• Poniedziałek, 25 maja 2026

    imieniny: Grzegorza, Urbana, Magdy

Nie tracę poczucia humoru

Niedziela, 12 kwietnia 2020 (13:27)

Z Franciszkiem Pieczką, aktorem filmowym i teatralnym rozmawia Karolina Goździewska

Z jakiej roli jest Pan szczególnie dumny?

– Jedną z ważniejszych kreacji na mojej aktorskiej drodze była rola św. Piotra zagrana w 2001 roku w filmie „Quo vadis” w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. Kiedy w Rzymie prezentowaliśmy film Ojcu Świętemu, zrozumiałem, że zagrałem protoplastę wszystkich papieży. Choć miałem przygotowany tekst, do Jana Pawła II podczas spotkania zdołałem tylko wykrztusić: „Ojcze Święty, przebacz moją nieudolność”, a on – spojrzawszy na mnie – powiedział zwyczajnie: „Dziękuję”.

Wiara w Pana Boga w czasach, kiedy był Pan u szczytu aktorskiej sławy, była zwalczana. Skąd u Pana taka wierność?

– Zawsze prosiłem Pana Boga o wiarę, jaką mieli moi rodzice – bez wahań i wątpliwości. Moja rodzina była bardzo wierząca. Tato przed II wojną światową był nawet przez krótki czas kościelnym w kościele św. Józefa. Sam też byłem organistą, nie na pełnym etacie, bo głównym organistą był wówczas mój wujek. Graliśmy też razem w domu, do pianina zasiadaliśmy po obiedzie. Wartość wiary od najmłodszych lat wpajała mi też matka, powtarzając: „Synu, jak umrzesz, a tam nic nie będzie, a tu się zachowywałeś dobrze, to nic nie stracisz”. W życiu kierowałem się tymi słowami i dziś, patrząc w lustro, mogę sobie powiedzieć: „Nikogo nie skrzywdziłem”. Gdy mama zmarła, byłem na Mazurach, gdzie kręciliśmy „Żywot Mateusza”. Szukali mnie przez radio, gdy dojechałem do Godowa, było już po pogrzebie. Na grobie matki wyryliśmy jej ostatnie słowa: „Jezus, Jezus, Jezus”. Do czasu śmierci żony każdego 1 listopada jeździłem na groby rodziców do Godowa.

Jaki był rodzinny dom Franciszka Pieczki?

– Urodziłem się 18 stycznia 1928 r. w Godowie na Górnym Śląsku nad Olzą, 20 km od Raciborza, gdzie przed wojną biegła granica z Czechami. Przed pierwszą wojną światową Godów był w Niemczech, za Olzą były Austro- -Węgry. Mój ojciec, Franciszek Pieczka senior, walczył w armii kajzera. Na froncie poległo czterech z jego siedmiu braci. Ojciec po powrocie z wojny walczył też w Powstaniu Śląskim. Miałem sześcioro rodzeństwa, byłem najmłodszy. Po każdej niedzielnej Mszy św. rodzina – ciotka Milka, wujek Emrych, ciotka Marta, wujek Czarnota, wujek Tekieli, siadali przy naszym domu w altance i opowiadali różne historie. Chłonęliśmy ich refleksje, czując, jak zatrzymują czas. Żyło się jednak skromnie, w ogóle nieporównywalnie do dzisiejszych czasów. Od najmłodszych lat pomagałem w domu, pasąc krowy na łąkach nad Olzą. Najczęściej jedliśmy ugotowane ziemniaki, które mama krasiła skwarkami. Dla nas, dzieci, te skwarki były rarytasem. Jedliśmy też wodzionkę gotowaną przez mamę z drobno pokrojonych kawałeczków starego chleba okraszonego wędzonym boczkiem. Chleb mama zawsze piekła sama, a przed odkrojeniem pierwszego kawałka kreśliła na nim znak krzyża. Ojciec był górnikiem, choć przez dłuższy czas bezrobotnym. Wówczas utrzymywał rodzinę z pracy na roli. Mieliśmy około hektara ziemi, krowę, kury i króliki. Nie ma piękniejszego zapachu niż świeżo wywrócona skiba. Ojciec obrabiał pole, orząc krowami, bo nie mieliśmy koni. Pamiętam, jak ubrany w kamizelkę od starego garnituru pchał pług, pomagając krowom, bo jeszcze całej rodzinie musiały dawać mleko. A gdy ojciec pracował w kopalni, pole obrabiał po powrocie z szychty. Do pracy szedł pieszo w jedną stronę 12 km. Pamiętam, że do kopalni brał chleb posmarowany smalcem, bo masło by zjełczało z uwagi na obecny tam metan.

Dlaczego został Pan aktorem, a nie inżynierem czy górnikiem?

– Pochodzę z górniczej rodziny, mojemu ojcu zależało, bym kontynuował tradycje. „No wiesz, synek, tam na głowę nie będzie ci padało, będzie ci ciepło”, przekonywał mnie. Po roku pracy w kopalni wiedziałem jednak, że to nie moja droga. Podjąłem naukę w Uniwersyteckim Studium Przygotowawczym w Katowicach, po jego ukończeniu miałem wstęp bez egzaminu na każdą uczelnię – poza szkołami artystycznymi. Wówczas byłem też w teatrze rapsodycznym w Wojewódzkim Centrum Kultury. Prowadzący go profesor powiedział: „Powinieneś zostać aktorem”. Podjąłem jednak studia z elektroniki na Politechnice Gliwickiej, z których po miesiącu zrezygnowałem. Profesor z teatru rapsodycznego prosił mnie, bym pojechał do Warszawy. Wówczas, na początku lat 50., obowiązywały różne skierowania i nakazy. Aby zmienić kierunek studiów, potrzebowałem zgody ministerstwa. Bez umawiania się wparowałem do gabinetu ministra i go przekonałem. Potem trzeba było zdać egzamin do szkoły teatralnej, a tu już zaczął się rok akademicki. W swoim prywatnym mieszkaniu egzaminował mnie Aleksander Zelwerowicz, który jako dziekan wydziału aktorskiego miał niepisane prawo przyjęcia dodatkowo jednego studenta.

Jak wyglądał egzamin?

– Na egzamin pan profesor się spóźnił, za co – ku mojemu zdziwieniu – bardzo mnie przepraszał. Był pedantem, jeśli chodzi o punktualność. Wyrecytowałem niskim głosem wiersz i prozę, a na koniec kazał mi mówić trzy razy słowo: „miasto”. Raz jak Kraków – pełen zabytków, raz jak Chorzów czy Katowice, a raz jak Las Vegas. Nie wiedziałem nic o Las Vegas, profesor mi wówczas wyjaśnił: „Panie Franciszku, to miasto pełne zabaw, uciech”. Widziałem, że profesor był usatysfakcjonowany moimi odpowiedziami. Zaniepokoiłem się jednak, kiedy kazał mi zmienić kolejność. Uczyniłem to na chybił trafił. Na szczęście udało się. Już na studiach okazało się, że kolega z roku, Krzysztof Chamiec, zataił swoje pochodzenie, podał chłopskie, tymczasem jego rodzice mieli duży majątek. Na roku ustaliliśmy, że jak będzie głosowanie, to będziemy przeciwni wyrzuceniu go ze studiów. Podczas głosowania na pytanie: „Kto jest przeciw?”, jako jedyny podniosłem rękę. Potem tak zwane czynniki się do mnie dobierały. Moje pochodzenie – syna górnika, i moja praca w kopalni były jednak argumentami nie do odparcia.

Rodzicom trudno było się pogodzić z Pana wyborem aktorskiej drogi?

– Kiedy powiedziałem o tym w domu, posypały się na mnie wszystkie śląskie pierony. Bo inżynier to porządny zawód, a aktor – w pojęciu mego ojca – będzie chodził głodny. Musiałem salwować się ucieczką z domu. Z czasem burza ucichła. Kiedy zostałem aktorem i po moich kolejnych rolach w gazetach zaczęły się ukazywać pochlebne artykuły, ojciec mówił: „No tak, przecie on to po mnie odziedziczył”.

Skąd u Pana zamiłowanie do aktorstwa?

– Już jako 10-latek wymykałem się z domu do kina, czemu ojciec był bardzo przeciwny; uważał, że kino to świństwo, deprawujące i niosące bezbożność. Tymczasem, żeby zobaczyć „Znachora”, ze starszymi kolegami poszliśmy do kina na piechotę nawet kilkanaście kilometrów. Gdy wróciłem, ojciec już czekał na mnie z pasem. „Jo ci dom »Znachora«! Jo ci dom »Znachora«!” – krzyczał. Gdy byłem starszy i wracałem z kina, ojciec był nieprzejednany: „Pierona, żeby tam bomba jaka rypła, żeby to bezbożnictwo rozwaliła!”, mówił. W tym czasie dużo czytałem, książki wypożyczałem z godowskiej biblioteki. Sięgnąłem po wiele pozycji – m.in. Henryka Sienkiewicza i romantyków. Będąc już aktorem, żartowałem z ojcem, że bicie pasem mi było potrzebne.

Powiedział Pan: oparcie w rodzinie jest ważniejsze od wszystkich innych ról. Jaka była i jest rodzina Franciszka Pieczki?

– Aktorstwo to zwykła praca, jak ją kończyłem, zawsze wracałem do domu, do żony i dzieci. Więzi rodzinne mają wielką siłę. Sprzyja im zatrzymanie, na które szczególnie przed pandemią tak mało było czasu. Mieszkam pod Warszawą w Falenicy z synem i synową oraz wnukami. W tym czasie jeszcze bardziej dziękuję Panu Bogu za rodzinę, za syna oraz wierzącą i bardzo opiekuńczą synową. Mam swój pokój i sypialnię oddzieloną od reszty domu, w którym mieszkam od 1969 roku. Urodził się tu syn Piotr, a córka Ilona przyszła na świat w Krakowie. W sypialni zawsze mam w szafie słodycze, którymi częstuję wnuki. Sam pamiętam, jak kupowaliśmy z rodzeństwem na odpuście szkloki i kopalnioki, wówczas rodzice nas upominali: „Nie róbcie tego rano, po południu będzie taniej”.

Wnuki są dla Pana inspiracją.

– Mamy w domu swoje wspólne rytuały. Staram się codziennie jeszcze przed szkołą robić wnukom herbatę. Wnuki skarżą się, że za dużo w niej miodu, a ja żartuję, że to mój egoizm wychodzi, bo czuję się wówczas potrzebny. Gram też z wnukami w szachy.

Mówił Pan w jednym z wywiadów, że doświadczył kilku cudów. Może się Pan nimi podzielić?

– Zgodnie z górniczą tradycją, w której syn idzie śladami ojca, przez rok pracowałem w kopalni „Barbara-Wyzwolenie”, robiąc przekopy w kamieniu, nawiercając go i wrzucając do wagoników. Jednego dnia jednak górnik przodowy nie zabezpieczył chodnika. Kiedy wrzucałem węgiel do wagonika, ze ściany nagle oderwał się głaz i uderzył mnie w głowę. Miałem skórzany kask, ale upadłem i gdyby kolega w ostatniej chwili mnie nie wyciągnął, zostałbym zmiażdżony. To ocalenie zawdzięczam modlitwie. Mama zawsze mnie uczyła: „Ty se godej: Święty Antoniczku, dej mi na chodniczku”. Kolejnym cudem było poznanie żony. Poznaliśmy się w Warszawie w akademiku „Dziekanka”, gdzie byłem adorować naszą koleżankę z roku. Gdy zgasło światło, poszedłem je naprawić. Przy korkach majstrowała właśnie moja przyszła żona Henryka. Urodziła się we Francji, a jej ojciec też był górnikiem. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Bardzo wiele jej zawdzięczam. Dziś jednak żałuję, że bardzo rzadko mówiłem jej, że ją kocham, choć dawałem jej o tym znać uczynkami. Już po śmierci – zmarła w 2004 roku – przyśniła mi się kilka razy. Chciałem jej wtedy powiedzieć, jak bardzo ją kocham. Powinniśmy sobie mówić, że się kochamy każdego dnia. Czas szybko mija i nie wraca. Bądźmy uważni, co robimy teraz.

Z perspektywy ogromnego życiowego doświadczenia, jak postrzega Pan obecną pandemię?

– Mam nadzieję, że ludzie zmądrzeją po tym doświadczeniu. Zaczną na siebie spoglądać przyjaźniej. Cały czas się spieramy o różne błahostki, a przecież wszystko może się tak szybko skończyć. Z racji wieku i ograniczeń czas ten spędzam w gronie rodziny, która dba, bym nie zachorował. Nie tracę optymizmu i poczucia humoru, choć jestem bombardowany negatywnymi zdarzeniami. Jestem spokojny, spokój daje wiara, wiem, że życie nie kończy się po śmierci. Ostatnio przeczytałem, że z koronawirusa wyleczona została 103-letnia Włoszka. Mam jeszcze 11 lat przed sobą…

Dziękuję za rozmowę. 

Karolina Goździewska