• Poniedziałek, 25 maja 2026

    imieniny: Grzegorza, Urbana, Magdy

Opozycja bez wizji

Wtorek, 7 kwietnia 2020 (20:09)

Ze Stanisławem Ożogiem, senatorem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Sejm przyjął wczoraj ustawę, otwierając drogę do głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich, mimo epidemii. To dobre rozwiązanie?

– Tu nie było dobrego rozwiązania. W tym wypadku zostało wybrane mniejsze zło. Nie lubię tego określenia, ale w związku z sytuacją, jaka ma miejsce w Polsce, w Europie i generalnie na całym świecie, wymusza u ludzi odpowiedzialnych podejmowanie właśnie mniejszego zła, może w jakimś sensie kontrowersyjnego, ale jedynie możliwego do realizacji.

Koniec kadencji Prezydenta RP określa Konstytucja i bez zmiany ustawy zasadniczej nie da się wydłużyć kadencji głowy państwa. Owszem były podejmowane różne próby, można było się porozumieć i większość kwalifikowaną uzyskać, bo żadne z ugrupowań zasiadających w Sejmie nie ma takiej większości konstytucyjnej, która umożliwiłaby dookreślenie istniejących zapisów. Chyba nikt na świecie nie przewidział sytuacji, z jaką będziemy mieć dzisiaj do czynienia i być może dopiero teraz, po tym tragicznym doświadczeniu możliwość działań w tak skrajnych, kryzysowych sytuacjach znajdzie zapis w aktach prawnych w tym również w konstytucjach.

Chyba trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie państwa bez prezydenta…   

– Konstytucja RP określa prerogatywy prezydenta – zarówno prawa, jak i obowiązki. I przy ustroju, jaki określa obecna Konstytucja, nie ma możliwości, żeby państwo polskie funkcjonowało bez prezydenta, bez głowy państwa. Weźmy chociażby proces legislacyjny dotyczący jakiegokolwiek rozwiązania, który określa Konstytucja, i na końcu tej ścieżki jest prezydent, który może złożyć podpis, zawetować, bądź, jeśli ma wątpliwości, ma prawo – przed podpisaniem ustawy – zwrócić się do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o zbadanie jej zgodności z Konstytucją. Dlatego nie wyobrażam sobie funkcjonowania państwa prawa bez prezydenta.

Koalicja Obywatelska domaga się wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, który z mocy prawa przesunąłby termin wyborów prezydenckich…

– Opozycja totalna domaga się wprowadzenia stanu wyjątkowego, a głos zaczyna zabierać Donald Tusk, który od czci i wiary odsądza premiera Viktora Orbána za wprowadzenie stanu wyjątkowego na Węgrzech nazywając go dyktatorem, z kolei Jarosława Kaczyńskiego oskarża, pomawia o to, że nie chce wprowadzić stanu wyjątkowego.

Rozdwojenie jaźni to chyba mało powiedziane. Również z trybuny sejmowej opozycja: Borys Budka, Marcin Kierwiński i inni krzyczą, że stan wyjątkowy, stan klęski żywiołowej to konieczność, tylko zapominają o skutkach chociażby ekonomicznych, gospodarczych takiego działania. Przecież wiadomo, jakie są konsekwencje związane np. z wypłatą odszkodowań wobec podmiotów gospodarczych, zagranicznych, ale nie tylko, nie wspominając już o ograniczeniach praw obywatelskich.

Jest też kwestia jeśli już, to na jaki czas taki stan wyjątkowy czy stan klęski żywiołowej wprowadzić. Ponadto, gdyby taki stan został wprowadzony, to z dużym prawdopodobieństwem należy stwierdzić, że z ust tych samych polityków, którzy dzisiaj do tego zachęcają, pojawiłaby się krytyka i donoszenie do Brukseli, że w Polsce jest autorytarny rząd itd.

Czy zatem opozycja świadomie prze do wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, żeby zawalić budżet państwa, ograniczyć wolności obywatelskie, a potem krzyczeć, że w Polsce jest dyktatura?

– Opozycja totalna w Polsce ma tylko jeden cel, tylko jeden punkt w swoim programie – i to od dawna – pozbawić Prawo i Sprawiedliwość władzy. Każda metoda, każde działanie nieistotne czy uzasadnione, czy nie, ma tylko jeden cel: odsunąć nas od władzy i przejąć rządy w Polsce.

Są nieprzewidywalni, co więcej są w stanie wymyślić wszystko, żeby tylko zrealizować swój główny i jedyny cel. Przy tym Platforma nie ma programu, tak naprawdę nie wie, co zrobi jutro i odbija się od ściany do ściany, przy tym kompromitując się na lewo i prawo, nieprzerwanie szukając wyjścia, furtki, żeby tylko skompromitować, ośmieszyć Naród, kraj, licząc, że w końcu uda się im pozbawić władzy PiS.

Nie wiem jednak, czy zdają sobie sprawę, że przejęcie władzy oznacza wzięcie na siebie odpowiedzialności za państwo i obywateli…, być może zaślepieni celem, aż tak daleko nie patrzą.

Co kombinuje Jarosław Gowin zrzekając się funkcji wicepremiera i ministra nauki i szkolnictwa wyższego, co może oznaczać ten ruch patrząc nieco szerzej?

– Po nieudanych próbach, kiedy jego propozycja ponadpartyjnego porozumienia, dotyczącego zmiany Konstytucji – tak, aby przedłużyć kadencję prezydenta i zorganizować wybory w 2022 r., nie znalazła poparcia, Jarosław Gowin – podając się do dymisji – próbuje wyjść z tej sytuacji z twarzą i się usprawiedliwić.

Jaki zatem był cel działań Gowina?

– Wydaje mi się, że to był plan dość dalekowzroczny, związany z dobrze pojętym własnym interesem. Być może liczył, że przez dwa lata przedłużenia prezydentury Andrzeja Dudy, jakie zaproponował, sam stałby się mężem opatrznościowym, a być może także kandydatem nie tylko na premiera opozycji, ale na prezydenta…?

A być może – w drodze negocjacji – ustalono by, że należy zmienić Konstytucję i ustalić sześcioletnią kadencję Prezydenta RP…? Wydaje mi się, że tym właśnie należałoby tłumaczyć ruchy i działania Jarosława Gowina. Tylko, że ten plan mu nie wyszedł. Zebrał swoich posłów myśląc, że ma ich 18, licząc, że jego siła będzie na tyle znacząca, że prezes Kaczyński i premier Morawiecki, nie mając innego wyjścia i chcąc utrzymać koalicję Zjednoczonej Prawicy, ugną się pod tym dyktatem.

Ale jak widać Jarosław Gowin się przeliczył i nie chodzi mi tutaj o stanowisko Jarosława Kaczyńskiego, tylko o stanowisko swoich 18 posłów, z których zdecydowana większość stwierdziła, że nie pójdą z nim. Efekt jest taki, że zostało przy nim czterech może pięciu parlamentarzystów, a to za mało. Wtedy Jarosław Gowin zaczął się obawiać, że być może znajdzie się kilku posłów z Konfederacji, którzy staną po stronie PiS, a niewykluczone, że PSL może go zastąpić. Na koniec pozostało mu tylko wyjście z twarzą i złożenie dymisji. Natomiast w rządzie na stanowisku wicepremiera zastąpi go minister Jadwiga Emilewicz – podobno wierny uczeń Gowina, ale chyba nie do końca jest to prawda.

Zorganizowanie wyborów korespondencyjnych to duże wyzwanie logistyczne, zwłaszcza w okresie pandemii. Sytuacja jest dość niecodzienna, czy Poczta Polska da sobie radę?

– Owszem, jest to olbrzymie wyzwanie logistyczne i z całą pewnością było to dokładnie analizowane. Dlatego myślę, że projekt ten jest do zrealizowania, co istotne stwarza on warunki bezpieczeństwa Polaków, a to jest najważniejsze.  

Przepisy mówią, że w stanie epidemii Marszałek Sejmu może zarządzić zmianę terminu wyborów. Czy zatem termin 10 maja jest realny, a jak nie to jakie terminy wchodzą w grę, bo Konstytucja też stawia pewne wymogi?

– W tej sytuacji licząc dokładnie, bo przypomnę, że trzeba też wziąć pod uwagę ruch Marszałka Senatu, gdzie większość ma opozycja. Zresztą marszałek Tomasz Grodzki podczas zwołanej dzisiaj konferencji prasowej zapowiedział przedłużenie prac nad ustawą o głosowaniu korespondencyjnym. Można się zatem spodziewać, że 30 dni, jakie ma Senat na procedowanie ustawy zostaną wykorzystane w sposób maksymalny.

Biorąc pod uwagę kalendarz oznacza to, że po odrzuceniu weta Senatu przez Sejm ustawa ta trafi do podpisu prezydenta na chwilę przed ciszą wyborczą. Wtedy mieścimy się jeszcze przed datą 10 maja, ale jest prawdopodobieństwo – taka jest możliwość ustawowa, że ostatnim możliwym terminem konstytucyjnym do przeprowadzenia wyborów prezydenckich będzie 17 maja. I Marszałek Sejmu – w tym wypadku – może zmienić swoje wcześniejsze zarządzenie odnośnie do terminu przeprowadzenia wyborów powszechnych na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Poczekajmy jednak na rozwój wydarzeń.   

Większość Polaków uważa sposób głosowania korespondencyjnego za bezpieczny. Czym zatem jest zabieranie czasu przez większość senacką i marszałka Grodzkiego?

– Ego marszałka Tomasza Grodzkiego jest tak duże, że trudno przewidzieć, co może zrobić. Dla mnie, po uchwaleniu wczoraj przez Sejm ustawy było jasne, że jako senator RP dzisiaj będę w Warszawie, że jeszcze dzisiaj rozpoczną się prace, że zaczną obradować komisje senackie, a w środę odbędzie się posiedzenie plenarne Senatu, po czym wszyscy się rozjadą na Święta Zmartwychwstania Pańskiego do swoich rodzinnych domów.

Wiadomo bowiem, że w odróżnieniu od Sejmu Senat nie może pracować czy głosować zdalnie, bo marszałek Grodzki nie dopuścił pod obrady wniosku PiS odnośnie do dopuszczenia możliwości debaty on-line. Tak czy inaczej Senat musi się spotkać w sposób tradycyjny w budynku Sejmu i podjąć debatę dotyczącą tej, ale także innych ustaw, które na ostatnim posiedzeniu przyjął Sejm.

Kiedy się to stanie?

– Podejrzewam, że nie szybko. Dla mnie taka obstrukcja marszałka Grodzkiego i udawanie, że potrzebne są szerokie konsultacje z udziałem ekspertów itd., jest działaniem wbrew interesowi Polski i Polaków.

            Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki