Przed wizytą w Waszyngtonie
Czwartek, 18 czerwca 2020 (13:51)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jakie znaczenie dla Polski ma spotkanie Duda – Trump, które odbędzie się w środę w Waszyngtonie?
– Takie spotkanie ma dwojakie znaczenie. Po pierwsze, warto mieć na uwadze, że potęguje się napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Niemcami. Polska chce, co więcej – ma szanse na tym skorzystać przede wszystkim w sferze polityki bezpieczeństwa. Po drugie, mamy szczyt kampanii prezydenckiej w Polsce i wydaje się, że prezydent Donald Trump – oczywiście pośrednio – chce pomóc Andrzejowi Dudzie w reelekcji, wiedząc, że zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego byłoby zwycięstwem opcji niemieckiej w Polsce.
Prezydent Duda będzie pierwszym przywódcą przyjętym w Białym Domu po pandemii koronawirusa. To chyba rzecz niebagatelna?
– To pokazuje, jaką wagę Amerykanie przywiązują do relacji z Polską, czy w ogóle do kwestii środkowoeuropejskich. Zwłaszcza w sytuacji zagrożenia czy niepewności, jakie daje Moskwa. Ponadto takie przyjęcie polskiego prezydenta w Białym Domu i gesty sympatii, jakie przy okazji takiego spotkania z pewnością się pojawią, na pewno wzmocnią dobry wizerunek prezydenta Andrzeja Dudy w Polsce i na arenie międzynarodowej.
Takie spotkanie jest chyba potrzebne obu prezydentom, którzy ubiegają się o reelekcję?
– Owszem, z tym że w przypadku Donalda Trumpa wybory odbędą się dopiero jesienią, a więc jest jeszcze trochę czasu, dlatego ta kwestia nie ma dla niego aż tak dużego znaczenia. Zresztą opinia amerykańska tylko częściowo interesuje się Polską. Oczywiście taka wizyta jest w kręgu zainteresowań licznej, bo około dwudziestomilionowej Polonii amerykańskiej, co przekłada się na głosy poparcia dla Trumpa. Tak zresztą było w poprzednich wyborach.
Dlatego jeśli chodzi o Donalda Trumpa, nie sądzę, aby wizyta polskiego prezydenta dzisiaj odegrała tak dużą rolę. Żeby była skuteczna, to trzeba by ją zorganizować po wakacjach, co pozostałoby w świeżej pamięci wyborców. Oczywiście niewykluczone, że tak się stanie, ale jak dotąd to pieśń przyszłości. Natomiast jeśli wizyta Andrzeja Dudy odbywa się tuż przed wyborami prezydenckimi w Polsce, to – w mojej ocenie – jest to gigantyczne poparcie płynące z Waszyngtonu dla polskiego prezydenta. Będzie to też potwierdzenie skuteczności polityki zagranicznej prezydenta Andrzeja Dudy i w ogóle obozu Zjednoczonej Prawicy. Opozycji trudno będzie temu zaprzeczyć.
Co Pana zdaniem będzie szczególnie ważne podczas rozmów?
– Jest kilka spraw, które mogą zostać poruszone podczas spotkania, jak chociażby kwestia Fort Trump, czyli stałej bazy amerykańskich żołnierzy w Polsce. Wizyta Andrzeja Dudy być może będzie też okazją dla Donalda Trumpa w kontekście redukcji sił amerykańskich w Niemczech do ogłoszenia wzrostu liczby żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Polsce. Ponadto są oczywiście kwestie gospodarcze. Z całą pewnością upadnie mit powtarzany przez Rafała Trzaskowskiego i media liberalne o rzekomej izolacji Polski na arenie międzynarodowej i że polityka pięciu lat prezydentury Andrzeja Dudy była katastrofą dla Polski.
Spotkanie z prezydentem największego światowego mocarstwa pokaże, że jest dokładnie odwrotnie. Ale to też ilustruje, że wybory w Polsce, którym towarzyszy spór czysto partyjny, a także ważny spór ideologiczny, mają również wymiar geopolityczny. Trzeba też zauważyć, że program Rafała Trzaskowskiego w ogromnej mierze wpisuje się w układ niemiecki, a więc pośrednio także w układ niemiecko-rosyjski. Z kolei Stany Zjednoczone nie chcą sobie pozwolić na destabilizację polityczną Polski, czyli wyłączenia nas z ważnej gry z punktu widzenia amerykańskiego interesu narodowego.
Polska staje się głównym graczem na wschodniej flance NATO?
– Polska jest głównym graczem na wschodniej flance NATO. Bez Polski cały ten układ się sypie, bez Polski nie sposób mówić o hubie gazowym, który ma rozprowadzać błękitne paliwo LNG sprowadzane ze Stanów Zjednoczonych poprzez gazoport w Świnoujściu na południe kontynentu. Warto też pamiętać, że Amerykanie, widząc skuteczność swoich działań, chcą nakładać kolejne sankcje na firmy budujące rurociąg Nord Stream, a co za tym idzie – chcą wyeliminować Niemcy jako europejski hub dla gazu rosyjskiego. Zatem są to poważne sprawy i w tym sensie zawsze podkreślałem – bez zbędnej megalomanii – może nie najważniejsze, ale ważne geopolityczne znaczenie Polski, z czego możemy naprawdę wiele skorzystać.
Wspomniał Pan, że Donald Trump chce zaostrzyć sankcje, które mają uniemożliwić dokończenie budowy rurociągu Nord Stream. W interesie Polski, ale też Europy jest, by tego rurociągu nie było. Jednak zarówno Niemców, jak i Rafała Trzaskowskiego jakoś to nie przekonuje?
– Niemcy – co zrozumiałe – mieli i mają inne interesy albo inaczej je sobie zdefiniowali. Owszem, ktoś może powiedzieć, że prezydent Stanów Zjednoczonych wspiera prezydenta Andrzeja Dudę i Prawo i Sprawiedliwość, ale nie mówi się o tym, jakie wsparcie otrzymała totalna opozycja z Berlina – wsparcie wręcz uzależniające, wręcz upokarzające wsparcie ze strony Brukseli.
Przecież nieustanna pięcioletnia ingerencja w wewnętrzne sprawy Polski ze strony Komisji Europejskiej – najpierw firmowana przez Fransa Timmermansa, a teraz przez Verę Jourovą – różne nękania ze strony instytucji europejskich, jak Komisja Wenecka, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, nie były działaniami przypadkowymi. Cel był jasny: zmienić władzę w Polsce i podporządkować nasz kraj interesom niemieckim. Teraz popierają Trzaskowskiego, który ma im spłacać to wsparcie przy próbie obalenia rządów Zjednoczonej Prawicy. Nic zatem dziwnego, że kandydat Koalicji Obywatelskiej neguje budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego, aby interesy niemieckie nie zostały naruszone. Podobnie jest z przekopem Mierzei Wiślanej – żeby nie naruszać interesów rosyjskich. I w tym sensie Rafał Trzaskowski mówi, że nie będzie prezydentem, który wywołuje kłótnie w Europie, ale przekonuje, że pogodzi nas z wszystkimi.
Tylko, co oznacza pogodzić interesy Polski z interesami Niemiec?
– Mówiąc wprost: oznacza to podporządkowanie się interesom niemieckim. Inna kwestia, że to nie my walczymy z Niemcami, ale Niemcy – za pośrednictwem Unii Europejskiej – walczą z nami. My nigdy nie atakowaliśmy Niemców, nigdy nie ingerowaliśmy w ich wewnętrzne sprawy, czego nie można powiedzieć o drugiej stronie. Dlatego stawka wyborów prezydenckich jest bardzo duża. Stawką jest byt Polski i stąd takie, a nie inne działania są podejmowane, aby uniemożliwić reelekcję prezydentowi Andrzejowi Dudzie.
To, że współpraca ze Stanami Zjednoczonymi jest gwarancją naszego bezpieczeństwa, to jest jasne. Ale czy przy poziomie niechęci wobec prezydenta Trumpa – także ze strony przywódców Unii Europejskiej – nie jest to zarazem problem dla nas?
– To w ogóle nie ma znaczenia. Emocje nigdy nie odgrywały i nie będą odgrywać decydującej roli w wielkiej polityce. To tylko w Polsce niektórzy politycy myślą, a także część mediów tak uważa. W istocie jedyną realną grą jest gra interesów i wedle tego rozumowania liczy się silny, a słabych się eliminuje z gry. Jeśli zatem Amerykanie ingerują w sprawy europejskie, to siłą rzeczy nasze znaczenie rośnie. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że nie jest to gwarancja naszego bezpieczeństwa, które sami musimy sobie zapewnić i zadbać o to, ale sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, obecność wojsk amerykańskich w Polsce – to wszystko z pewnością może wzmocnić nasze bezpieczeństwo.
Ten sojusz z Waszyngtonem może nam także dać pewne odbicie na arenie międzynarodowej w różnych sferach politycznych i gospodarczych oraz ustawić nas na poziom konkurencyjny wobec głównych graczy. I ci główni gracze mają tego świadomość, dlatego chcą w zarodku zniszczyć rozwijającą się naszą siłę. Warto też zwrócić uwagę, że nasze dobre relacje z Waszyngtonem nie są tylko powodowane sympatią, ale są wypadkową interesów, jakie Stany Zjednoczone mają w Europie.
Tak czy inaczej – znając swoje możliwości – jesteśmy partnerem dla Stanów Zjednoczonych?
– Amerykanie jako mocarstwo prowadzą globalną politykę. Idąc tokiem tego rozumowania, można powiedzieć, że wszystkie kraje są jakimś partnerem dla Waszyngtonu – jedni mniejszym, inni bardziej znaczącym. Jak mówią geopolitycy, stratedzy znający się na rzeczy, pas bałtycko-czarnomorski jest jednym z ważniejszych w Eurazji (choć może nie tak ważny jak Daleki Wschód z Chinami itd.) I teraz jest kwestia, czy będziemy w stanie zachować swoją podmiotowość i z kolei czerpać z tego ogromne korzyści, czy sprzedamy to za przysłowiowy funt kłaków, jak chociażby stanowisko dla naszych polityków w Brukseli, z czego nic dla nas jako państwa nie wynika. Przykładem jest Donald Tusk, który w czasie dwóch kadencji na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej nie zrobił nic dla Polski, a wprost przeciwnie – działał wbrew interesom państwa polskiego.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki