Amerykanie w Polsce
Poniedziałek, 8 czerwca 2020 (21:24)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą na KUL i w WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Co oznacza wciąż niepotwierdzona przez Biały Dom, ale zapowiadana przez media redukcja żołnierzy amerykańskich w Niemczech?
Informację tę trzeba czytać przede wszystkim w kontekście strategicznych konfliktów w Eurazji. Należy przypomnieć, że Amerykanie przez całe dziesięciolecia stwarzali Niemcom pewną przestrzeń bezpieczeństwa – nie tylko w perspektywie europejskiej, w odniesieniu do zagrożenia sowieckiego, ale również w perspektywie światowej. Pamiętajmy, że Niemcy to jeden z największych światowych eksporterów i żeby mogli w sposób bezpieczny eksportować swoje towary, muszą mieć zabezpieczone szlaki handlowe – również morskie. Stany Zjednoczone, prowadząc globalną politykę, również w sferze militarnej takie zabezpieczenie stwarzają i to nie tylko Niemcom, ale w ogromnej mierze całemu światu.
Co z wdzięcznością Niemiec wobec Stanów Zjednoczonych?
No właśnie. Niemcy mogłyby się w dwojaki sposób odwdzięczać Amerykanom, to znaczy przede wszystkim poprzez zwiększenie swoich nakładów na obronność i przeznaczanie na ten cel dwóch procent Produktu Krajowego, a tym samym dołączenie do innych państw Sojuszu Północnoatlantyckiego – takich jak Polska. Skoro mowa o obronności, to można to czytać jako zakup amerykańskiego uzbrojenia, bo tak to trzeba widzieć, co byłoby impulsem do rozwoju gospodarki amerykańskiej, albo chociaż – i to jest drugi aspekt – geostrategicznie opowiedzieć się za opcją amerykańską, a nie inną.
I teraz, kiedy w interesie amerykańskim jest np. sprzedaż gazu w świecie, a Niemcy zawierają sojusz z Rosją – mam na myśli projekt Nord Stream – i jeśli dodamy do tego geostrategiczny konflikt Waszyngtonu z Pekinem i niemieckie ukłony pod adresem Chin, nie zaś opowiedzenie się po stronie Stanów Zjednoczonych, to trudno się dziwić Donaldowi Trumpowi, że może mieć tego dość i wysyła do Berlina komunikat – zabezpieczajcie się sami. Zapowiedź wycofania 9,5 tysiąca amerykańskich żołnierzy z Niemiec to jasny sygnał, że Amerykanie nie będą – przynajmniej w takim stopniu jak dotychczas – chronić interesów Berlina, a zarazem wskazanie do Niemców, aby sami zadbali o swoje bezpieczeństwo.
Jak ten sygnał zostanie odebrany przez Niemców?
W sposób bardzo jednoznaczny. Niemcy stoją w rozkroku. Co więcej, chcą dalej tkwić w tej pozycji i czekać na ostateczny wynik starcia amerykańsko-chińskiego, a kiedy wszystko będzie już jasne, to opowiedzieć się po stronie tego, kto z tego starcia wyjdzie zwycięsko. Tyle tylko, że Amerykanom, którzy chcą zmusić Niemcy do opowiedzenia się już teraz po ich stronie, taka gra Berlina nie odpowiada, bo nie jest w interesie Stanów Zjednoczonych.
Wycofanie się z Niemiec nie oznacza wyjścia wojsk amerykańskich z Europy. Jeśli się potwierdzą zapowiedzi o rozlokowaniu tych wojsk w krajach Grupy Wyszehradzkiej, którym przewodzi Polska, to czy może to oznaczać, że wektor polityczny Trumpa przesuwa się w naszym kierunku?
Dokładnie tak. Dlatego że Polska się już opowiedziała po stronie Stanów Zjednoczonych, i to widać na przykład po strategicznych decyzja polskich władz dotyczących zakupu amerykańskiego uzbrojenia, jak chociażby myśliwców F-35 czy innego sprzętu wojskowego, ale także po strategicznych zakupach amerykańskiego gazu LNG, a tym samym uniezależnieniu się od dostaw błękitnego paliwa od Rosji.
W tym względzie opowiadamy się jasno po stronie Waszyngtonu, występując jasno przeciwko niemiecko-rosyjskiemu projektowi Nord Stream. Oczywiście Amerykanie nie chcą wydawać na wojsko więcej, bo coraz mniej stać ich na to, ale chcą wydawać swoje pieniądze w sposób bardziej racjonalny. Skoro bowiem Niemcy grają przeciwko Ameryce, albo przynajmniej w jakichś aspektach prowadzą taką grę, to z punktu widzenia Waszyngtonu nie ma sensu wydawać więcej pieniędzy na utrzymanie wojsk, które zmieniając kierunek, można przenieść, i to jest zrozumiałe. Chodzi o to, żeby nie wydawać więcej na te kwestie, ale inaczej dysponować siłami, które ma się już w Europie.
Istotne jest, że te wojska zostaną w Europie. Co więcej, jak słyszymy, część spośród 9,5 tysiąca amerykańskich żołnierzy ma trafić do Polski. Jak ważna – jeśli chodzi o bezpieczeństwo Polski – jest obecność wojsk amerykańskich?
Wiadomo, że liczebność tych wojsk nie jest ogromna, nie są to zatem wojska, które w przypadku jakiejś inwazji będą w stanie obronić Polskę, ale jeśli te medialne zapowiedzi się potwierdzą, to zwiększenie liczebności militarnej Amerykanów byłoby sygnałem wysłanym w przestrzeń międzynarodową, że Polska i kraje Europy Środkowej są pod amerykańską ochroną. I w tym sensie jest to istotne i ważne. Oczywiście jest pytanie, które zawsze się pojawia, czy my zbyt szybko nie dokonaliśmy strategicznego wyboru idącego w kierunku sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi…? Tym, którzy podają to w wątpliwość, mogę zadać pytanie: Jaka jest alternatywa?
A zatem…?
Trzeba powiedzieć, że właściwie nie ma alternatywy. Nam jakąkolwiek alternatywę realnie zamknęły Niemcy poprzez Unię Europejską. Proszę zwrócić uwagę, że ataki na Polskę wcale nie ustały, a nawet te ataki są potęgowane, robi się wszystko, żeby nas spacyfikować, przyporządkować polityce unijnej, a de facto polityce niemieckiej. Wiemy, jak to robią, na przykład w obliczu wyborów prezydenckich wspierają Rafała Trzaskowskiego. W związku z tym, ponieważ presja na naszą suwerenność jest potężna, to trzeba dokonywać szybkich wyborów, bo czasu jest mało, ponadto nie dano nam innego wyboru. Stąd też polityka obecnych władz ukierunkowana na Waszyngton.
Czy zwycięstwo w wyborach prezydenckich któregokolwiek z kandydatów opozycyjnych gwarantuje nam powiększenie obecności wojsk amerykańskich w Polsce, skoro np. Platforma mówi, że wiązanie się z sojusznikiem zza oceanu nie jest dobre – tym samym dołączając do chóru niemieckiego?
Platforma cały czas spogląda na Niemcy, zresztą Rafał Trzaskowski, krytykując Centralny Port Komunikacyjny, daje temu jasny sygnał. Nie mówię już o Donaldzie Tusku, co jest oczywiste i powszechnie znane. Proszę zwrócić uwagę, żewiedząc, jaki jest układ, w każdej kampanii wyborczej – za pośrednictwem Unii Europejskiej – Niemcy starają się pomóc Platformie.
Oczywiście jest tak, że Niemcy jeszcze nie wyszły z orbity Stanów Zjednoczonych, tylko na razie mają spór z Amerykanami, stąd też Platforma w swojej retoryce nie mówi o całkowitym zerwaniu z Waszyngtonem, natomiast wybrali opcję kontynentalną, czyli bycie buforem niemieckim w przestrzeni tych wszystkich zmagań, który to bufor będzie miał zagwarantowany względny spokój, może nie wysoki dobrobyt, ale jako podwykonawca gospodarki niemieckiej w miarę zabezpieczone warunki życia i funkcjonowania.
Ale to wszystko. Nic zatem dziwnego, że wszelkie próby zrobienia czegoś dobrego w Europie centralnej uznają za szaleństwo, bo Ameryka, jeśli chodzi o odległość, jest daleko. Jest to jednak ich wybór stąd – od tej strony – zbliżające się wybory prezydenckie mają gigantyczne znaczenie.
Gwarantem naszego sojuszu z Waszyngtonem i de facto naszego bezpieczeństwa jest prezydent Trump. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych trwają zamieszki, protesty po śmierci Afroamerykanina George’a Floyda. Czy siły niechętne Trumpowi mogą to wykorzystać, aby uniemożliwić mu reelekcję i co to oznaczałoby w kontekście naszego szeroko rozumianego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi?
Eksperci różnie to oceniają, ale w sytuacji zmiany na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych jakaś korekta – owszem mogłaby się dokonać, ale niekoniecznie duża. Proszę zwrócić uwagę, że Donald Trump nie robi pewnych ruchów dlatego, że ma takie, a nie inne poglądy, choć po części pewnie ma to znaczenie, ale przede wszystkim dlatego, że takie są interesy amerykańskie.
Chodzi o interesy firm amerykańskich, biznesu itd. A zatem ta presja na rząd, żeby się zachowywać tak, a nie inaczej, powoduje właśnie takie reakcje. Pamiętajmy, że to, czy kolejnym prezydentem będzie Donald Trump, czy Joe Biden, to wspomniany przeze mnie wcześniej konflikt chińsko-amerykański będzie istniał nadal. Co więcej, jest to konflikt strategiczny – zwłaszcza w obliczu czy po pandemii koronawirusa. To nie jest tak, że dajmy na to przyjdzie nowy prezydent, który dokona całkowitego resetu w polityce amerykańskiej i poukłada sobie klocki od nowa, po swojemu.
Alternatywą byłaby polityka totalna, globalna, tyle że Amerykanie nie mają już na to siły, żeby być wszędzie i rozstrzygać konflikty na swoją korzyść. Koszt takiej polityki jest bowiem ogromny, a zyski właściwie niewielkie. Oczywiście, że Donald Trump jest w swojej polityce wyrazisty, że ułożył sobie dobre relacje z Polską, ale czy nowy gospodarz Białego Domu przyniósłby radykalną zmianę polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych… – nie sądzę.
A jak skomentuje Pan Profesor pomysł przesunięcia do Polski broni nuklearnej, o czym wspominała m.in. ambasador Mosbacher. Czy to w ogóle realne?
Oczywiście, że jest to realne, bo w polityce wszystko jest realne. Wiemy o tym, że kraj, który posiada broń nuklearną bądź na terenie którego znajduje się broń nuklearna, to takiego kraju się nie atakuje. To jest niepisana doktryna w przestrzeni międzynarodowej. Naturalnie broń jądrowa byłaby w rękach amerykańskich, ale mimo wszystko byłaby składowana w Polsce, a co zatem idzie oznaczałoby to, że Amerykanie musieliby strzec tego typu nuklearnych instalacji niczym oka w głowie.
Rząd polski chciałby zająć w relacji do Stanów Zjednoczonych taką pozycję – lub podobną – jaką miały Niemcy Zachodnie w okresie komunizmu, a zatem być krajem strategicznym. Oczywiście instalacja amerykańskiej broni nuklearnej w Polsce byłaby absolutną tego manifestacją, co wiązałoby się oczywiście z przesunięciem wojsk amerykańskich z Niemiec. Co istotne, ta gra toczy się cały czas i im większy konflikt amerykańsko-niemiecki, tym zwiększa się prawdopodobieństwo scenariusza rozlokowania amerykańskiej broni jądrowej w Polsce jako kraju sojuszniczym Stanów Zjednoczonych. Oczywiście do tego potrzebna jest odpowiednia infrastruktura, ale to są już szczegóły do wzajemnych uzgodnień.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki