• Niedziela, 24 maja 2026

    imieniny: Zuzanny, Joanny, Mileny

W totalności zabrnęli w ślepy zaułek

Poniedziałek, 4 maja 2020 (18:30)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Za nami dość nietypowa, bo bez udziału publiczności, konwencja Andrzej Duda, który przedstawił swój program na drugą kadencję. Co zwróciło Pana szczególną uwagę?

– Ważne, że ktoś wreszcie przestał nieustannie mówić o terminie wyborów, dlaczego trzeba ten termin przesuwać, bo taka narracja jest całkowicie bezpłodna i nic nie wnosi do dyskusji o Polsce, do dyskusji politycznej. Co więcej, ta dyskusja niekiedy staje się wręcz żenująca, jak chociażby w przypadku Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, która z jednej strony zapowiada, że do wyborów nie pójdzie, ale z drugiej się nie wycofuje.

Natomiast konwencja prezydenta to było merytoryczne, konkretne wystąpienie, gdzie oprócz nowych pomysłów, jak zapowiedź podwyższenia zasiłku dla bezrobotnych do 1300 złotych czy dodatku solidarnościowego, czyli 1200 złotych przez 3 miesiące dla osób, które straciły pracę z powodu pandemii koronawirusa, pojawiło się przypomnienie pewnej drogi programowej Andrzeja Dudy. Był zatem jakiś przekaz, jakiś program, co istotne, mówiony w głowy, a nie czytany.

Było to też wezwanie dla pozostałych kandydatów do dyskusji, bo jeśli wybory mają się odbyć, to warto zakończyć gadanie o potrzebie ich przesunięcia na inny termin – nie bardzo wiadomo jaki, tylko czas najwyższy zacząć dyskutować o przyszłości Polski i prezydent to właśnie robi.

Do kogo przede wszystkim było skierowane to wystąpienie?

– Do wyborców, wszystko bowiem wskazuje na to, że wybory nie odbędą się 10 maja, bo nie da się tego zrobić ze względów technicznych – nawet jeśli parlament przegłosowałby ustawę o korespondencyjnym głosowaniu, więc w grę wchodzą dwa inne konstytucyjne terminy: 17 i 23 maja. Ale pośrednio wystąpienie prezydenta Dudy było też wezwaniem do tego, aby zacząć spierać się na argumenty, na konkrety, a nie redukować dyskusji i całego przekazu wyłącznie – nawet nie do epidemii koronawirusa czy jej gospodarczych skutków i trudności z tym związanych, ale do tego, żeby te wybory się teraz nie odbyły. Bezsensowne jest bowiem ograniczanie programu kontrkandydatów obecnego prezydenta do tego, że wybory się mają nie odbyć. Do czego zatem ci kandydaci pretendują, przecież to jakiś absurd.  

W ofercie prezydenta, obok oferty socjalnej, o której Pan wcześniej wspomniał, pojawił się też program, propozycje dla polskiej wsi, dla elektoratu, który zaniedbało PSL...

– Polska wieś to jest dzisiaj – rzec można – macierzysty czy główny elektorat Prawa i Sprawiedliwości, które wygrywało już z PSL-em, i to znacząco. Dzisiaj PSL i Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiada, że nie wycofa się z wyborów, więc szuka i dość łapczywie spogląda na porzucony, osierocony elektorat Platformy, stąd ta jego koncyliacyjna retoryka skierowana w kierunku tego elektoratu. Natomiast PiS absolutnie musi się oprzeć na mniejszych miejscowościach, bo dzięki temu dotychczas wygrywało.

Nie ulega wątpliwości, że Polsce dzisiaj potrzebny jest prezydent na trudne czasy, które, zważając na okoliczności, niewątpliwie są przed nami…

– Polacy muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcą prezydenta współpracującego z rządem, czy chcą prezydenta totalnej opozycji? Jak działa totalna opozycja, już wielokrotnie mieliśmy okazję się przekonać. Praktycznie nie ma tematu, którego opozycja nie negowałaby, począwszy od wszystkich programów socjalnych poddawanych krytyce, poprzez reformę wymiaru sprawiedliwości, nawet po ustawę o wyborach korespondencyjnych przygotowywanych w tej formie po to, żeby były bezpieczne.

I jeśli mielibyśmy prezydenta, który nieustannie rzuca rządowi kłody pod nogi, nieustannie wetuje wszystko, nieustannie maksymalnie przeciąga termin podpisania ustawy takiej czy innej, a w kryzysie trzeba reagować szybko, co widzimy przy okazji „Tarcz antykryzysowych”, to byłoby trudno rządzić, można powiedzieć, że w niektórych momentach byłoby to wręcz niemożliwe. I tutaj Andrzej Duda absolutnie wpisuje się w kontekst współpracy z obecnym rządem.

A alternatywy nie widać…            

– Dokładnie. Weźmy chociażby Szymona Hołownię, który coraz bardziej ujawnia się jako retoryczny i merytoryczny kandydat TVN-u, reprezentujący tamtą optykę widzenia. Małgorzata Kidawa-Błońska jest – rzec można – negacją negacji samej siebie, zaś Władysław Kosiniak-Kamysz jest typowym reprezentantem obozu Donalda Tuska. Trzeba przypomnieć, że był kluczowym ministrem w jego rządzie, przeprowadzał najbardziej skrajne i szkodliwe społecznie reformy, chociażby emerytalne, podwyższając wiek pracy Polkom i Polakom, więc dokonując wyboru któregoś z tych kandydatów, zafundowalibyśmy Polsce wojnę na górze, a nie realne rozwiązywanie problemów, które stoją przed nami. Oczywiście, że wybór należeć będzie do Polaków, ale takie są alternatywy.

W środę, 6 maja, w TVP planowana jest debata przedwyborcza z udziałem wszystkich kandydatów. Kto może zyskać, a kto stracić?

– Jest pytanie, jak ta debata będzie sprofilowana, bo dyskutować o tym, czy wybory będą czy nie, nie ma już sensu, bo Konstytucja RP mówi o tym jasno i precyzyjnie. Dlatego sprowadzenie dyskusji do tego przedziału byłoby jałowe. Pomijając to, zyskać na debacie mogą wszyscy kandydaci, może poza Małgorzatą Kidawą-Błońską, o której wiemy, że ma problemy z logicznym prowadzeniem kampanii, co więcej, ma nawet trudności z wysławianiem się. I to, w jakim punkcie kandydatka Koalicji Obywatelskiej stanęła, to jest punkt zero, i jak sądzę, wszyscy będą chcieli wykorzystać ten moment, żeby rozgrzać emocje i przejąć de facto porzucony elektorat Platformy, która wysyła do swoich jeden przekaz – do wyborów nie idziemy.

Gra będzie o to, żeby jednak ten elektorat poszedł do wyborów i o doprowadzenie do drugiej tury. Wtedy mielibyśmy konkurencję zasadniczo chyba dwóch głównych pretendentów, aby znaleźć się w drugiej turze: Władysława Kosiniaka-Kamysza i Szymona Hołowni, i między nimi ta batalia rozgrywałaby się, więc siłą rzeczy można się spodziewać atakowania prezydenta Dudy.

Jakie atuty ma prezydent Duda?

– Oczywiście wszelkie atuty stoją po stronie prezydenta Andrzeja Dudy, który dzisiaj ogłosił jakże ważną ze strategicznego bezpieczeństwa Polski i energetycznego uniezależnienia się od Rosji dezyzję o budowie gazociągu Baltic Pipe. To jest ogromnie ważna sprawa także z punktu widzenia polityki międzynarodowej, bowiem projekt Baltic Pipe umożliwi budowanie interkonektorów, dzięki którym będzie możliwe zasilenie w gaz nie tylko Polski, ale także państw sąsiadujących z Polską, krajów Trójmorza oraz Ukrainy.

Zresztą po stronie prezydenta Dudy stoją dokonania w wymiarze krajowym oraz międzynarodowym, wystarczy tylko wspomnieć relacje ze Stanami Zjednoczonymi oraz wzrost znaczenia i pozycji Polski w świecie. Te atuty prezydenta Dudy można mnożyć, natomiast między pretendentami będzie trwała walka o to, kto będzie drugi.

Czy po wyborach prezydenckich, zważywszy na notowania kandydatki, Platforma przetrwa czy może zakończy swój byt – przynajmniej w dotychczasowej formie?

– Problem jest taki, że Platforma jest już martwa – w sensie prowadzenia działań, skuteczności. Ta formacja zabrnęła w ślepy zaułek i dzisiaj niczym bokser z opuszczoną gardą stoi w narożniku, marząc jedynie, aby Jarosław Gowin ze swoimi posłami nie dopuścił do wyborów. Zakładając normalną logikę zdarzeń, to ta formacja rozbiłaby się, kończąc swój żywot, a przeciwnicy (środowisko Hołowni itd.) rozdarliby ją na kawałki.

Tyle tylko, że Platforma, mimo niskich notowań, ma pieniądze i do końca bieżącej kadencji Sejmu będzie je miała, w związku z czym marka pod nazwą Platforma jest atrakcyjna, choćby poparcie dla niej spadło do zera. Dlatego walka, aby przejąć tę markę, będzie cały czas zażarta i to jest problem dla całej opozycji. Dla grup medialnych, które popierają tego typu totalną opozycję, najlepiej byłoby zwinąć Platformę, wyprowadzić sztandar, rozwinąć nowy i pod nowym szyldem, pod nowym przywództwem zacząć pisać nową kartę walki z PiS-em, markując świeżość, nowy powiew itd., i byłoby to coś, co dawałoby pewną szansę na odbicie sondażowe.

Natomiast w momencie, kiedy nie da się zatopić Platformy, bo kto zatopi statek z kasą, tego nikt nie zrobi, bo pieniądze są bardzo ważne dla prowadzenia polityki, to cały czas będzie się rozgrywała wewnętrzna walka w Platformie o władzę. I to może być problem dla całej opozycji, bo czy to się komuś będzie podobało, czy nie, Platforma wciąż pozostanie główną partią opozycyjną, skupiającą najwięcej posłów, a jednocześnie cały czas pozostającą w walce o władzę. Trudno oczekiwać, żeby Grzegorz Schetyna czy inni działacze nie rzucili się do gardła Borysa Budki, który w sposób modelowy zepsuł kampanię prezydencką.

Miał też wyjątkowo słabą kandydatkę…

– To swoją drogą, ale co by nie powiedzieć, to Borys Budka jest dzisiaj szefem Platformy i to on odpowiada za wyniki, jakie ta formacja osiąga. Oczywiście okres rozliczeń przyjdzie po wyborach, ale niewątpliwie te wszystkie kwestie, a więc słabe wyniki, będą potężnym bagażem i obciążeniem dla Budki, dla samej Platformy, ale również dla całej opozycji.      

Młody, z ambicjami, Borys Budka został wpuszczony w maliny, a wszystko po to, żeby po porażce mógł powrócić Grzegorz Schetyna?

– Myślę, że Grzegorz Schetyna chciał dalej zostać szefem Platformy, ale kiedy skalkulował, że jego formacja nie wygra wyborów prezydenckich, to odpuścił, podejmując grę z Siemoniakiem itd. Natomiast że będzie to aż tak fatalnie wyglądało, chyba nikt się nie spodziewał nawet w najczarniejszych snach. Wydawało się, że Małgorzata Kidawa-Błońska osiągnie wynik w granicach 30 procent w pierwszej turze, a przynajmniej dwudziestu kilku procent, i że będzie kandydatką do głównej rozgrywki w drugiej turze, a nie że będzie szorować po dnie sondaży niczym niszowy, nikomu nieznany kandydat. Tego, co się stało, tak mocnego upadku sondażowego Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, chyba nikt się nie spodziewał, więc nie sądzę, żeby to był aż tak makiaweliczny plan.

Z czego to zatem wynika?

– Jest to też problem grzechu pierworodnego Platformy, bo to w gruncie rzeczy działacze – również sam Borys Budka – wymusili na Grzegorzu Schetynie w 2015 roku, aby przyjąć postawę opozycji totalnej i Schetyna to ogłosił. Mieliśmy zatem totalną negację wszystkiego, co zrobi PiS, tyle że stało się to kompletnie niewiarygodne. Ta totalna negacja doprowadziła do osiągania kolejnych szczytów, stopni absurdu. Mieliśmy więc mówienie, że w Polsce jest dyktatura, czego efektem była okupacja Sejmu w 2016 roku przez Platformę i Nowoczesną.

Za tym poszły różne majdany, negacja sędziów powołanych przez prezydenta Andrzeja Dudę, a teraz mamy negację wyborów prezydenckich. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy da się coś jeszcze zanegować… Później pada hasło, że wybory w maju oznaczać będą koniec demokracji i początek dyktatury, tyle że wcześniej politycy Platformy mówili, że dyktatura rozpoczęła się w 2015 roku. To pokazuje totalną niekonsekwencję i tak bezpłodne działanie, proste, a czasem nawet wręcz prostackie w przekazie, że prowadzi do zupełnego absurdu i negacji de facto samego siebie.

Idąc dalej w tym kierunku – Małgorzata Kidawa-Błońska startuje w wyborach prezydenckich, a jednocześnie na siebie nie głosuje – jak słyszymy, bo protestuje przeciwko wyborom. I niech ktoś znajdzie w tym wszystkim jakiś sens i logikę. Można powiedzieć, że taktyka totalnej negacji totalnej opozycji doprowadziła do zanegowania swojej własnej kandydatki – Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w tych wyborach.     

           Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki