Był ojcem dla kapłanów
Piątek, 25 stycznia 2013 (02:06)Ksiądz kardynał Józef Glemp został ogłoszony arcybiskupem i metropolitą warszawskim 7 lipca 1981 roku. Miałem przyjemność powitać go na schodach naszej kurii. Byłem wówczas notariuszem. Od tej pory zaczęła się moja, co najmniej 26-letnia praca pod kierunkiem Jego Eminencji.
Był człowiekiem raczej nieśmiałym, tak go odbierałem. Jednocześnie wspaniałym przełożonym, spokojnym, z szacunkiem odnoszącym się do współpracowników, których starał się poznać, wczuwać się w ich potrzeby. Czas, w którym przypadło mu pracować, był bardzo trudny. Przekształcenia ustroju, okres „Solidarności”, potem stanu wojennego, jego rola w utrzymaniu jakiegoś ładu, pokoju. I to słynne kazanie w okresie stanu wojennego, wygłoszone 13 grudnia w kościele Ojców Jezuitów, w którym wzywał Polaków do spokoju. Mówił wówczas, że ulice Warszawy już dosyć nasiąknięte są krwią Polaków, żeby się nadal przelewała, a siły trzeba wykorzystywać w dobrym kierunku. Oczywiście, niektórym ludziom o gorących głowach taka postawa się nie podobała, było dużo krytyki. Ksiądz Prymas znosił ją z cierpliwością. Podejmował spokojną, niemalże organiczną pracę. Za jego posługi prymasowskiej Ojciec Święty Jan Paweł II odbył prawie wszystkie pielgrzymki do Ojczyzny, z wyjątkiem pierwszej, kiedy jeszcze żył ks. kard. Stefan Wyszyński. Ksiądz kardynał Józef Glemp był arcybiskupem niepodzielonej jeszcze wówczas archidiecezji warszawskiej i archidiecezji gnieźnieńskiej. Miał więc pod sobą kilkaset parafii (w samej archidiecezji warszawskiej ponad 430), które trzeba było wizytować. Bardzo lubił jeździć w teren, spotykać się z kapłanami i wiernymi.
Wspierał księży
Jego stosunek do księży obrazuje pewien przykład. W kurii wyznaczył specjalny pokój obok mojego gabinetu kanclerskiego, w którym spotykał się z księżmi w wyznaczone dni. Księża nie musieli zapisywać się na „audiencję”, gdy mieli potrzebę, wiedzieli, że tego dnia w wyznaczonych godzinach można spotkać księdza Prymasa. To bardzo ułatwiało księżom kontakty ze swoim biskupem. Szanował każdego. Nigdy nie słyszałem, żeby źle mówił o kimś, kto może sobie i na to zasłużył. Miał szacunek dla innych ludzi. To bym bardzo podkreślił. Z tego, co wiem, kapłani bardzo lubili księdza kardynała za ten jego spokój, za takie rzeczowe podejście do problemów. On nie przygniatał swoim autorytetem, a jednak w swym działaniu był skuteczny.
W okresie komunizmu były ataki na wszystkich księży. Ksiądz kardynał bardzo spokojnie podchodził do tych spraw. Należał do osób, które starały się nie drażnić przeciwnika, czyli władz komunistycznych. Szukał sensownych rozwiązań i w tym kierunku ustawiał całą naszą posługę. W stanie wojennym głośna stała się sprawa bł. księdza Jerzego Popiełuszki. Był bombardowany wprost różnymi memoriałami ze strony urzędników ds. wyznań odpowiednich resortów i SB. Wiemy, jak oni oczerniali księdza Jerzego, wymyślali przeróżne rzeczy, jak choćby w sposób bezczelny redagowane artykuły Urbana czy prowokacje SB z podrzucaniem różnych materiałów. To się ostatecznie skupiało na księdzu kardynale. Stąd wielkie zdziwienie niektórych, że ksiądz Prymas po jakimś czasie poprosił ks. Jerzego na rozmowę. Rozmowa była dosyć zasadnicza. Omawiano różne problemy. Ale to nieprawda, że ksiądz Prymas chciał go o coś oskarżać czy że go nie lubił. Kilka dni potem ks. Jerzy jeszcze raz spotkał się z księdzem Prymasem i dostał na pamiątkę książkę „Sztygar Bożej kopalni” z dedykacją: „Błogosławię księdzu Jerzemu”.
Ksiądz kardynał wspierał też przebywającego w więzieniu ks. Sylwestra Zycha. Wysyłał nas, aby go odwiedzać. Potem zorganizowaliśmy grupę księży kolegów, którzy odwiedzali go, kiedy tylko było można. Na takie wsparcie mogli również liczyć inni kapłani.
Posądzenia, że ks. kard. Glemp był uległy wobec władzy ludowej, to nonsensy. On pomagał internowanym i represjonowanym. Pod jego kierownictwem były tworzone komitety, choćby ten na ul. Piwnej w Warszawie. Potem działał tam już ks. bp Władysław Miziołek, ale wszystko to działo się za wiedzą, przyzwoleniem i z błogosławieństwem księdza kardynała Józefa Glempa.
Księdzu Prymasowi cały czas chodziło o ewangelizację, o duszpasterstwo, o kierowanie Kościołem. Zmieniali się tylko ludzie. Księdza Prymasa bardzo bolało to, że ci, którzy wcześniej szukali schronienia w Kościele, po 1989 r. zaczęli go atakować. Poszli swoją drogą i teraz są utrapieniem przez głoszenie swoich wywrotowych teorii, nauk, brak szacunku dla życia, dla małżeństwa, dla rodziny. Oczywiście, liberalizm mobilizował księdza kardynała do czujności. Za czasów „Solidarności” wydawało się, że wszyscy wiedzieli, o co walczą, a potem się okazało, że tak do końca nie było.
Troska o powołania
Jest wiele dokonań, które trzeba byłoby wymienić, przeglądając karty życiorysu ks. kard. Glempa. Wśród nich m.in. troska o formację ludzi, o kościoły, o budynki kurialne, o tworzenie różnych ośrodków formacyjnych czy na końcu podjęcie się tej wielkiej sprawy budowy Świątyni Opatrzności Bożej. Przecież to jest jego dzieło. Jego oczkiem w głowie była też sprawa powołań do stanu duchownego. Zawsze cieszyliśmy się, gdy tych powołań było więcej. Obok modlitwy były też akcje powołaniowe. Na przykład ksiądz Prymas zarządził wysyłanie kleryków na różne praktyki, aby odwiedzali parafie, dawali świadectwo swego powołania. Ksiądz kardynał bardzo się troszczył o seminarium. Zdecydował o utworzeniu Archidiecezjalnego Seminarium Misyjnego Redemptoris Mater. Erygował też ponad 100 nowych parafii i co najmniej tyle samo nowych kościołów.
Ks. prałat Grzegorz Kalwarczyk wieloletni kanclerz Kurii Metropolitalnej Warszawskiej