Jesteśmy świadkami eksperymentu
Sobota, 18 kwietnia 2020 (22:15)Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jest dylemat – z jednej strony rząd zastanawia się, jak nie złamać gospodarki i uruchamia pierwszy etap odmrażania, a z drugiej – jak walczyć z pandemią. Jak znaleźć złoty środek?
– Zdrowie ludzkie jest bardzo ważne, ale ludzie też muszą z czegoś żyć, muszą funkcjonować, a to oznacza funkcjonowanie przedsiębiorstw, różnych interesów, a więc całego rynku, którego załamanie będzie trudne do odbudowy. I teraz jest dylemat, jak to wszystko pogodzić, mając tak wiele niewiadomych. Nikt tak naprawdę nie wie, kiedy pandemia się skończy, ale wiemy, że gospodarka polska, ale także światowa, bardzo ostro hamuje i wszystkie państwa na świecie mówią wyraźnie, że rok 2020 jest rokiem największych spadków – właściwie w każdej branży. Nie da się też dłużej jechać na hamulcu ręcznym, bo cały mechanizm gospodarczy może się rozlecieć i przestać istnieć.
Czy to odmrażanie gospodarki nie następuje zbyt późno?
– W rozsądny sposób musimy przywracać żywotność naszej gospodarce. Mechanizmy, praktyka różnych państw pokazują, że na dzisiaj jesteśmy tak naprawdę świadkami jednego wielkiego eksperymentu. To, co robią Szwedzi, którzy mówią, że gospodarka musi pracować, jest najdalej idące, dlatego dzieci są posyłane do szkół, rodzice pracują przy zachowaniu odległości między osobami. Brytyjczycy próbowali przyjąć ten sam wariant, ale mocno się poparzyli, Włosi i Hiszpanie liżą rany po lawinie zachorowań, jaka przeszła oba te państwa, a Stany Zjednoczone są w szczycie zachorowań. I tak analizując, właściwie możemy dotknąć każdego państwa. Każde państwo to także społeczno-gospodarcze uwarunkowania i wydaje się, że najmniej boleśnie pandemię i straty z nią związane ponoszą kraje średniej wielkości – takie jak Polska o w miarę zrównoważonym zagęszczeniu. Natomiast problem jest z państwami większymi, gdzie są duże skupiska ludzi.
Część krajów zwalnia ten, wspomniany przez Pana, hamulec ręczny w momencie, kiedy szczyt zachorowań ma już za sobą.
– To będzie zależało od tego, czy i na ile poprzez odpowiednio wczesne – od innych krajów – podjęcie działań i zastosowanie obostrzeń, poprzez kwarantannę i zatrzymanie większości polskiego społeczeństwa w domach udało się nam zrobić to, czego nie udało się zrobić innym, mianowicie spłaszczyć krzywą zachorowań. Zadanie z tym związane polegało na tym, aby zrównoważyć skalę zachorowań, aby nie doprowadzić do przepełnienia szpitali w jednym momencie i paraliżu ochrony zdrowia. Póki co wydaje się, że ten model się sprawdza, że sytuacja jest pod kontrolą, ale walka się nie skończyła i wciąż trwa. W różnych krajach jest różna metodologia liczenia ofiar koronawirusa, ale tak czy inaczej na podliczenie ofiar w Polsce, na swoisty remanent strat przyjdzie pewnie jeszcze czas, także na ocenę podjętych działań. Wiemy też jedno, że mamy nowego towarzysza w naszym życiu – koronawirusa SARS-CoV-2, niewidoczny „przyjaciel”, którego pozostaje nam zaakceptować i robić wszystko, aby w przyszłości nie skomplikował nam życia. Jak na razie skutecznie udaje mu się skomplikować gospodarkę.
Komunikaty mówią, że Chiny jednak nie podawały wiarygodnych danych na temat liczby zakażonych koronawirusem…
– Wystarczy zestawić dwa kraje o podobnym zagęszczeniu ludności – Chiny i Stany Zjednoczone, i nagle okazuje się „cud” chiński, gdzie zachorowań podawanych przez władze jest dużo mniej. Jest zatem zasadne pytanie, co do wiarygodności danych chińskich, co prędzej czy później i tak będzie analizowane.
Tylko czy w oparciu o dane z Chin, które wygląda, że są przekłamane, my dzisiaj – w ogóle świat Zachodu – podejmuje właściwe działania? Gdyby Chińczycy od początku mówili prawdę, to być może rozprzestrzenianie koronawirusa udałoby się powstrzymać, a przynajmniej ograniczyć…
– To prawda, ale to nie zmienia faktu, że znajdując się w takim, a nie innym momencie pandemii musimy podejmować odpowiednie działania. Czasu nie da się wrócić, tego, co zrobili bądź nie Chińczycy też nie da się naprawić, dlatego przy zachowaniu środków ostrożności musimy powoli wracać do normalności, do pracy, bo jeśli nie, to może nam zacząć szwankować również element psychologiczny. Po trzech, czy czterech tygodniach przebywania w czterech ścianach dochodzi do zmęczenia materiału ludzkiego, wszyscy jesteśmy psychicznie zmęczeni tym faktem, brakiem możliwości przemieszczania się, odpadło nam wiele przyjemności, jak ruch na świeżym powietrzu, spacery, uprawianie sportu itd. Dla wielu osób był to element pewnej odskoczni, odreagowania od codziennych, zawodowych zadań, tymczasem dzisiaj jesteśmy tego wszystkiego pozbawieni. Oczywiście istotną sprawą są także gospodarka i usługi, np. usługi fryzjerskie, kosmetyczne, kawiarnie, małe restauracje, kawiarnie, hotelarstwo, które najszybciej można będzie odbudować i uruchomić. Jest tylko pytanie, kiedy?
Czy działania, jakie podejmuje rząd – mam na myśli podpisaną przez prezydenta Dudę tarczę antykryzysową 2.0 – są wystarczające?
– W obecnej sytuacji, czy to w Polsce, czy na świecie, każdy rząd, niezależnie w jakim kraju i kto rządzi, będzie krytykowany. Pamiętajmy też, że jako Polska nie jesteśmy krajem pierwszej ligi, krajem o wielkiej zamożności, ale jesteśmy państwem o średnim poziomie rozwoju. Oczywiście, zawsze można by w tym momencie uruchomić bęben produkujący i dodrukować pieniądze, zrobić akcję pod nazwą „rozdajemy wszystkim pieniądze”, żeby zabezpieczyć potrzeby każdego obywatela na np. trzy miesiące i jakoś próbować tę trudną sytuację przetrzymać. Tylko że w takiej sytuacji odezwaliby się ekonomiści z głosem, że wzrasta inflacja, że rząd emituje pusty pieniądz. Tak by było. Budowanie wariantu, który byłby sprawiedliwy dla wszystkich, tak naprawdę jest nierealne, bo inny sposób myślenia i poziom problemów ma właściciel zakładu fryzjerskiego jednoosobowego, inny poziom problemów ma ktoś, kto prowadzi hotel zatrudniający sto osób, a jeszcze inny właściciel fabryki z pięcioma tysiącami załogi. Na pewno politycy muszą podejść do sprawy uczciwie i zważając na sytuację na świecie, nie można prowadzić retoryki, że państwo daje za dużo albo że nie daje nic, bo z jednej, jak i z drugiej strony jest to podejście nieuczciwe. Cokolwiek nie zrobiłby dzisiaj polski rząd, to i tak będą niezadowoleni, a znalezienie rozwiązania, które w tej sytuacji byłoby idealne, jest warte Nobla z ekonomii. Nie ma póki co rozwiązania uniwersalnego dla wszystkich. Gospodarkę niemiecką było stać na wpompowanie pieniędzy i w ciągu kilku dni żywą gotówką wzmocnić przedsiębiorców, którzy dostali do ręki pieniądze.
Czy Polskę dzisiaj stać na to, żeby przedsiębiorcy mogli trwać kilka miesięcy w hibernacji?
– Na pewno trzeba zrobić wszystko, żeby przetrwały, i rząd podejmuje takie działania. Wiemy, że wyrzucenie ludzi na ulice – to jest schemat, który przyjęło wielu przedsiębiorców – może za jakiś czas obrócić się przeciwko nim. Chodzi o to, że w momencie ponownego otwarcia firm wyrzuceni pracownicy mogą nie chcieć powrócić do takiego pracodawcy, który pozbył się ich, kiedy byli w potrzebie. Wariant z zatrudnieniem ukraińskich pracowników, przy zamkniętych granicach, się nie powiedzie i tym samym tacy pracodawcy, którzy pozwalniali ludzi, pozbawiając się zaplecza pracowniczego, mogą mieć problem z odbudowaniem przedsiębiorstw. Zatem nie zawsze musi się spełnić powiedzenie: „Tam, gdzie zwalniają, będą zatrudniać”. Sytuacja się zmieniła, a jednocześnie w wielu zakładach, w wielu instytucjach rozpocznie się dyskusja nie tyle o tym, czy jest praca, ale za ile. I może zaistnieć sytuacja, że w wielu zakładach przedsiębiorcy będą zmuszeni usiąść do stołu z pracownikami, ze związkami zawodowymi i aby przetrwać ten rok, być może też następny, uzgodnić obcięcie zarobków.
Do kryzysu związanego z koronawirusem dochodzi jeszcze susza, co też może spowodować zamieszanie na polskim rynku. Problemy się zatem dublują?
– To jest lekcja na temat oszczędności wody w Polsce, i o tym się mówiło w momencie, kiedy byłem posłem na Sejm. Trzeba powiedzieć jedno głośno i wyraźnie, że Polska – państwo w centrum Europy, jest swoistą pustynią, krajem bez wody. Mimo że mamy rzeki, jeziora, to nie mamy mądrej polityki gospodarowania zasobami wody. Nie mamy polityki zarządzania wodą deszczową, opadami, nie mamy kultury gospodarowania wodą w taki sposób, aby wody opadowe wykorzystywać w celach ogrodniczych czy w przydomowych gospodarstwach. Tego wszystkiego jako Polska, niestety, nie mamy. Systemy retencji prawie nie istnieją, systemy nawadniania pól zostały, i to bardzo, zaniedbane, nic zatem dziwnego, że dzisiaj mamy tego konsekwencje i niemały problem. To zaniechania, to zaniedbania wielu, wielu lat, bo to, że dzisiaj nie pada deszcz, to jest jedno, ale po to podejmuje się i prowadzi mądrą, racjonalną politykę wodną, aby na takie czasy, jak nadeszły, teraz mieć własne zaplecze z wodą i w ogóle kulturę gospodarowania zasobami wodnymi. My tego nie mamy i sądzę, że to będzie bardzo gorzka lekcja, kiedy, tak jak teraz szanujemy zdrowie, jak zaczynamy szanować wartość drugiego człowieka, tak zaczniemy szanować wodę. Przed nami lato, wakacje i lekcja, nauka poszanowania zasobów wody.
Obyśmy tylko podeszli do tej lekcji poważnie, a nie jak dotychczas…
– Owszem, pamiętajmy, że rolnicy, sadownicy, plantatorzy są pierwszymi, którzy już dzisiaj odczuwają brak wody i widzą potrzebę oszczędzania wody. Ponadto każdy, kto ma dom i przydomowy ogródek widzi, że trawniki są blade, są żółte, bo nie ma deszczu i nic nie rośnie, ale problem będzie jeszcze bardziej zauważalny dla plantatorów, rolników, którzy mają setki czy tysiące hektarów, bo oni odczują to najbardziej, a w konsekwencji my, konsumenci, którzy zapłacimy za podwyżki cen płodów ziemi, których może być mniej niż zwykle.
Mówimy cały czas o roku 2020, ale pojęcie kryzys powinniśmy sobie bardzo głęboko w głowach zakodować, bo będzie to coś, do czego będziemy musieli się przyzwyczaić i z tym żyć nawet do roku 2022. Najbliższe dwa, trzy lata mogą pokazać, że budżet, który mamy dzisiaj, cała ta sytuacja, jaką przeżywamy dzisiaj – niełatwa – może się okazać „najpiękniejszą” odsłoną kryzysu pandemicznego. Obawiam się, że najgorsza wersja będzie dotyczyła gospodarki i znajdzie odniesienie także w budżetach domowych w roku 2021, 2022. Obym nie miał racji w tych przewidywaniach, że rok 2020, to jeszcze bardzo dobry i bogaty dla nas rok.