• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Proces w sprawie masakry na Wybrzeżu nadaje się na książkę

Środa, 23 stycznia 2013 (13:48)

Z prof. Antonim Dudkiem, wiceprzewodniczącym Rady Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Jacek Dytkowski

Dziś przed Sądem Okręgowym w Warszawie są odczytywane mowy końcowe w procesie dotyczącym masakry robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku. Dlaczego tak dużo ludzi wtedy zginęło?

– Powodem tych tragicznych wydarzeń była przeforsowana przez Władysława Gomułkę, ówczesnego I sekretarza KC PZPR – w bardzo niefortunnym momencie, przed świętami Bożego Narodzenia – duża podwyżka cen żywności. Dotyczyło to przede wszystkim mięsa i jego przetworów. Z uwagi na panującą w tamtych czasach biedę decyzja wywołała zrozumiałe niezadowolenie, zwłaszcza w Trójmieście i Szczecinie. Robotnicy Stoczni Gdańskiej im. Lenina wyszli z zakładu i pomaszerowali pod Komitet Wojewódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Spotkali się tam z niezrozumieniem. Gomułka nie był skłonny do podejmowania jakichkolwiek rozmów i uznał to za kontrrewolucję. Skierował przeciwko protestującym milicję. Pierwszego dnia [14 grudnia – przyp. red.] zaczęły się bijatyki na mieście. Natomiast drugiego okazało się, że niezadowolonych jest jeszcze więcej. Ludzie ponownie udali się pod Komitet Wojewódzki. Tym razem został on opanowany i podpalony.

Reakcja władz komunistycznych była gwałtowna…

– Od tej chwili rozpoczęły się starcia na dużą skalę. Zaczęto ściągać wojsko, ponieważ milicja nie była już w stanie sobie poradzić. Ciąg kolejnych wydarzeń rozprzestrzenił się następnie m.in. na Gdynię. Początkowo było tam spokojnie, bez żadnych demonstracji ulicznych. Sytuacja uległa zmianie, kiedy władze zaaresztowały miejski komitet strajkowy obradujący w Domu Kultury. Wtedy zaczęły się demonstracje uliczne. Równie gwałtowny przebieg miały wydarzenia w Szczecinie, chociaż najczarniejszy scenariusz dotyczył Gdyni. Chodzi o tzw. czarny czwartek, 17 grudnia. Tragiczne wydarzenia wzięły swój początek z apelu telewizyjnego wicepremiera Stanisława Kociołka do stoczniowców, żeby wracali do pracy. Chodziło o Stocznię Gdyńską. Do wracających do zakładu pracy ludzi otworzono ogień. Doszło do tego, ponieważ inny z „wysłanników” Gomułki – najważniejszy na Wybrzeżu, jego prawa ręka – Zenon Kliszko, zarządził blokadę stoczni. Nakazał też otworzyć ogień do tych, którzy będą się zbliżali. Do dziś trwa spór, czy była to pułapka zastawiona na ludzi z premedytacją, czy raczej był to chaos decyzyjny. W każdym razie rzeczywiście wtedy zabito w ciągu krótkiego czasu kilkanaście osób. Było to najbardziej dramatyczne z ówczesnych wydarzeń. W sumie na Wybrzeżu zginęło od 40 do 44 osób, ponieważ mówi się też o przypadkach samobójstw, ale nie jest to do końca jasne.

Jakie były następstwa tych wydarzeń?

– Skończyło się na tym, że w kierownictwie PZPR zawiązano spisek przeciwko Gomułce, który doprowadził do jego obalenia. Zbiegło się to z jego chorobą. Gomułka, będąc w potężnym stresie, nie był w stanie bronić swoich pozycji. Przy wsparciu Moskwy, która też była zainteresowana uspokojeniem sytuacji i pozbyciem się dotychczasowego I sekretarza, który był zbyt niezależny w różnych sprawach od Kremla, wylansowano Edwarda Gierka. Okazał się on na tyle przekonujący dla ludzi, że zakończyły się protesty.

Proces w sprawie masakry na Wybrzeżu toczy się dość długo…

– To jest proces, któremu powinna być poświęcona książka. Nie tyle drugiemu, rozpoczętemu w 2011 r., co pierwszemu, trwającemu ponad 10 lat [2001-2011 r.]. Ten skończył się na niczym, ponieważ „wykruszył się” prowadzący go zespół sędziowski. Jestem natomiast zaskoczony, że ten drugi proces udało się tak szybko przeprowadzić. Cieszę się, bo nie sądziłem, żeby kiedykolwiek zapadły wyroki w tej sprawie. Dobrze by było, gdyby sąd ocenił jednak rolę poszczególnych osób. Przede wszystkim chodzi o ówczesnego wicepremiera Stanisława Kociołka, ponieważ z mocno „wykruszonej” już ławy oskarżonych – wyłączony został z niej ze względów zdrowotnych m.in. Wojciech Jaruzelski, były szef obrony narodowej – był on osobą, która rzeczywiście odegrała wtedy istotną rolę na Wybrzeżu. Była jeszcze grupa wojskowych [dowódcy wojska – Mirosław W. i Bolesław F. – przyp. red.], którzy jednak wykonywali rozkazy. Natomiast bardziej interesuje mnie grupa tych, którzy je wydawali. Są to Gomułka i Kliszko, którzy dawno nie żyją. Dobrze byłoby jednak, żeby sąd ocenił Kociołka, bo on znajdował się w tej grupie decydentów. Nie był na pewno postacią główną, ponieważ osobistą dyktaturę sprawował Gomułka. Natomiast pozostali  ludzie mogli odmówić wykonania poleceń. Decydował jednak I sekretarz.

Dziękuję za rozmowę.

Jacek Dytkowski