Z życia do Życia
Czwartek, 2 kwietnia 2020 (10:52)Tego dnia nie zapomnę nigdy. Był to 2 kwietnia 2005 roku – wigilia Święta Miłosierdzia Bożego, które ustanowił Jan Paweł II. Gdy po południu przyszedłem na plac św. Piotra, były już tam dziesiątki tysięcy ludzi.
Patrząc na nich wiedziałem, że na ostatnim piętrze Pałacu Apostolskiego, z dala od telewizyjnych kamer, Ojca Świętego żegnali najbliżsi. Ksiądz kard. Mario Francesco Pompedda, który był wśród nich, wyznał: „Uderzyło mnie piękno jego spojrzenia. W jego oczach był uśmiech. Nie było w nich żadnej oznaki cierpienia, chociaż Papież z trudem oddychał…”. W Godzinie Miłosierdzia bardzo słabym głosem wyszeptał po polsku: „Pozwólcie mi odejść do domu Ojca…”.
Tymczasem zamknięta monumentalną fasadą bazyliki i dwoma skrzydłami kolumnady Berniniego przestrzeń placu św. Piotra coraz bardziej się zapełniała. Niezwykle wstrząsający był widok tysięcy osób wpatrzonych w okna papieskiego apartamentu. W tym ogromnym tłumie nie sposób było nie zauważyć osób, które ze łzami w oczach przesuwały w dłoniach paciorki różańca…
Najbardziej niezwykłą grupę stanowili młodzi. Choć wszyscy oni zdawali sobie sprawę, że Papież z Polski stoi na progu śmierci, atmosfera daleka była od smutku. Raz po raz wybuchała burza oklasków. Tworząc jakby wielki chór miłości, młodzi śpiewali piosenki i wznosili okrzyki na cześć Jana Pawła II. Musiał słyszeć to wszystko…
W ostatnich miesiącach wiele razy podkreślał, jak bardzo chciałby pojechać w sierpniu do Kolonii, na Światowe Dni Młodzieży. Boży plan był jednak inny. Dlatego sami młodzi zorganizowali na placu św. Piotra – jak napisał dziennik „L’Osservatore Romano” – „niespodziewany Dzień Młodzieży”. Przez niemal dwadzieścia siedem lat Jan Paweł II wychodził im naprzeciw. Teraz przyszli do niego.
Atmosfera miała w sobie coś z niezwykłego misterium, które w poruszający sposób połączyło wiernych z cierpiącym Janem Pawłem II. Do umysłów wszystkich coraz bardziej docierała myśl, że to ostatnie godziny Papieża z Polski, choć do tej pory zdawało się, że ten człowiek o tak silnym organizmie, zawsze pozostający w służbie życia, nigdy się nie podda…
Nadszedł wieczór. Rozpoczynając na placu św. Piotra nabożeństwo różańcowe, ks. kard. Edmund Szoka poprosił zgromadzonych wiernych, by swoją modlitwą wsparli Ojca Świętego w jego „ostatniej podróży”. Całe to wielkie zgromadzenie wyciszyło się w modlitwie, ze spokojem oczekując na wypełnienie woli Boga…
W tym samym czasie przy łóżku umierającego Biskupa Rzymu rozpoczęła się Msza św. z uroczystości Miłosierdzia Bożego. Koncelebrowali ją najbliżsi jego współpracownicy. Przy niepozornym ołtarzu zgromadziły się posługujące w papieskich apartamentach siostry zakonne, personel medyczny i kilkoro papieskich przyjaciół. Pod koniec Eucharystii monitor zaczął wskazywać na gasnące funkcje życiowe. O godzinie 21.37 Jan Paweł II odszedł do Domu Ojca. Zgromadzeni przy papieskim łóżku zaintonowali „Te Deum” – hymn dziękczynienia i chwały.
„Ojciec Święty umierał jak Chrystus na krzyżu” – stwierdzi doktor Renato Buzzonetti. W wypowiedzi opublikowanej na łamach gazety „La Repubblica” osobisty lekarz Jana Pawła II porówna ostatnie chwile życia Papieża z Polski do męki Chrystusa. „Widziałem, jak cierpiał. To był obraz ukrzyżowanego Chrystusa” – powiedział dr Buzzonetti. „Jego ciało było odbiciem Męki, tym wyraźniejszym po Wielkanocy, w której Ojciec Święty pragnął uczestniczyć mimo dręczącej go coraz bardziej z każdym dniem choroby. Lecz Papież znosił ją z pogodą ducha, powiedziałbym wręcz – z ojcowską czułością i zawsze z wdzięcznością wobec tych, którzy byli przy jego łożu” – dodał papieski lekarz.
Na placu św. Piotra dobiegała końca modlitwa różańcowa, w której uczestniczyło ponad sto tysięcy osób, gdy w pokoju, w którym przebywał Papież, zabłysło światło… Po odśpiewaniu „Litanii loretańskiej” rozległ się śpiew „Salve Regina”. Po nim do mikrofonu podszedł ks. abp Leonardo Sandri i wzruszonym, ale spokojnym głosem oznajmił: „Najdrożsi bracia i siostry, o 21.37 nasz ukochany Ojciec Święty wrócił do Domu Ojca. Módlmy się za niego…”. Placem wstrząsnęła burza oklasków, w których echu jakby zabrzmiały raz jeszcze papieskie słowa wypowiedziane podczas inauguracji pontyfikatu: „Nie lękajcie się!”. Po nich zapadła głęboka i przejmująca cisza. Otoczone kolumnadą Berniniego rzesze ludzi jakby zamarły w bezruchu. Trudno opisać tak wielkie zgromadzenie stojące w absolutnej ciszy. Wrażenie było wstrząsające.
W chwili, gdy rozdzwoniły się oznajmiające śmierć Papieża watykańskie dzwony, w rozświetlonych oknach papieskiej biblioteki pojawił się zarys krzyża. Na placu ks. abp Renato Boccardo rozpoczął kolejną modlitwę. Ale nie części bolesnych, lecz chwalebnych, począwszy od tajemnicy Zmartwychwstania. Po kilkudziesięciu minutach zabrzmiał śpiew Alleluja – pieśń zwycięstwa nad śmiercią.
„Każdy, kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki” – mówił Chrystus (J 11,25). Jan Paweł II nie umarł, lecz przeszedł z życia do Życia. I „możemy być pewni, że nasz ukochany Papież stoi teraz w oknie Domu Ojca, patrzy na nas i nam błogosławi” (ks. kard. J. Ratzinger).
Sebastian Karczewski