• Sobota, 6 czerwca 2020

    imieniny: Norberta, Ingridy, Laurentgo

Kolarstwo torowe

Musimy mieć cel

Sobota, 2 maja 2020 (10:12)

Z Mateuszem Rudykiem, zwycięzcą klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w sprincie rozmawia Piotr Skrobisz.

Jak pandemia koronawirusa, sportowy paraliż, przełożenie igrzysk wpłynęły na Pana plany i marzenia?

– To, że igrzyska mogą się nie odbyć w tym roku, czułem już od początku pandemii. Oczywiście, nie tylko ja. Gdy jedne po drugich były odwoływane zawody, mistrzostwa, razem z kolegami i trenerami nasłuchiwaliśmy decyzji o przełożeniu igrzysk. Przełożeniu, bo nie dopuszczaliśmy scenariusza, by mogły zostać definitywnie odwołane. Gdy w końcu taka oficjalna informacja się pojawiła, zapanowało jednak małe przygnębienie. W jednej chwili bowiem zostały zachwiane cztery lata przygotowań, mnóstwo pracy i poświęceń. Z drugiej jednak strony, nie było innego wyjścia, taka właśnie decyzja była jedyną możliwą i dopuszczalną.

Obecnie staramy się zatem przygotowywać do rywalizacji w Tokio, ale już w roku 2021. Ja trenuję głównie na balkonie i te treningi nie polegają na wypracowywaniu odpowiednio wysokiej formy, ale raczej na próbach podtrzymywania tego, co udało się wypracować przed pandemią. Ważne, by nie zaczynać od zera, gdy będziemy mogli wrócić do normalnych zajęć i przygotowania już ściśle do igrzysk zacząć od pewnego poziomu.

Decyzja o przełożeniu igrzysk zastała Pana w szczególnym momencie – po kolejnym znakomitym sezonie, który pozwalał snuć najbardziej ambitne plany.

– To prawda. Od dwóch lat moja kariera nabrała bardzo widocznego rozpędu, zaczynałem odnosić znakomite rezultaty na najważniejszych imprezach, zdobywałem medale mistrzostw świata i Europy. Szczyt formy szykowaliśmy na przełom lipca i sierpnia, i nie tylko chcieliśmy, ale mocno wierzyliśmy, że będę w stanie skutecznie powalczyć w Tokio o olimpijski medal. Dlatego, przynajmniej początkowo, decyzja o przełożeniu igrzysk, choć spodziewana – zabolała, ale powtórzę – inna być nie mogła.

Nie zmieniła jednak marzeń, planów i ambicji, muszę tylko o rok dłużej popracować, by przygotować formę potrzebną do ich realizacji.

Doszukując się w tej trudnej i złożonej sytuacji jakichś plusów, to w Pana przypadku mogą być nimi dodatkowe 12 miesięcy na poszukiwanie sposobu na dwójkę holenderskich dominatorów sprintu: Jeffreya Hooglanda i Harrie’ego Lavreysena?

– Owszem, to jest jakiś plus przełożenia igrzysk. Pamiętam też, że jestem wciąż młodym zawodnikiem, dla którego jeden dodatkowy rok przygotowań nie powinien odcisnąć negatywnego piętna na dyspozycji. Współczuję tylko starszym, bardziej doświadczonym koleżankom i kolegom, którzy mieli już nakreślone konkretne plany poolimpijskie – czy to życiowe, czy to zawodowe. Dla nich przełożenie igrzysk było bardzo twardym orzechem do zgryzienia.

Zatrzymam się jednak przy wspomnianych Holendrach: od lat są w świecie sprintu wzorem do naśladowania, między sobą rozdzielają najcenniejsze medale najważniejszych imprez. Mnie jeszcze nie udało się znaleźć na nich sposobu, podobnie jak większości innych kolarzy. Czy 12 miesięcy „ekstra” na to pozwoli? Zrobię wszystko, by je maksymalnie wykorzystać, i do Tokio polecieć mocniejszym i silniejszym. Wiem też jednak, że Hoogland i Lavreysen również nie próżnują, że również próbują podnieść swój poziom, choć w ich przypadku to nieco trudniejsze, bo za wiele do poprawienia już nie mają.

Myśli Pan, że po powrocie do rywalizacji coś może się zmienić w sprinterskiej hierarchii?

– Bardzo ciężkie pytanie i tak naprawdę nie wiem, jak na nie odpowiedzieć. Wszyscy trenujemy w mniej więcej podobnych warunkach, więc teoretycznie w czołówce za wiele nie powinno się zmienić. Oficjalnie nigdzie nie można jeździć na torach, ale czy to jest wszędzie surowo przestrzegane? Wierzę, że tak, acz nie mam gwarancji. Na pewno w korzystniejszej sytuacji są ci zawodnicy, którzy posiadają domy z ogrodami. Mogą sobie bowiem na świeżym powietrzu urządzić małe centra treningowe, siłownie i wykonywać ćwiczenia, jakie w tym okresie wykonywać powinniśmy.

Wiem, że wspominani wielokrotnie już Holendrzy otrzymali od swojej federacji pełen specjalistyczny sprzęt i pod tym względem są w doskonałym położeniu, lepszym na pewno ode mnie. Ja trenuję głównie na balkonie, a balkon ma swój udźwig i nie byłem w stanie znieść wszystkiego, co chciałbym. Na szczęście mam do dyspozycji wattbike, czyli stacjonarny rower dla wyczynowców, który w pewnym stopniu pozwala zastępować trening na torze.

Normalność w kolarstwie ma wrócić latem, na lipiec i sierpień przewidziane są pierwsze wyścigi na szosie. To realny termin?

– Chyba nikt tego nie wie. Żyjemy bowiem z dnia na dzień i możemy tylko obserwować to, co dzieje się wokół. Powrót sportu, powrót w miarę normalnego życia uzależniony jest od rozwoju sytuacji z koronawirusem, od postępu prac nad szczepionką. Czy to będzie lipiec, czy sierpień… Myślę, że kolarze, wszyscy sportowcy muszą mieć jakąś nadzieję, jakiś cel, który pomoże im wytrwać w treningach. Nie wyobrażam sobie, by nagle ktoś zapowiedział: w 2020 r. nie ma żadnych zawodów, te odbędą się najwcześniej w roku kolejnym. Trudno byłoby wówczas zachować motywację, godzić się na poświęcenia i wyrzeczenia.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz