• Poniedziałek, 25 maja 2026

    imieniny: Grzegorza, Urbana, Magdy

Kryzys obnaża miałkość polityków

Piątek, 3 kwietnia 2020 (10:10)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Sejm ma się zająć projektem ustawy autorstwa PiS ws. szczególnych zasad przeprowadzania głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich zarządzonych w 2020 rok. Pana zdaniem to dobry pomysł?

– Na obecnym etapie to jest element pewnej gry politycznej, ponieważ gdyby wybory korespondencyjne mogły się odbyć musi na to zareagować Senat. Natomiast w Senacie – jak wiemy – większość ma opozycja i nic nie wskazuje żeby, w przypadku uchwalenia ustawy przez Sejm, również w szybkim terminie zostało zwołane posiedzenie Senatu tak, aby senatorowie zajęli się tym tematem. Już nie raz Senat obecnej kadencji udowodnił, że zamrażarka i ustawowe 30 dni na rozpatrzenie i ustosunkowanie się do danej ustawy mogą być wykorzystywane.

Można się zatem spodziewać, że i tym razem ten maksymalny termin zostanie wykorzystany. Jeśli Senat nie rozpatrzy w szybkim trybie ustawy, w efekcie odrzucając ją, to wtedy, po przekazaniu do Sejmu, który ma ostateczny głos oraz podpisaniu przez prezydenta, będzie mało czasu na wprowadzenie nowego prawa w życie. Jak zatem widać cały ten proces jest w pewnej dynamice i czas pokaże jaki będzie tego finał.

Dlaczego Prawu i Sprawiedliwości tak bardzo zależy na majowym terminie wyborów?

– Totalna opozycja krzyczy, że jeśli wybory w obecnych okolicznościach pandemii koronawirusa odbędą się w maju, to partia rządząca będzie miała krew na rękach. PiS chce stworzyć możliwość głosowania korespondencyjnego sugerując, że to opozycji nie zależy na bezpiecznym przeprowadzeniu wyborów. Jeśli bowiem opozycja będzie przedłużała zwołanie obrad Senatu i procedowanie procesu legislacyjnego dotyczącego przeprowadzania głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich, to w jakimś sensie na niej to będzie ciążyć.

Natomiast to, czy wybory prezydenckie odbędą się w przewidzianym terminie 10 maja, to jak sądzę jest za wcześnie, żeby o tym wyrokować, bo jeszcze różne czynniki mogą mieć na to wpływ. Póki co mamy stan epidemii w Polsce i sytuacja w najbliższych tygodniach rozstrzygnie, czy będzie, czy też nie będzie konieczności wprowadzenia stanu wyjątkowego.

Karty odkrył Grzegorz Schetyna mówiąc, że odsunięcie w czasie wyborów dałoby Platformie możliwość zmiany kandydata, z drugiej strony głos zabiera Donald Tusk, który domaga się wprowadzenia w Polsce stanu wyjątkowego. Czy odroczony termin wyborów nie ma być po to żeby to właśnie Tusk zastąpił Kidawę-Błońską?     

– Oczywiście istnieje taka możliwość – chociaż interpretacyjnie wówczas też jesteśmy niejako w klinczu. Jedni bowiem twierdzą, że nawet po przesunięciu terminu wyborów prezydenckich powinni startować ci sami kandydaci, co dotychczas, inni natomiast uważają, że wszystko zaczyna się od nowa. Zatem, znając polską scenę polityczną, kolejny spór, jak to interpretować, byłby gotowy.

Zresztą Donald Tusk jest niespójny w swoim przekazie, bo z jednej strony zarzuca premierowi Węgier Viktorowi Orbanowi łamanie praw człowieka, działanie poza prawem europejskim, a z drugiej strony chce wprowadzenia stanu wyjątkowego w Polsce. To dosyć schizofreniczna postawa obecnego przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej.

Jeśli zaś chodzi o Platformę, to jest to formacja w gigantycznym kryzysie. Wystawiła tak fatalnego kandydata na prezydenta, że bez przesunięcia terminu wyborów mogą uzyskać gorszy wynik niż PSL, co dla tej formacji jest niezwykle niewygodne, wręcz upokarzające. Dlatego też robią wszystko, żeby majowe wybory przesunąć w czasie, wtedy będą mieć jakieś pole manewru. Choć to też może rozpętać wewnętrzną wojnę, bo nie ulega wątpliwości, że nowy szef Platformy – Borys Budka razem z Małgorzatą Kidawą-Błońską całkowicie zepsuł kampanię, więc do gardeł mogą się im rzucić nowe stare siły i niewykluczone, że Grzegorz Schetyna będzie chciał rozegrać tę partię politycznych szachów dla siebie.

Czy PiS mimo wszystko nie popełnił taktycznego błędu upierając się przy majowym terminie wyborów?

– Platformie nie dlatego zależy na przesunięciu terminu wyborów, że jest totalnie przeciwko PiS-owi, tylko dlatego, że jest to dla nich niekorzystne. I do maja ta tendencja na niekorzyść Platformy się raczej już nie odwróci. Natomiast jeśli wybory zostałyby przesunięte o ładnych parę miesięcy, to zapewne zaczną się perturbacje związane z kryzysem gospodarczym, co w związku z pandemią koronawirusa jest nieuniknione.

I Platforma liczy na to, że wtedy oskarży PiS, że podjęte działania antykryzysowe były niewystarczające, i wokół tego będzie chciało zbudować czy skoncentrować swoją kampanię. Póki, co nie mają żadnego innego tematu poza wpadkami własnej kandydatki, natomiast nie są w stanie się wbić w kwestie związane z walką z epidemią koronawirusa, bo PiS na tym polu absolutnie dominuje odbierając im jakiekolwiek argumenty. W tej sytuacji robią wszystko żeby odwołać majowy termin wyborów.

Z kolei PiS wykonując ruch związany z realizacją majowego terminu wyborów w formie korespondencyjnej ma czas. Stan wyjątkowy zawsze można wprowadzić, w każdej chwili zważając na to jak będzie się rozszerzać epidemia koronawirusa, bo to, że tak będzie nie ulega wątpliwości. Natomiast, że zmieni się, czy zmodyfikuje niektóre przepisy Kodeksu wyborczego, to nie oznacza, że się wyklucza wprowadzenie stanu wyjątkowego.  

Zakładając przesunięcie terminu wyborów i pogorszenie sytuacji gospodarczej czy ekonomicznej – w końcu nie z winy rządu, kto jest w stanie uwierzyć, że to Platforma będzie lekiem na całe zło?

– Opozycja totalna liczy na krótką pamięć Polaków, to po pierwsze. Po drugie, musieliby zmienić kandydata na prezydenta, bo przy Małgorzacie Kidawie-Błońskiej nie mają szans. Musieliby zatem wziąć kogoś innego, bardziej sprawnego polityka, licząc na to, że emocje ludzkie podlegają szybkim zmianom. Przypomnę tylko, że Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL-em w wyborach do Parlamentu Europejskiego szedł pod szyldem „tęczowej koalicji” i firmował różne wybryki Platformy związane z LGBT, a kilka miesięcy później zmienił front i razem z Pawłem Kukizem – jako Koalicja Polska wszedł jakoś do Sejmu.

Zatem politycy liczą, że emocje, którymi ludzie będą żyć za jakiś czas związane np. z utratą pracy na skutek kryzysu, że to da im jakieś odbicie. Czy taki wariant byłby, czy okaże się skuteczny tego oczywiście nie wiemy, ale to, co dzisiaj wyprawia totalna opozycja dyskwalifikuje ich na obecną chwilę zupełnie, to są działania wręcz samobójcze z politycznego punktu widzenia.     

W innych krajach w obliczu pandemii koronawirusa opozycja stara się współpracować z rządem dla dobra obywateli, ale nie w Polsce. Jak to tłumaczyć?

– Opozycja w Polsce zdefiniowała się już czas jakiś temu, jako opozycja totalna. PiS podjął próbę przerwania układu pookrągłostołowego, co wiązało się z naruszeniem różnych interesów biznesowych oraz biznesowo-politycznych. Strategia obrońców dawnego układu obejmowała zatem, aby być opozycją totalną oraz zawiesić się na Brukseli i liczyć na interwencję Komisji Europejskiej.

Ta strategia zawiodła, bo w momencie epidemii koronawirusa elektoraty, w ogóle wyborcy, oczekują solidarności wszystkich sił politycznych oraz zgodnego działania. Tymczasem totalna opozycja znalazła się w pułapce, bo jak przy totalnym sprzeciwie wobec rządu można zgodnie działać. Ponadto, poddanie się, czy też zawieszenie się na Brukseli okazało się strzałem w stopę, bo w momencie obecnego kryzysu Unia Europejska popełniła całą masę błędów, jak chociażby wyrok Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu w sprawie imigrantów wydany w szczycie pandemii koronawirusa.

Przyjmować imigrantów w obliczu pandemii, nie mając pewności, co ci ludzie ze sobą przynoszą, to nonsens. Ponadto prawo złamała kanclerz Angela Merkel, otwierając granice Europy dla imigrantów muzułmańskich, a nie Polska czy Węgry. Frans Timmermans ogłosił, że cel energetyczny związany z bezemisyjną gospodarką wyznaczony przez Brukselę do 2030 roku, pozostaje niezmienny, czyli zamiast ulżyć gospodarkom pogrążonym coraz bardziej w kryzysie, chce jeszcze bardziej dociskać.

I to jest odpowiedź Brukseli na problemy, którymi dzisiaj żyją ludzie. Tak czy inaczej, Platforma zawiesiła się po pierwsze na swojej totalności, podczas gdy w okresie pandemii ludzie oczekują współdziałania, a po drugie na Unii Europejskiej, która w sytuacji realnego zagrożenia jest absolutnym, wizerunkowym bankrutem. Nic dziwnego, że Platforma jest w kropce, dlatego potrzebuje czasu żeby przynajmniej spróbować odwrócić swoje notowania, a przynajmniej, żeby mieć inną twarz niż Małgorzata Kidawa-Błońska, dla której kandydowanie jest tak przykrym wydarzeniem, że jej jedynym marzeniem jest, aby się to wszystko skończyło, o prezydenturze nawet nie ma mowy.

Skoro dotknął Pan Brukseli, to wszystko wskazuje, że w najbliższych tygodniach wróci temat praworządności w Polsce i na Węgrzech…    

Próby wchodzenia w taką narrację świadczą tylko, że Bruksela, jej obecne unijne elity, nie dorosły do swoje roli. Myślę, że odpowiedzią Polski powinno być tutaj wysłanie apelu o dostarczenie maseczek i respiratorów, i to byłaby racjonalna odpowiedź na próby politykowania, gdy świat walczy z ogromnym zagrożeniem. To też pokazuje, że elity brukselskie żyją w kompletnej utopii, są kompletnie oderwani od rzeczywistości i ludzkich problemów, a żyją w kokonie w sposób pasożytniczy funkcjonując w przestrzeni europejskiej. Zamiast pomagać państwom członkowskim będą próbować te państwa jeszcze bardziej dołować, będą te kraje atakować. I w tym względzie – jak widać – nic się nie zmieniło. Jest niemiecka Europa i wszyscy inni mają się podporządkować mimo tego, że kryzys zagląda w oczy coraz mocniej.

                  Dziękuję za rozmowę.  

 

Mariusz Kamieniecki