• Poniedziałek, 25 maja 2026

    imieniny: Grzegorza, Urbana, Magdy

Dramat za zamkniętymi drzwiami

Poniedziałek, 13 kwietnia 2020 (09:28)

Z dr. Jakubem Klimkiewiczem z Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii WIM, członkiem misji polskich medyków we Włoszech, rozmawia Aneta Przysiężniuk-Parys

Pod koniec marca Wojskowy Instytut Medyczny z udziałem Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej rozpoczął 10-dniową misję w Lombardii. Jaką sytuację zastali Państwo na miejscu?

– Sytuacja tutaj jest katastrofalna. Doszło do całkowitego „lockdownu”: zamknięte są wszystkie sklepy poza spożywczymi, restauracje, pralnie, banki, budynki użyteczności publicznej, muzea i – ku naszemu zdziwieniu – zastaliśmy też pusty szpital. Około 4-5 dni przed naszym przyjazdem doszło bowiem do zmiany strategii wobec pacjentów z COVID-19. W tym szpitalu w Brescii, w którym pracowaliśmy, jest miejsce na blisko 1500 łóżek, natomiast Włosi wstrzymali w nim wszystkie operacje planowe, w tym onkologiczne, czyli takie, które powinny być szybko wykonane. Oni jednak już nie byli w stanie ich przeprowadzać i na terenie dotychczasowego oddziału kardiochirurgicznego czy neurochirurgicznego powstają improwizowane stanowiska intensywnej terapii, na których są leczeni pacjenci z COVID. Także tam jest taka cisza i pustka, bo nie ma pacjentów. Natomiast za zamkniętymi drzwiami trwa dramatyczna walka o ich zdrowie i życie.

Na czym polega ta włoska strategia i organizacja pracy służby zdrowia w walce z epidemią?

– Włosi zreorganizowali całkowicie opiekę zdrowotną. Nie mają szpitali jednoimiennych tak jak w Polsce. Tutaj wszystkie szpitale przyjmują pacjentów z COVID-19, natomiast są w nich pojedyncze oddziały dla pacjentów bez koronawirusa i pacjenci, którzy wymagają pilnego postępowania medycznego, są kierowani do jednego z takich oddziałów. Przykładowo jeden szpital ma na ostro pracujący oddział kardiochirurgiczny, inny: urazowo-ortopedyczny, a jeszcze inny: neurochirurgiczny, i jeżeli pacjent nie ma podejrzenia zakażenia koronawirusem, to trafia właśnie tam. Natomiast każdy szpital przyjmuje i leczy pacjentów z koronawirusem.

Z naszą pomocą został obstawiony jeden oddział dla pacjentów intensywnej terapii. Tych oddziałów w tym szpitalu jest zwykle ok. 4-5. To zależy od tego, ile personelu może pracować, dlatego że potrzeby ze strony pacjentów są ogromne.

W jakim wieku byli pacjenci, którzy trafili na „polski oddział”?

– Są w przedziale 60-80 lat w bardzo ciężkim stanie i tacy ciągle dominują wśród pacjentów leczonych na intensywnej terapii w szpitalu w Brescii. Jednak jest też coraz więcej osób młodych: 40-letnich, 50-letnich, ale też jest 19-latek z ciężką niewydolnością oddechową w przebiegu COVID-19. Nasi włoscy koledzy mówią, że osoby młode zgłaszają się później do szpitala. Po pierwsze dlatego, że mają większą odporność i mogą zachorować nie przy pierwszym kontakcie, tylko przy kolejnym, a gdy już zachorują, przebieg choroby nie prowadzi natychmiast do katastrofy, tylko trwa to dłużej niż u starszych osób. Dlatego pierwsza fala chorych to byli pacjenci starsi, ale w kolejnej zaczęły pojawiać się osoby młode.

Czy coś Pana szczególnie zaskoczyło w trakcie pobytu w Brescii?

– Szokuje to, że jednak są to dziesiątki pacjentów chorych na tę samą chorobę, co jest rzadkością. Na intensywnej terapii mamy raczej taki przekrój schorzeń. Jeden pacjent może mieć zapalenie płuc, drugi jest młodą osobą po wypadku samochodowym, a trzeci po rozległej operacji chirurgicznej. Tymczasem tutaj dojmujące jest to, że wszyscy pacjenci mają jedną diagnozę: COVID-19. I tak nazywane są oddziały leczące tych pacjetów: COVID 1, COVID 2, COVID 6 etc.

Zaskoczeniem jest to, że ja w ogóle nie znam twarzy moich włoskich kolegów, a oni mojej, dlatego że pracujemy wszyscy w strojach, które już wszyscy znają z telewizji i gazet. Podpisaliśmy tylko nasze kombinezony, bo wszyscy wyglądamy tak samo – niezależnie, czy jest się lekarzem, czy pielęgniarką.

Poza tym ujęło nas przyjęcie ze strony włoskich kolegów. Z jednej strony z serdecznością się do nas odnosili i z wdzięcznością, że przyjechaliśmy im pomagać. Z drugiej – chętnie i wyczerpująco udzielają nam odpowiedzi na nasze pytania dotyczące schematów postępowania czy ich spostrzeżeń. To ważne informacje, bo spodziewamy się, że z opóźnieniem, ale i u nas sytuacja zrobi się poważna i będziemy mieli dużo pacjentów z COVID-19. Miejmy nadzieję, że nie tak dużo jak Włosi, ale musimy się ze wszystkimi scenariuszami liczyć. Widać, że oni są potwornie zmęczeni, wyczerpani, ale mimo to poświęcają nam swój czas nawet po zakończonym dyżurze.

Włoska służba zdrowia mocno ucierpiała. Statystyki są porażające. Blisko 13 tys. pracowników zakażonych. Zmarło ponad 90 lekarzy i 26 pielęgniarek oraz pielęgniarzy.

– To jest rzeczywiście dramat personelu medycznego, ale też ich rodzin. To jest też tragedia dla pacjentów, bo nie ma ich kto leczyć. Włosi mogliby stworzyć więcej miejsc dla ciężko chorych, ale nie mogą, bo fizycznie nie ma się kto nimi zająć. Sprzętowo to oni mają nawet rezerwę, ale nie ma personelu, stąd nasza wojskowo-cywilna misja była dla nich taką pomocą.

Jakie pierwsze wnioski płyną z Państwa misji dla Polski?

– Bezwzględnie w szpitalach muszą być dostępne środki ochrony osobistej. W WIM nie ma z tym problemu, ale to jest szpital trzeciego stopnia referencyjności. Wiemy jednak, że w innych szpitalach bywa z tym różnie. Są szpitale nieźle wyposażone, ale są też takie, gdzie występuje dramatyczny niedobór. Po części wynika to z braków na rynku, ale też w pewnym stopniu z niefrasobliwości osób zarządzających tymi placówkami.

Poznaliśmy też tutaj mnóstwo takich niuansów dotyczących leczenia pacjentów. Mieliśmy możliwość porozmawiania z dobrymi specjalistami. Lombardia pod tym względem to bardzo dobrze rozwinięty region. Zapoznaliśmy się nawet z artykułami o COVID, które nie ukazały się jeszcze drukiem.

Jakie metody terapii stosują Włosi?

– Mają pewne schematy lekowe, ale one też są w Polsce stosowane i znane. Niestety, skuteczność leczenia farmakologicznego jest ograniczona. To nie jest tak, że powstał lek na konkretnie tę chorobę, ale na inne. One mają pewną aktywność przeciwwirusową, ale to nie jest w pełni skuteczne leczenie. Ta choroba bardzo ciężko przebiega, uszkadza wiele narządów wewnętrznych – głównie płuca, ale też wątrobę i nerki. Może tak się stać, że nawet my pacjenta z choroby wirusowej wyleczymy, albo nawet sam się wyleczy, ale pozostanie z uszkodzonymi płucami i często bez szansy, że będzie samodzielnie oddychać. Takich pacjentów też tu widzieliśmy.

Co włoscy medycy zalecają Polakom na tym etapie walki z koronawirusem?

– Włosi mówią, że musimy bezwzględnie zastosować się do zarządzeń władz. W ich ocenie nasi decydenci podeszli rozsądnie do sprawy, wydając szybko wszelkie decyzje i zalecając ograniczenia. One – z perspektywy życia codziennego – są uciążliwe dla wszystkich, mają też swoje następstwo gospodarcze, ale też nie będą trwać w nieskończoność. Musimy trzymać dystans i stosować się do restrykcji, bo to jest dla naszego dobra. Nigdy nie wiadomo, kiedy może dojść do zakażenia, bo wirus jest niewidzialny i niewyczuwalny. Trzeba być bezwzględnie ostrożnym.

Dziękuję za rozmowę.

Aneta Przysiężniuk-Parys