• Środa, 11 marca 2026

    imieniny: Konstantego, Ludosława

Mistrzyni czeka

Wtorek, 14 kwietnia 2020 (16:45)

Rekordzistka świata w rzucie młotem Anita Włodarczyk poinformowała PAP, że obecnie rozmawia z trzema trenerami – dwoma zagranicznymi i jednym polskim. Nie chce jednak ujawniać ich nazwisk. Decyzji, z kim będzie szykować się do igrzysk w Tokio, nie chce podejmować pochopnie.

„Najważniejsze w tej chwili jest dla mnie całkowite wsparcie polskiego związku. To wiele znaczy, że pozostawili decyzję mi samej i nie ingerują w nią. To daje mi dużo psychicznego luzu i świadomości, że mam ich poparcie” – powiedziała.

Włodarczyk rozstała się po dziesięciu latach współpracy z Krzysztofem Kaliszewskim. Ta decyzja była niespodziewana – także dla niej, ale jak zaznaczyła w rozmowie z PAP: „Temat jest zamknięty i na pewno nie będziemy już razem pracować”.

Tak by nie było, gdyby nie... pandemia koronawirusa. Najlepsza w historii młociarka musiała szybko opuścić zgrupowanie w Chula Vista. Po zrobieniu rezonansu magnetycznego w Stanach Zjednoczonych doktor Robert Śmigielski podjął decyzję o zabiegu kolana. W perspektywie igrzysk liczył się każdy dzień.

„Miałam cztery godziny na to, by się spakować i znaleźć samolot z San Diego do Warszawy. To było szalone, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że igrzyska w Tokio będą przełożone o rok. Miałam po tygodniu wrócić do USA i kontynuować zgrupowanie, bo zabieg był rutynowy – zwykłe czyszczenie stawu ze zrostów. Tak się jednak stało, że już do Stanów wrócić nie mogłam, bo granice zostały zamknięte. Trener postanowił nie wracać do kraju” – powiedziała Włodarczyk.

I to przyczyniło się do zakończenia współpracy z Kaliszewskim. Współpracy, która dała dwa złote medale olimpijskie, po cztery złote medale mistrzostw świata i Europy oraz rekord globu.

„Byłam w swojej karierze w wielu ciężkich sytuacjach. Musiałam już zmieniać trenerów i to w czasach, gdy jeszcze nie miałam takich wyników, dlatego teraz podchodzę do tego ze spokojem i wiem, że wszystko może się jeszcze dobrze skończyć” – zaznaczyła.

Kiedy kibice poznają nazwisko nowego trenera, na razie jeszcze nie wiadomo.

„Rozmawiam z trzema. Jednym polskim szkoleniowcem i dwoma zagranicznymi. Nie jestem przywiązana do miejsca. To nie musi być trener z Warszawy, jeśli będzie trzeba, to się przeniosę. Jestem z całą trójką w kontakcie i rozważam najlepsze dla siebie opcje” – podkreśliła i dodała, że spieszyć się nie będzie.

„Teraz skupiam się po prostu na rehabilitacji i treningu na stacjonarnym rowerze. Mam czas, niczego teraz nie chcę przyspieszać, bo najważniejsze to w końcu trenować bez bólu, a od poprzedniej operacji praktycznie ciągle walczyłam z jakimiś dolegliwościami. Nie dałam sobie też jakiegoś ostatecznego terminu, do którego podejmę decyzję w sprawie trenera. Muszę jej być po prostu pewna” – podkreśliła.

Włodarczyk zaznacza jednak, że nadal chce, by został układ trener – zawodnik. Nie chce dołączać do żadnej grupy treningowej.

„Tyle lat trenuję już indywidualnie, że nie chciałabym tego zmieniać. To przynosiło efekty” – oceniła.

Ona sama jednak nie ma złudzeń i wie, że powrót do rzucania powyżej 80 metrów będzie bardzo trudny.

„Cel pozostaje taki sam – chcę w Tokio wywalczyć trzeci złoty medal olimpijski. Na dzień dzisiejszy nie sądzę, bym była w stanie w przyszłym roku zbliżyć się do własnego rekordu świata. Chyba że nastąpiłaby jakaś metamorfoza u mnie w organizmie, ale wiem, ile trenowałam, żeby w ogóle przekroczyć granicę 80 metrów. Teraz tego nie widzę” – przyznała. Czas w Warszawie Włodarczyk teraz spędza głównie na rehabilitacji i w... kuchni.

„Zawsze uwielbiałam gotować, a teraz mam nareszcie na to czas” – powiedziała.

Pandemia koronawirusa sprawiła, że lekkoatletyczny sezon stanął pod znakiem zapytania. Nie wiadomo czy i kiedy odbędą się jakiekolwiek mityngi.

JG, PAP