Potrzebny dobry program dla sektora górniczego i energetycznego
Czwartek, 11 czerwca 2020 (20:06)Z Dominikiem Kolorzem, przewodniczącym Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ „Solidarność”, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Skąd tak duża liczba zakażonych górników? W innych regionach kraju epidemia wygasa, a na Śląsku wprost przeciwnie?
– Epidemiologiem ani wirusologiem nie jestem, więc trudno mi odpowiedzieć autorytatywnie na to pytanie, tym bardziej, że zdania naukowców na ten temat są podzielone. Warto pamiętać, że kopalnia ma swoją specyfikę, to są trudne warunki pracy. Jest też duży kontakt górników, którego nie da się uniknąć, szczególnie w dwóch fazach, czyli rozpoczęcia pracy, kiedy górnicy zjeżdżają pod ziemię i nawet – jak w tej chwili – jest ograniczona liczba osób, które mogą wejść do windy, to i tak nie da się zachować teoretycznie bezpiecznego dystansu 1,5 czy 2 metrów.
Drugi element, to jest kwestia związana już bezpośrednio z dojazdem do ścian, do wyrobisk, który odbywa się za pośrednictwem małych pociągów – kolejek i wagoników, gdzie zagęszczenie jest duże, a tym samym kontakt między górnikami też ma miejsce. Dlatego przypuszczam, że gdyby inne grupy zawodowe były ze sobą w tak bliskim kontakcie jak górnicy, to może nie aż na taką skalę, jaka dziś występuje na Śląsku, ale tych chorych bezobjawowych też by trochę było.
Od piątku na trzy tygodnie zostanie wstrzymane wydobycie w 10 kopalniach Polskiej Grupy Górniczej oraz Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Czy to oznacza zupełny postój?
– O to właśnie toczył się cały, ostry spór w kilku ostatnich dniach zarówno z zarządem Polskiej Grupy Górniczej, jak i ze strukturą właścicielską, a konkretnie z ministerstwem aktywów państwowych. Kopalnia to nie jest fabryka wafli – z całym szacunkiem dla wszystkich tam zatrudnionych i ich pracy – ale kopalni nie da się zatrzymać z dnia na dzień, ani doprowadzić do sytuacji, kiedy nikt tam nie pracuje. Kopalnie pracują dzisiaj w coraz trudniejszych warunkach geologicznych, wyrobiska są usytuowane coraz głębiej, jest coraz większe zagrożenie pożarowe, zagrożenie metanowe, są też duże ruchy górotworów i nadzwyczajniej w świecie te wyrobiska muszą być w ciągłym ruchu.
Podam przykład Kopalni „Mysłowice-Wesoła”, gdzie notorycznie pokazują się tlenki, które mogą doprowadzić do samozapłonu i wstrzymać ścianę na więcej niż na dobę, w tej sytuacji przerwa w wydobyciu mogłaby spowodować problem. Ściana mogłaby się zapalić, mogłoby się zapalić całe wyrobisko i nie byłoby gdzie wracać do pracy. I tak jest w przypadku 80 proc. pokładów wydobywczych w Polskiej Grupy Górniczej. Biorąc pod uwagę to, co powiedziałem, decyzja wicepremiera i ministra aktywów państwowych Jacka Sasina, który powiedział, że kopalnie muszą stanąć, była irracjonalna.
Dlatego wspólnie z przewodniczącym NSZZ „Solidarność” w PGG zwrócił się Pan do premiera Morawieckiego o cofnięcie decyzji o zaprzestaniu wydobycia?
– Dokładnie tak. Premier Mateusz Morawiecki we wtorek przyjechał na Śląsk i w trakcie rozmów udało się wszystko poukładać. Podczas postojów wydobycie będzie ograniczone, ale nie w taki sposób, w jaki wcześniej zapowiedział to wicepremier Jacek Sasin, co doprowadziłoby do technicznej likwidacji Polskiej Grupy Górniczej.
Za postój górnicy otrzymają pieniądze…
– Wolałbym nad tzw. ochronne czy postojowe spuścić zasłonę milczenia, bo w innych częściach Śląska czy kraju jest zły odbiór, że górnicy otrzymają pieniądze.
Niekoniecznie, bo w ramach „Tarczy antykryzysowej” pracownicy różnych gałęzi czy firmy też otrzymują wsparcie…
– Owszem, to prawda, ale nie wszyscy tak to pojmują. Oczywiście tłumaczenie jest słuszne, że górnicy to jedyna grupa zawodowa, gdzie jest tak wielu zakażonych, również że wcześniej w wielu kopalniach ludzie też byli na postojowym i mieli płacone w granicach 80 proc. wynagrodzenia. Ale tłumaczenie tego wszystkiego osobom niewtajemniczonym, tym bardziej nieprzyjaznym nie jest wcale proste ani też przyjemne.
Trwają prace nad program transformacji sektora górniczego i energetycznego. Na czym miałby on polegać?
– Z całą pewnością będą to bardzo trudne i twarde rozmowy. Wiemy, że Ministerstwo Aktywów Państwowych przygotowuje swój plan, o co m.in. we wtorek pytaliśmy premiera Mateusza Morawieckiego i nie otrzymaliśmy konkretnej odpowiedzi. Natomiast ja bardzo wyraźnie akcentowałem premierowi, że w związku z powstałym bałaganem przy nadzorze właścicielskim nad górnictwem, nad energetyką powinniśmy zasiąść jako wszystkie strony, czyli pracodawcy, rząd oraz strona społeczna i próbować ustalić program transformacji i funkcjonowania sektora energetyczno-górniczego na co najmniej dwie dekady.
Z reguły jestem optymistą i twierdzę, że da się zrobić to w taki sposób, żeby nikt na tym nie ucierpiał, a szczególnie tak mocno uprzemysłowione regiony jak Śląsk, tak jak to się stało przed dwudziestu laty za rządów AWS. Wtedy również nas przekonywano, że jedynym wyjściem do normalności jest likwidacja przemysłu ciężkiego, likwidacja polskich kopalń tyle, że do tej normalności wiele rejonów Śląska do dnia dzisiejszego nie wróciło. Dlatego na taką powtórkę z rozrywki, to my się nabrać nie damy. Mam jednak nadzieję, że jak wrócimy do partnerskich rozmów, to jesteśmy w stanie wypracować kompromis i uzgodnić dobry program dla sektora górniczego i energetycznego.
Kiedy do takich rozmów mogłoby dojść?
– Im szybciej, tym lepiej. Aczkolwiek teraz – w związku z sytuacją kryzysową wywołaną pandemią koronawirusa – pewne elementy ekonomiczne będą zapewne trochę wirtualne. Jednak, w mojej ocenie, takie prace powinniśmy rozpocząć jeszcze przed wakacjami.
Generalnie, jak ocenia Pan sytuację w polskim górnictwie?
– Krótko mówiąc, sytuacja jest bardzo zła. Chcę też podkreślić, że inna jest sytuacja Jastrzębskiej Spółki Węglowej, a inna w kopalniach Polskiej Grupy Górniczej. W JSW z uwagi na to, że jest tam wydobywany inny węgiel, węgiel koksujący i że na całe szczęście zarządzano mądrze tą spółka, ma ona dzisiaj tzw. poduszkę finansową, która najpewniej pozwoli jej przetrwać najtrudniejszy okres kryzysowy. Wydaje się też, że okres popytowy na stal rozpocznie się na początku przyszłego roku, a wtedy popyt na węgiel koksujący będzie większy, również cena tego węgla powinna wzrosnąć. To wszystko powoduje, że JSW powinna znowu być w dobrej sytuacji ekonomicznej.
A jak sytuacja wygląda w kopalniach Polskiej Grupy Górniczej?
– W kopalniach Polskiej Grupy Górniczej sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Jest to historia złożona, którą ciężko przedstawić w dwóch zdaniach. Tak czy inaczej podczas ostatnich rozmów z premierem Mateuszem Morawieckim mówiliśmy o tym, że pojawiają się apele, żeby kupować to, co polskie i nawet jeśli są to produkty nieco droższe, to w ogólnym rozrachunku wcale tak nie jest, bo kupując to, co polskie, nie likwidujemy, ale de facto utrzymujemy miejsca pracy, co więcej przyczyniamy się, że wpływy do budżetu zarówno od polskich firm, jak i od polskich pracowników są coraz większe.
Natomiast jednym z problemów polskiego górnictwa jest to, że my importujemy najwięcej energii w historii Rzeczypospolitej po 1989 roku. Importujemy energię z Niemiec – jest to w większości energia odnawialna, dotowana przez obywateli niemieckich i rząd w Berlinie oraz ze Szwecji. Natomiast nie korzystamy z bloków konwencjonalnych, a tym samym nie korzystamy ze spalania polskiego węgla. Zdaję sobie sprawę, że wszystko, co wiąże się z węglem jest stygmatyzowane przez Brukselę, ale trzeba powiedzieć głośno i wyraźnie, że gdyby nie obciążenia podatkowe nałożone przez politykę klimatyczną Unii Europejskiej, to polska energia byłaby w tej chwili najtańsza w Europie. Niestety sztuczne podatki nałożone na energetykę konwencjonalną powodują, że kwestia emisji CO2 i sztucznego regulowania cenami emisji CO2 powodują, że energia produkowana z polskiego węgla jest trochę droższa niż energia, która jest w tej chwili importowana.