środa, 15 lipca 2020

    imieniny: Henryka, Włodzimierza

Mobilizacja elektoratów

Wtorek, 30 czerwca 2020 (21:26)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

I turę wyborów prezydenckich wygrał Andrzej Duda, a przewaga ponad 13 procent, jaką zdobył nad Rafałem Trzaskowskim, jest nawet większa niż w sondażach…

– To duża przewaga, ale nie ma też zaskoczenia, bo Andrzej Duda był i nadal pozostaje faworytem wyborów prezydenckich. Trzeba też powiedzieć, że dwóch kandydatów, którzy wchodzą do II tury, potwierdziło swoją przewagę nad resztą peletonu. Jednocześnie byliśmy świadkami ciekawego pojedynku, co może świadczyć, że do końca kampanii będzie trwała walka o głosy wyborców. Czeka nas zatem ciekawe dwa tygodnie kampanii, a dla kandydatów bardzo pracowity czas.

Komu będzie łatwiej zmobilizować własny elektorat, przekonać do siebie niezdecydowanych, a także skłonić do poparcia tych, którzy w I turze oddali głosy na innych kandydatów?

– Mobilizacja w elektoracie jest rzeczą bardzo ważną, bo uśpienie przekonania, że walka właściwie jest wygrana, a więc demobilizacja, jest zawsze zagrożeniem. Natomiast wydaje mi się, że II tura może być głosowaniem niekoniecznie za, ale przeciwko danemu kandydatowi. Dotyczy to szczególnie prezydenta Andrzeja Dudy, który ma spójny program i sprawa wydaje się oczywista, natomiast to, co przedstawił Rafał Trzaskowski na finiszu przed I turą wyborów, trudno nazwać propozycją dla Polski i Polaków. Dlatego łatwiej mu będzie przenieść ciężar dyskusji na zniechęcenie do Andrzeja Dudy, zamiast przedstawić spójną wizję. Możemy mieć zatem próbę mobilizacji elektoratu na zasadzie zagłosujcie na mnie, żeby prezydentem ponownie nie został Andrzej Duda.

Jakie znaczenie może mieć debata obu kandydatów?

– To może być ciekawe. Jest też pytanie, kto z dziennikarzy poprowadzi taką debatę i kto będzie układał pytania. Słyszymy, że podobnie jak przed I turą gospodarzem debaty ma być Michał Adamczyk. Podejrzewam, że w mediach może nie być zgody tylko na jedną debatę, więc mogą to być dwie debaty – jedna w mediach narodowych, a druga w komercyjnych. Czy ten scenariusz się ziści, będzie zależało od tego, czy sztaby kandydatów potrafią się porozumieć.

Jak może się ułożyć przepływ elektoratu tych kandydatów, którzy zakończyli udział w wyborach na I turze?

– Odnoszę wrażenie, że dzisiaj elektoraty są bardziej samodzielne, niż bywało to dawniej i dany kandydat nie może powiedzieć do swoich wyborców, żeby w II turze oddali głos na tego czy innego kandydata. Tym samym ucieka od formuły – przekazuję głosy na tego czy innego kandydata, bo wie, że jest to źle odbierane. Ponadto I turę cechuje głosowanie na zasadzie pierwszego wyboru ze świadomością, że jak będzie II tura, to oddamy głos na kogoś innego, niekoniecznie na tego, który zostanie wskazany mniej lub bardziej wprost przez lidera partyjnego. Może być zatem ciekawie, bo elektoraty są dzisiaj bardziej płynne i nie do końca przewidywalne.

Wracając do wyników I tury, czy jest coś, co Pana zaskoczyło?

– Przede wszystkim jestem mile zaskoczony wysoką frekwencją. 64,51 proc. to bardzo dobry wynik, który jest sukcesem wszystkich Polaków, i trzeba to powiedzieć bardzo wyraźnie. Tym większy to sukces, że uzyskany w dobie koronawirusa. Co więcej, każde kolejne wybory pokazują wzrost głosujących, co wskazuje, że Polakom zależy na tym, aby wybrać dobre władze, żeby mieć wpływ na wybór. Jest to także dowód na coraz wyższą świadomość obywateli, którzy interesują się sprawami państwa, jest to przejaw demokracji.

Co zmobilizowało Polaków, że tak licznie poszli do urn?

– Nic tak nie mobilizuje ludzi jak emocje. Ponadto liczba kandydatów – aż 11 – sprawia, że pochodzą oni z różnych środowisk, mobilizując je do aktywnego udziału w wyborach. I to z pewnością był czynnik mobilizujący, a ponadto ładna pogoda, co dodatkowo zachęciło ludzi do głosowania. Polacy chcą mieć wpływ, chcą sami podejmować decyzje i działać z coraz większą świadomością, że nie ma głosów zmarnowanych, że każdy głos jest ważny. I to jest przejaw demokracji.

II tura – 12 lipca – to pełnia wakacji. Czy to może być czynnik mobilizujący, czy wprost odwrotnie?

– I tura też odbywała się w pierwszą niedzielę wakacji i nie było to żadną przeszkodą. Pandemia sprawiła, że mniej będzie wyjazdów zagranicznych, krajowe też mogą być w jakimś sensie ograniczone, a zatem nie będzie problemu z tym, żeby zagłosować. Zatem te wakacje są inne. Ponadto jeśli nawet ludzie wyjadą na urlopy, to nie ma przeszkód, żeby wziąć zaświadczenie, upoważnienie i oddać głos w wyborach prezydenckich.

Tradycyjnie w największych miastach wygrał Rafał Trzaskowski, choć przewaga, jaką osiągnął w Warszawie, była mniejsza niż podczas wyborów samorządowych. Jednak czy nie zaskakuje Pana poparcie młodzieży dla kandydata Koalicji Obywatelskiej?

– To, jak głosowała młodzież, jest bardzo interesujące, bo młodzi w przedziale wiekowym 19-29 lat poszli głosować nie tylko na Rafała Trzaskowskiego, Krzysztofa Bosaka, ale także na Szymona Hołownię. Czwarte miejsce zajął Andrzej Duda, ale te przewagi nie są duże. Tak czy inaczej to pokazuje, że młodzież szuka swojego lidera czy idola, niekoniecznie wczytuje czy wsłuchuje się w programy i to, co dany kandydat ma do zaoferowania, i opiera się na pobieżnych ocenach, głosując tak, a nie inaczej.

Jeśli zaś chodzi o duże miasta, to wciąż jest to wyzwanie dla prezydenta Dudy i w ogóle dla Zjednoczonej Prawicy, więc na tym wielkomiejskim elektoracie – w II turze też należałoby się bardziej skupić. Tutaj, a nie tylko w miastach powiatowych czy na wsi, jest elektorat popierający obecnego prezydenta, jest też duża grupa niezdecydowanych, o których warto zawalczyć i pozyskać ich głosy.

Czym młodzież dała się kupić Trzaskowskiemu, jaką ofertę dla ludzi młodych przedstawił kandydat Koalicji Obywatelskiej?        

– Młodzież zawsze najprościej kupić buntem, sprzeciwem, protestem. W tę narrację została wkręcona młodzież. Mieliśmy i wciąż mamy okrągłe słówka, zero treści, negację wszystkiego, co robi rząd i prezydent, nic nie wychodzi, nic się nie udaje, a do tego komentarz, że Trzaskowski ma dość. I tak to wygląda, to najprostsza formuła zniechęcenia do innego kandydata.

Gdzie są jakieś racjonalne przesłanki?

– A po co to, komu potrzebne…? Polityka i wybory to są głównie emocje. Proszę zwrócić uwagę, że – tak jak już powiedziałem – Rafał Trzaskowski zajął drugie miejsce i wszedł do II tury wyborów o najwyższy urząd w Polsce bez wizji Polski. To oznacza, że ludzie oddawali głos na kandydata Koalicji Obywatelskiej, ale tak naprawdę nie za nim, tylko przeciwko Andrzejowi Dudzie. To świadczy źle o Trzaskowskim, bo jeśli wyborcom wystarczyło tylko to, że jest przeciwko Andrzejowi Dudzie, to znaczy, że w poważaniu mają Trzaskowskiego i to, czy ma program, czy nie. To nie świadczy o stabilnym poparciu, nie rokuje też na przyszłość, także tę najbliższą – wyborczą.

Grzegorz Schetyna w jednym z komentarzy po I turze wyborów powiedział, że Rafał Trzaskowski zaprezentował „nową jakość”. Tak się zastanawiam, jaką...?

– Można powiedzieć, że była to jakość kampanii bez programu. To jest nowa jakość, nowa „świecka tradycja”, a jednocześnie dowód na to, że można zrobić kampanię praktycznie bez programu, opierając się tylko na totalnej opozycji wobec władzy. Rafał Trzaskowski jechał totalną opozycją i to był jego cały program. Totalne, wielkie nie wobec wszystkiego, co kojarzy się z obecną władzą w Polsce, bez pokazania jakiejkolwiek alternatywy, bez wizji – tego nie było. I to wystarczyło, żeby w przegranym polu zostawić innych kontrkandydatów, ale to za mało, żeby wygrać z obecnym prezydentem Andrzejem Dudą.

Trzeba też powiedzieć jedną rzecz, o której się zapomina, mianowicie o tym, dlaczego dzisiaj wciąż jesteśmy w okresie kampanii wyborczej, którą już dawno powinniśmy mieć za sobą. I tutaj Platforma i Trzaskowski powinni przesłać dobrego szampana Jarosławowi Gowinowi, bo dzięki niemu uratowali twarz po blamażu z Małgorzatą Kidawą-Błońską. Dlatego w niedzielę mogli odetchnąć. Wynik Trzaskowskiego jest poniekąd powtórzeniem wyniku Platformy z wyborów parlamentarnych i stosunkowo szybkim odbudowaniem strat po kampanii Kidawy-Błońskiej. Platforma ma zatem dług wobec Jarosława Gowina, bo bez niego kto wie, czy dzisiaj nie mówilibyśmy o Platformie w czasie przeszłym.

         Dziękuję za rozmowę.

     

Mariusz Kamieniecki