Łyżwiarstwo szybkie
Warto czynić dobro
Sobota, 25 kwietnia 2020 (11:43)ROZMOWA z Natalią Czerwonką, medalistką olimpijską i mistrzostw świata
Ile godzin liczy Pani doba?
– Tyle, co każdego, tu się nic nie zmieniło. Mam takie fajne motto na ścianie w pokoju i bardzo lubię na nie patrzeć i się do niego stosować: „Doby i czasu mamy wszyscy tyle samo, od nas zależy jednak, jak go wykorzystamy”. Przed chwilą zrobiłam zakupy dla starszej pani, żeby się wyrobić przed godziną 10.00, ona będzie, mam nadzieję, zadowolona, ja też się cieszę, że zrobiłam coś dobrego. Fajnie i miło jest tak rozpocząć dzień.
Robi Pani zakupy rano, robi Pani zakupy wieczorami – bo jak wczoraj chwilę rozmawialiśmy, to była Pani właśnie w ich trakcie. Nie dla siebie oczywiście, ale dla najbardziej potrzebujących w czasach pandemii, czyli starszych i schorowanych.
– Wczoraj też miałam wieczorem internetowe spotkanie „live” z panią dietetyk, które zorganizowałam specjalnie dla rodziców swoich podopiecznych z akademii łyżwiarskiej. Teraz nie możemy normalnie trenować – a w innej sytuacji dużo byśmy jeździli na rolkach i ostro pracowali – więc staram się dzieciakom organizować zajęcia w nieco inny sposób. A że przebywają w domach, co dla zdrowia i sprawności niekoniecznie jest najbardziej korzystne, przekonuję je, by nie zapominały o sporcie, by ruszały się, ćwiczyły, ucząc przy okazji nawyków, które pomagają, tak na torze, jak w codziennym życiu: systematyczności, samodzielności. Wspomniane kwestie związane ze zdrowym odżywianiem też są niezwykle istotne.
I naprawdę mieści się Pani w jednej dobie? Domyślam się, że dochodzą przecież jeszcze sprawy, o których Pani nie opowiadała, czyli zwykłe, normalne treningi, bo o przygotowaniach do kolejnego sezonu też nie może Pani zapominać?
– No nie zapominam. Skończymy rozmawiać, wezmę się za siłownię, którą zorganizowałam sobie w ogródku, koło domu. Odkąd zostały otwarte parki, mogę wybrać się na przejażdżkę rowerem górskim, wczoraj biegałam. Nie wkroczyłam jeszcze w ciężki reżim dwóch treningów dziennie, wtedy byłoby ciężko wszystko połączyć, ale na razie daję radę.
I wcale nie myślę, że to coś wyjątkowego czy heroicznego. Lubię pomagać ludziom, w zasadzie pomagałam od zawsze, bo taka już jestem. Kiedy zdobyłam olimpijski medal w Soczi, to razem z bratem zorganizowaliśmy bardzo duży festyn sportowy dla dzieci. One były, są i będą dla mnie najważniejsze. Staram się je przyciągać do sportu, zachęcać do ruchu. Przy okazji tego festynu zebraliśmy też całkiem pokaźną sumkę na dom dziecka, rok temu zbieraliśmy fundusze dla jednej z moich podopiecznych, która zachorowała na białaczkę. Tego domu dziecka teraz też nie opuściłam. Kilka dni temu dzwoniłam, czy nie potrzebują maseczek, okazało się, że mają, ale brakuje im zwykłego papieru i kolorowanek. Zebraliśmy je, jutro jadę zawieźć.
Przyszło nam żyć w ciężkich czasach, jednak można je wykorzystać na czynienie dobra.
– To prawda. Dla mnie najtrudniejsze były pierwsze dwa tygodnie po powrocie z Pucharu Świata. Musiałam je spędzić w domu, przed telewizorem i tylko odpoczywać. Potem zaczęłam zastanawiać się, w czym mogłabym pomóc. Okazało się, że mój brat, który jest górnikiem, ratownikiem górniczym i honorowym dawcą krwi, wymyślił akcję pomocy w zakupach osobom starszym, więc się do niej podłączyłam. Później dowiedziałam się, że podobne grupy osób skrzyknęły się na portalach społecznościowych, wreszcie wolontariuszy zaczęło szukać moje rodzinne miasto, czyli Lubin. Z koleżanką z toru, Andżeliką Wójcik, zgłosiłyśmy się i działamy do teraz.
Jak zatem wygląda ta pomoc?
– Przez pierwsze dwa dni rozwoziłyśmy gazetki informacyjne, w których znajdowały się numery do odpowiednich osób koordynujących akcję. Starsi ludzie rzadko korzystają z mediów społecznościowych, trzeba było do nich dotrzeć i powiedzieć, co i jak. Gdy rozdzwoniły się telefony, zaczęłyśmy działać.
Początkowo bardzo się stresowałam. Nawet nie sądziłam, że będąc sportowcem z takim doświadczeniem, mogę aż tak się denerwować, ale nie chciałam nikogo zawieść. Niby słyszałyśmy, że nieważne, co kupimy, będzie dobrze, ale doskonale wiem, że dla starszej osoby, emeryta liczy się każdy grosz. Moja babcia potrafi przejechać pół miasta, by kupić coś taniej, dlatego tak bardzo zależało nam i zależy na zadowoleniu i uśmiechu osób, którym pomagamy.
Pamiętam, że na samym początku, wracając zmęczone do domów po ciężkim dniu, poczułyśmy się z Andżeliką naprawdę szczęśliwe i spełnione. Dać coś komuś, zrobić dla kogoś coś dobrego, to coś, co człowieka ubogaca, czyni lepszym.
Ilu osobom dziennie jesteście w stanie pomóc?
– Pięciu-sześciu. Kilka dni temu zawoziłyśmy chleb bardzo ubogim i samotnym paniom. Dla nas też było to przeżycie, poznać je, zobaczyć, w jakich warunkach żyją… Lekcja pokory. Zderzenie z rzeczywistością, prawdą, że często w życiu, z klapkami na oczach za czymś gonimy, walczymy, bijemy się o stanowiska, medale, pieniądze, zapominając o tym, co naprawdę jest istotne, wartościowe.
Ludzie dziwią się, gdy do ich domów puka medalistka olimpijska?
– Czasami. Ale budzimy zainteresowanie, to fakt. Niedawno ucieszyła mnie pewna pani, która przyznała, że jej sąsiadka zauważyła, jak robimy jej zakupy i zaoferowała swoją pomoc. Dobro poszło dalej. Pomagają nam panie w sklepach, w których najczęściej kupujemy, z daleka do nas wołają, pytają, czego potrzebujemy.
Myślę, że to ważne, że w tych trudnych chwilach wielu z nas nie zapomniało o tym, że wokół są inni, bardziej od nas potrzebujący.