Przeżyłam obozy dzięki Polakom
Wtorek, 14 kwietnia 2020 (10:48)Aleksandra Borysawa jako siedmioletnia dziewczynka trafiła do obozu w Majdanku, potem do Oświęcimia. Dzięki pomocy Polaków przeżyła ten straszny czas
Aleksandra Barysаwa trafiła do niemieckiej niewoli w czasie operacji karnej na Witebszczyźnie. – Po wkroczeniu Niemców w naszej okolicy ciągle były takie akcje, łapanki, pogromy pod pretekstem ścigania partyzantów. W czasie jednej akcji w 1942 r. zamordowano ok. dwóch tysięcy osób. Potem wieś Niemcy spalili. W maju 1943 r. złapali nas i pognali pieszo do Witebska – opowiadała Barysawa. Z Witebska wraz z mamą trafiły do obozu na Majdanku jako „osoby związane z partyzantami”.
– Raz mamę złapali do kolumny, która miała być wywieziona do innego obozu. Przechodziła obok Polka – blokowa. Schwyciła mamę i zaczęła ją bić, obrzucać wyzwiskami. Krzyczała, popychając w stronę baraku. W ten sposób uratowała jej życie – wspominała pani Aleksandra.
Z Majdanka pani Alaksandra z mamą trafiły do Oświęcimia. – Tam zostałam zabrana do oddzielnego baraku, w którym było bardzo dużo dzieci, w różnym wieku, najmłodsze miały zaledwie trzy lata. Było naprawdę strasznie, w nocy ciemno, ciągle ktoś płakał, krzyczał – mówiła. – Wtedy mną i moją przyjaciółką Ałłą zaopiekowały się starsze polskie dziewczynki, miały po ok. 13 lat. I znowu uratowały mi życie. Przygarnęły nas na górne nary, dokarmiały, opiekowały się nami. Pamiętam, że miały święte obrazki, modliły się – opowiadała Barysawa.
Później, jak wspominała, została przeniesiona do innego baraku, w którym umieszczono żydowskie bliźnięta i dzieci partyzantów. – Bandenkinder, dzieci bandytów, partyzantów, tak nas nazywali – mówiła.
Na dzieciach przeprowadzano eksperymenty medyczne. – Był tam mały pokoik, tam stół, jakieś narzędzia medyczne, przeprowadzali różne procedury, eksperymenty. Najstraszniejsze było, jak sadzali mnie przy ścianie, wstawiali coś do ust, żeby ich nie zamykać i grzebali mi w środku – tak pani Alaksandra zapamiętała pobyt w baraku eksperymentów medycznych.
– Potem trafiłam jeszcze do innego baraku, cygańskiego. Tylko Cyganów już tam nie było, spalili ich – mówiła.
– Tuż przed wyzwoleniem obozu mama mnie znalazła, byłam prawie ślepa, pokryta skorupą jak odpad, zużyty materiał. 27 stycznia 1945 r. zostaliśmy uwolnieni. Zobaczyłam sowieckich żołnierzy w kamuflażu, to był zwiad. Płakaliśmy. Pamiętam, że trzymał mnie na rękach żołnierz z zabandażowaną głową – opowiadała.
– Po wyjściu z obozu przez pewien czas byłyśmy z mamą u polskiej rodziny, to musiał być Oświęcim. Ta pani dała mamie dwa obrazki Matki Boskiej. Jeden mam do dzisiaj i zawsze go biorę ze sobą, np. gdy idę na operację. Kilka lat temu, gdy miałam zawał, wzięłam go do szpitala – opowiada.
Na Białorusi, jak powiedziała, żyje jeszcze dzisiaj ponad 50 byłych więźniów Oświęcimia. Do Polski na zaproszenie polskiej pary prezydenckiej i Fundacji św. Maksymiliana Kolbe mogło jednak pojechać tylko kilkanaście osób – pozostali musieli zrezygnować z wyjazdu ze względu na stan zdrowia.
– To było dla nas ogromne, bardzo wzruszające przeżycie jak podróż na cmentarz, gdzie wspominaliśmy, płakaliśmy – mówiła pani Alaksandra. Wraz z innymi byłymi więźniami wzięła udział w spotkaniu z prezydentem Andrzejem Dudą i jego małżonką w przededniu obchodów 75-lecia wyzwolenia Auschwitz. – Rozmawiali z nami, prezydent Polski osobiście wręczył nam medale pamiątkowe – dodała.
Pani Barysawa jest od dwudziestu lat przewodniczącą organizacji Byłych Więźniów Niemieckich Obozów Koncentracyjnych i Uczestników Oporu Antyfaszystowskiego w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.
Za zasługi na rzecz dialogu z Niemcami otrzymała m.in. niemiecki Krzyż Zasługi od prezydenta Steinmeiera.
– My wybaczyliśmy, ale nie zapomnieliśmy. Przez długi czas nienawidziłam Niemców, marzyłam o tym, by cierpieli. Z czasem poczułam, że odpowiedzialność za zbrodnie nie przechodzi na kolejne pokolenia. Naszym obowiązkiem jest jednak opowiadać o tych zbrodniach, dopóki starczy nam sił – mówiła była więźniarka.
AB, PAP