• Niedziela, 24 maja 2026

    imieniny: Zuzanny, Joanny, Mileny

Jak postąpi Senat?

Sobota, 16 maja 2020 (22:09)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Była „prawdziwa” prezydent Platformy, ale już jej nie ma. Rafał Trzaskowski zarzekał się, że ma kontrakt z mieszkańcami Warszawy, że nie wystartuje, tymczasem okazuje się, że nie na tyle ważny, żeby go utrzymywać. Jak wytłumaczyć ten polityczny rozgardiasz?

– Nie ma się, co dziwić. To jest polityka. Polityka polega na tym, że nie ma nic pewnego, nie ma nic stałego i tak naprawdę nigdy nie wiadomo, jak coś  się zakończy. Tak zawiązują się sojusze, tak powstają koalicje i to, co w codziennym życiu traktowane jest jako przywara, jako ułomność, czy nawet cecha negatywna, to w świecie polityki jest pewną normą. Jak się coś nie sprawdza, to się to zmienia – mniejsza o to, pod jakim pretekstem, liczy się efekt. Każdy chce być zwycięzcą. Tak wygląda świat polityki.

Po co zatem była cała ta histeria ze śmiercionośnymi kopertami rozpętana przez Platformę i sprzyjające jej media?

– Małgorzata Kidawa-Błońska była kandydatem wybranym w prawyborach wewnątrz partii, dlatego nie rozumiem uciekania od odpowiedzialności polityków Platformy – czy to Grzegorza Schetyny, czy to Borysa Budki, którzy w momencie, kiedy sondaże dla – co tu dużo mówić: fatalnej kandydatki – zaczęły pikować, nie chcieli wziąć na siebie odpowiedzialności za wystawienie tej kandydatury. Owszem, mają wymówkę i pewne usprawiedliwienie, że ostateczny wybór należał do członków Platformy, którzy postawili na Kidawę-Błońską. Jak widać, demokracja nie zawsze przynosi mądre i słuszne decyzje.

Z tą demokracją w Platformie to chyba lekka przesada, bo była to raczej ustawka i od początku gra pod Kidawę-Błońską?

– Owszem, przez długi czas nie było chętnego, który stanąłby w szranki z Małgorzatą Kidawą-Błońską, aż w końcu znalazł się prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, a więc pozory demokracji zostały zachowane. Tyle tylko że kandydatka nie udźwignęła ciężaru. Bycie kandydatem przerosło Małgorzatę Kidawę-Błońską. Obserwowałem w piątek Małgorzatę Kidawę-Błońską podczas porannej i popołudniowej konferencji w Sejmie i muszę powiedzieć, że w momencie ogłaszania swojej decyzji o rezygnacji z kandydowania, osamotniona – o dziwo – wyglądała lepiej niż podczas swoich wystąpień jako kandydatka Platformy. Można zatem powiedzieć, że całe to zamieszanie wyborcze ewidentnie nie służyło wicemarszałek Sejmu, to nie było jej miejsce, to nie był jej czas. Wystawienie jej kandydatury było ewidentną pomyłką polityczną.    

Tylko że kandydatka, kiedy jej zaproponowano taką rolę, znając swoje możliwości, mogła odmówić. Ale tego nie zrobiła…

– To jest trochę tak jak z oglądaniem meczu w telewizji. Kiedy siedzimy w kapciach, oglądając poczynania piłkarzy, to każdy potrafi krytykować, ale gorzej to wygląda, kiedy samemu stanie się na murawie. Podobnie tutaj Kidawie-Błońskiej wydawało się, że podoła. Mając ogromne doświadczenie, bo w polityce jest przecież od dawna, zdawała sobie sprawę, na co ją stać. Być może osobiste ambicje i poklepywanie po plecach, że da radę, sprawiły, że uwierzyła w swoją misję i nie potrafiła odmówić. To jak się okazało był błąd, który z każdym dniem trwania kampanii wyborczej odczuwała na własnej skórze. Bycie w polityce to także umiejętność oceny, wyczucia, do jakiej roli jesteśmy powołani, predysponowani. W polityce można być idealnym szeregowym członkiem partii, który sumiennie wykonuje swoją pracę w parlamencie, ale nie odnajdzie się w wystąpieniach telewizyjnych. Niektórzy są świetnymi mówcami i potrafią dyskutować na każdy temat, doskonale prezentując się w debatach, natomiast inni będą świetnymi ekspertami w danej dziedzinie, ale nie nadają się do występowania publicznie. Inni z kolei są urodzonymi liderami i samo ich wejście na salę sprawia, że wszyscy wstają z miejsc, wyrażając tym samym swój szacunek, i z otwartymi ustami słuchają wystąpień takiej osoby, lidera. Tak czy inaczej w polityce trzeba umieć odczytać swoje miejsce, a Małgorzata Kidawa-Błońska najwidoczniej tego nie potrafiła. Stąd cały ten blamaż.

Jaką rolę ma teraz do spełnienia Rafał Trzaskowski?

– Z całą pewnością z Trzaskowskim nie będzie już tak łatwo jak z Kidawą-Błońską, bo o ile do tej pory prezydent Andrzej Duda nie miał z kim przegrać, to teraz – myślę – pojawił się kandydat, z którym trzeba się będzie liczyć. Dlatego cały sztab prezydenta Dudy będzie musiał niejako na nowo rozpisać, przemyśleć kampanię wyborczą. Za nami cztery miesiące kampanii – w dużej mierze w dobie koronawirusa, ale teraz zaczyna się inny czas, będzie zatem większa presja, także obciążenie psychologiczne, z którym każdy będzie sobie musiał poradzić. Jeśli chodzi o Andrzeja Duda, to jest to wciąż urzędujący prezydent, który będzie musiał dzielić obowiązki głowy państwa i kandydata, podczas gdy inni kandydaci tego problemu nie mają. Tak czy inaczej sztab Andrzeja Dudy będzie musiał rozpisać na nowo całą strategię, bo pojawił się kandydat, który do tej pory nie istniał w kampanii, a zatem przychodzi z pewną świeżością, póki co bez obciążenia kampanijnego, bez presji, człowiek, który może wpłynąć na bieg kampanii.

Hanna Gronkiewicz-Waltz na wieść o kandydaturze Trzaskowskiego zaapelowała do władz Platformy, żeby nie oddawać PiS-owi Warszawy. Czy chodzi o jakieś drugie dno?

– Po części chyba ma świadomość tego, że Rafał Trzaskowski ma realną szansę – jako jedyny z Platformy, żeby zamieszać w tych wyborach, a kto wie – jeśli wejdzie do drugiej tury – czy nawet nie wygrać z Andrzejem Dudą. To z kolei oznaczałoby, że do warszawskiego Ratusza wchodzi komisarz, który może przejrzeć dokumenty z lat prezydentury Gronkiewicz-Waltz, kto wie… Robi się zatem coraz ciekawiej. Przed nami pierwsza tura, może jedyna, i póki co problem mają Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak-Kamysz, a więc kandydaci, którzy najbardziej skorzystali na kiepskiej kandydaturze Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i beznadziejnej kampanii, za którą odpowiada Bartosz Arłukowicz. I to tym kandydatom szyki może pokrzyżować Rafał Trzaskowski. Arłukowicz, pomijając słabość kandydatury Kidawy-Błońskiej, jest głównym architektem blamażu Platformy. Przy budżecie, jaki miał do dyspozycji, sztab Małgorzaty Kidawy-Błońskiej właściwie nie istniał, nie było widać strategii, nie było mądrych decyzji. Efektem tego są beznadziejne spoty wyborcze, beznadziejne działania, słowem: pieniądze wyrzucone w błoto. Kampania to gra zespołowa. Tylko w przypadku Kidawy-Błońskiej tego zespołu nie było, co było widać w momencie ogłoszenia decyzji o rezygnacji, gdzie Kidawa-Błońska została sama.

Czy wraz z rezygnacją Małgorzaty Kidawy-Błońskiej kończy się misja Borysa Budki jako przewodniczącego Platformy?

– Na pewno jest to pierwsza poważna rysa na jego działalności jako przewodniczącego Platformy, bo o ile kandydaturę Kidawy-Błońskiej można zrzucić na karb prawyborów i głosowania wszystkich członków partii, to kampania to już efekt zaniedbań i braku pomysłu, na co wpływ miał już Borys Budka. Ktoś widać nie odrobił lekcji i szykowała się polityczna katastrofa.

Udało się uniknąć tej katastrofy czy została tylko odroczona w czasie…?     

– Na dzisiaj mamy reset i wszystko właściwie rozpoczyna się od nowa. Dopiero wczoraj ogłoszono start Trzaskowskiego, któremu sondaże już pokazują około 11-procentowe poparcie, podczas gdy Kidawa-Błońska zatrzymała się na poziomie dwóch procent. To oznacza, że możemy mieć szybkie odrabianie strat tego, co zostało zmarnowane przez sztab Kidawy-Błońskiej.

Czy problem Platformy tkwił tylko w słabości Kidawy-Błońskiej, czy wystarczy wymiana kandydata?

– To jest już problem Platformy. Przede wszystkim sztab wyborczy powinien zostać wymieniony, bo to przykład, jak nie powinno się robić kampanii. Po drugie Platforma dzisiaj walczy o przetrwanie. Nie wiem dzisiaj, kto będzie prezydentem, nie wiem, kto obok prezydenta Dudy znajdzie się w drugiej turze, ale jedno jest pewne: Platforma dzisiaj walczy o utrzymanie pozycji lidera opozycji, którą przez ostanie pół roku utraciła. Cokolwiek by mówić o Grzegorzu Schetynie, to jest to polityk, który się wycofał i pokazał, że zmiana szefa partii na innego była porażką nie mniejszą od startu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej.   

Trzaskowski ma szansę odzyskać pozycję drugiego w stawce o pałac prezydencki?   

– Tego nie wiem. Na pewno kierownictwo Koalicji Obywatelskiej liczy, że Trzaskowski odzyska pozycję wyjściową, z której startowała Kidawa-Błońska, a więc pułap 20 procent. Będzie zatem walka z Hołownią i Kosiniakiem-Kamyszem i jest pytanie, czy i na ile uda się doprowadzić do drugiej tury wyborów prezydenckich. Prezydent Duda przed pierwszą turą skupia się wokół swojego elektoratu i osób, które póki co są nieokreślone politycznie i działają na zasadzie pewnego impulsu, sympatii, a właściwa walka – wydaje się – z Trzaskowskim odbędzie się dopiero w drugiej turze, o ile do niej dojdzie.

Do niedawna Platforma krytykowała pomysł wyborów korespondencyjnych. Były śmiercionośne koperty, a teraz sami ruszą w Polskę i będą zbierać podpisy pod kandydaturą Trzaskowskiego. Trudniej chyba o większy szczyt hipokryzji?

– Cokolwiek by powiedzieć: dopięli swego, bo wybory zostaną rozpisane od nowa, co daje możliwość wymiany kandydata. Jeśli chodzi o podpisy, to będą je zbierać chyba nie tylko politycy czy sympatycy Platformy, ale nawet Kosiniak-Kamysz zadeklarował pomoc struktur PSL-u, a zatem zebranie wymaganej liczby podpisów nie powinno być żadnym problemem.

Zresztą Hanna Gronkiewicz-Waltz powiedziała w jednej ze stacji radiowych, że to zbieranie już trwa, tylko zapomniała, że dopóki marszałek Sejmu nie ogłosi daty wyborów, nie wolno tego robić. Trochę się wydało. Natomiast jeśli chodzi o śmiercionośne koperty i całą tę retorykę, to zawsze jest tak, że krytykuje się działania przeciwnika, ale trudniej krytykować siebie. To, co dzisiaj mamy, to są grzechy całej polskiej klasy politycznej i te wybory będą mieli na sumieniu wszyscy: od rządzących po opozycję.

Można się spodziewać, że teraz Senat i marszałek Tomasz Grodzki przyspieszy prace nad ustawą wyborczą, żeby dać szanse nowemu kandydatowi Platformy na zebranie podpisów?

– To może być ciekawe. Zebranie podpisów poparcia może być najmniej problematyczną sprawą dla Trzaskowskiego, ale w Senacie może się pojawić pomysł i gra na to, żeby rozpisać kompletnie nowe wybory, z kompletnie nowym systemem, a więc nie z tym, że wszyscy kandydaci mają już prawa nabyte z pierwszej tury, tylko wszyscy od nowa zaczynają zbieranie podpisów poparcia. Obstawiam, że Senat pod wodzą marszałka Tomasza Grodzkiego będzie szedł w tym kierunku, aby wszyscy kandydaci od nowa się zgłaszali, od nowa rejestrowali komitety i od początku zbierali podpisy poparcia.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki