Bez rozliczenia nie ma przedawnienia
Sobota, 6 czerwca 2020 (21:31)Z Jerzym Zacharowem, działaczem „Solidarności” represjonowanym w czasach PRL, przewodniczącym Stowarzyszenia Internowanych „Ziemia Zamojska”, rozmawia Adam Kruczek
Według ustawy o IPN karalność zbrodni komunistycznej, jeśli nie dotyczy ona zabójstwa, wygasa po 30 latach, czyli 1 sierpnia 2020 roku. Czy uważa Pan, że zbrodnie komunistyczne powinny ulec przedawnieniu?
– Nie powinno być żadnej taryfy ulgowej dla zbrodniarzy komunistycznych. Zbrodni komunistycznych jako zbrodni przeciwko ludzkości nie wolno przedawniać. Ten bolszewicki system był zbrodniczy i nieludzki, co przyznawali nawet sami Rosjanie, a nasi rodzimi komuniści przenieśli go na polskie ziemie i za sprawą Sowietów utrzymywali przez blisko 50 lat, co samo w sobie stanowiło zbrodnię przeciwko Narodowi. I trwali w nim do końca, bo przecież prof. Józef Szaniawski, ostatni więzień polityczny PRL, był więziony jeszcze do 22 grudnia 1989 roku.
Komuna i jej poplecznicy nie mogli się nigdy pogodzić z tym, że są ludzie – inaczej niż oni – myślący po polsku i marzący o wolności. Nie mogli się pogodzić z tym, że my walczymy o wolność, suwerenność, że to mamy wpisane w historię Polski i w nasze życiorysy. Nasze dzieje wskazują, że wszystkie powstania narodowe miały ten jeden podstawowy cel: oddychać świeżym, wolnym powietrzem, a więc być suwerennym.
Środowisko osób represjonowanych jest zgodne co do nieprzedawniania zbrodni komunistycznych?
– Działamy głównie na Zamojszczyźnie, ale mamy swoją ogólnopolską federację i raz do roku – w drugą niedzielę maja – spotykamy się na pielgrzymce na Jasnej Górze. W tym roku przeszkodził nam koronawirus, ale nasze stanowisko, osób internowanych i więzionych w stanie wojennym, jest jednomyślne: nigdy nie zgodzimy się na przedawnienie zbrodni komunistycznych.
W stanie wojennym przez rok był Pan internowany, później przez lata inwigilowany. Czy w czasie internowania doświadczył Pan zbrodniczych działań funkcjonariuszy komunistycznego reżimu?
– Już sam fakt internowania tysięcy ludzi – wbrew nawet ówczesnemu komunistycznemu prawu – stanowił zbrodnię komunistyczną i zbrodnię przeciwko ludzkości. Ale były też przejawy prawdziwego bestialstwa. W obozie internowanych w Kwidzynie w sierpniu 1982 roku doszło do niezwykle krwawej pacyfikacji – brutalnego pobicia ponad 100 internowanych. Niektórzy z nich zostali wręcz kalekami. Internowani zostali oskarżeni o bunt, a klawisze, którzy bili ludzi do nieprzytomności, nigdy nie ponieśli odpowiedzialności. Podobnie zresztą jak sędziowie wydający niesprawiedliwe, sprzeczne nawet z komunistycznym prawem wyroki.
Pacyfikacja w Kwidzynie to była rzeczywiście zbrodnicza masakra, ale czyż zbrodnią komunistyczną nie było na przykład pozbawienie opozycjonistów prawa do pracy? Wśród naszych kolegów są np. nauczyciele, którzy mieli wyroki w postaci m.in. zakazu wykonywania swojego zawodu. Jerzy Adamczuk, wspaniały człowiek, historyk, nauczyciel z powołania, przez sześć lat nie mógł pracować w swoim zawodzie, co przypłacił załamaniem psychicznym i wieloletnią chorobą.
Jak sądy traktowały przestępstwa popełniane przez funkcjonariuszy aparatu represji wobec opozycji politycznej?
– W PRL byli oczywiście bezkarni, a i po 1989 roku nic złego im się nie stało. Bo przecież komuniści nadal dominowali w sądach. Dziadkowie wydawali haniebne wyroki na opozycjonistów, a teraz do głosu dochodzi już trzecie pokolenie tych sędziowskich dynastii rodem z Polski Ludowej. Stąd rodzą się te niesprawiedliwe wyroki, niszczenie polskich dążeń niepodległościowych i wolnościowych. To jeszcze jeden argument za tym, że przedawnienia dla zbrodniarzy komunistycznych nigdy nie powinno być.
Był Pan członkiem komisji weryfikacyjnej funkcjonariuszy SB na szczeblu wojewódzkim. Jak potraktowani zostali w III RP Wasi prześladowcy?
– Negatywnie zweryfikowaliśmy ponad 110 esbeków z naszego terenu. Złożyli odwołania, a komisja powołana przez ministra Krzysztofa Kozłowskiego kazała ich jak najszybciej przyjąć z powrotem. Tak powstawał Urząd Ochrony Państwa. Dla nas to było horrendum, coś wręcz nie do pomyślenia w wolnej – podobno – Polsce. Ale to był efekt układu okrągłostołowego. Z tych negatywnie przez nas zweryfikowanych esbeków 75 proc. zostało przywróconych do służby w III RP, a my nie mieliśmy już żadnej możliwości odwołania się od tych decyzji. A ci esbecy później śmiali się nam w twarz i dalej robili swoje.
Byli na Waszym terenie funkcjonariusze mający na sumieniu szczególnie drastyczne zbrodnie komunistyczne?
– W naszym regionie przez kilkanaście lat był „ukrywany” milicjant bandyta, który zabił w Warszawie Grzegorza Przemyka. Pracował na cichych etatach, m.in. kwatermistrza, w kilku komendach policji, np. w Biłgoraju czy Tomaszowie Lubelskim. Dbano, żeby mu włos z głowy nie spadł i oczywiście nie został za swoje zbrodnie sprawiedliwie osądzony i ukarany.
Czy dzisiejsza młodzież ma świadomość ogromu zbrodni dokonanych przez komunistów w czasach PRL?
– Niewielką. Szkoła ten temat zaniedbała, więc skąd mieliby się o tym dowiedzieć młodzi, skoro tak mało było na ten temat ciekawych publikacji? Nie każdy uczestnik tych wydarzeń jest w stanie napisać wspomnienia czy książkę, która byłaby w stanie przyciągnąć uwagę młodych ludzi, bo do tego potrzebny jest dar Boży w postaci talentu. To zadanie dla humanistów, historyków, a tu, niestety, tłoku nie ma. Instytut Pamięci Narodowej sporo robi, samych wspomnień i badań naukowych jest już dużo i teraz trzeba by umiejętnie tę wiedzę przekazać ludziom w postaci ciekawej literatury czy filmu. Miałem kontakt z młodzieżą, bo opiekowałem się niezależną drużyną harcerską, później prowadziłem nabór na marsze piesze I Kompanii Kadrowej z Krakowa do Kielc. Sam przeszedłem dwanaście razy tę trasę. Z tych doświadczeń wynika, że wychowanie młodzieży to długi proces, który trzeba zaczynać od podstaw. Tak działało harcerstwo przy KUL, a my w Zamościu mieliśmy jego filię. Tak uformowana młodzież jest odporna na lewackie ideologie.
Liczy Pan, że jeszcze uda się kogoś ze zbrodniarzy komunistycznych pociągnąć do odpowiedzialności?
– Szczerze mówiąc, powoli tracę już nadzieję. Byłem w Warszawie na rozprawie przeciwko Wojciechowi Jaruzelskiemu. Był otoczony taką ochroną, tylu tam było tajniaków, że nam nie udało się nawet wejść na salę. Ale wykrzyczałem do nich kilka zdań, że ich celem był komunizm, a o emerytury powinni się zwrócić do Kremla, bo w Polsce zasłużyli wyłącznie na karę. My jesteśmy za tym, żeby wszystkich członków Wojskowej Rady tzw. Ocalenia Narodowego zdegradować do stopnia szeregowca. Jakim prawem mają mieć te ogromne emerytury, skoro przysięgali wierność nie Polsce, lecz Sowietom? Podobnie jest z esbekami, którzy nigdy nie płacili na ZUS, bazę mają zerową, a pobierają przeciętną krajową emeryturę i jeszcze narzekają. To jest ten ropiejący postkomunistyczny wrzód na wolnej Polsce.
Myślę, że powinno się błyskawicznie znowelizować ustawę o IPN i powołać komisję do ostatecznego rozliczenia komunistycznych zbrodni. Dobrze by było, gdyby tą sprawą zajął się były wojewoda lubelski, a obecnie poseł, prof. Przemysław Czarnek, który dał się poznać jako bardzo odważny i kompetentny prawnik. Na pewno w środowisku osób represjonowanych w czasach PRL znalazłby poparcie.