Mamy szansę wyjść silniejsi
Niedziela, 22 marca 2020 (12:17)Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Koronawirus paraliżuje światowe giełdy, mówi się o globalnej recesji. Czy pakiet pomocowy dla firm może uchronić polski rynek, polską gospodarkę?
– Istotne, pocieszające w całej tej trudnej sytuacji jest to, że polska gospodarka przed wystąpieniem epidemii koronawirusa była w dobrej kondycji i całkiem dobrze się trzymała. Mieliśmy też dobrą sytuację finansową. Nie jest zatem tak, że z dnia na dzień nagle wszyscy zaczniemy odczuwać problemy gospodarcze, które – owszem – pojawią się. Mówiąc obrazowo, mamy z czego popuszczać, przy czym nie wszyscy nasi sąsiedzi w Europie są w tak korzystnej sytuacji. Warto też pamiętać, że giełdy to są cyfry, a życie to są ludzie, którzy już – tu i teraz – odczuwają skutki pandemii. Weźmy chociażby branże hotelarzy, restauratorów, firm transportowych i wiele innych sektorów, które już teraz nie mają pieniędzy. Jeśli bowiem zamarła branża turystyczna, jeśli pozostajemy w domach, nie korzystamy z usług, nie robimy zakupów tak jak wcześniej, to chcąc nie chcąc wystarczy tydzień takiego zastoju, ograniczenia, aby wspomniane branże – zwłaszcza hotelarze czy restauratorzy – poczuły wymierne skutki negatywne. Nie da się nalać z pustego, a przy zerowych wpływach utrzymanie kadry pracowniczej i zespołu ludzi jest niemożliwe. Stąd dla prowadzących działalność gospodarczą jest to z pewnością poważny cios.
Ale mimo wszystko czy mówienie już teraz o recesji nie jest na wyrost?
– Na obecnym etapie sytuację można porównać do jazdy pociągiem, gdzie nagle ktoś musiał zerwać hamulec bezpieczeństwa i wszyscy, nieprzygotowani na to, zaczynają się przewracać i w efekcie wychodzą z tego poobijani. I podobnie jest z sytuacją w okresie epidemii, kiedy ludzie – zwłaszcza na umowach śmieciowych – tracą pracę, wielu trafia na przymusowe urlopy – na początek zaległe czy bieżące płatne, część jest na zwolnieniach lekarskich. Jak widać, to gwałtowne hamowanie gospodarki na razie nas poturbowało. Słyszymy pisk hamulców maszyny, której na imię państwo polskie. Proszę też pamiętać, że Produkt Krajowy Brutto rośnie tylko wtedy, kiedy pracujemy, a nie siedzimy w domu; PKB to są te pieniądze, które krążą w obrębie gospodarki – wewnątrz, ale też na zewnątrz. Jesteśmy też częścią gospodarki globalnej, i odczuwamy też wszystko, co złego dzieje się u naszych sąsiadów, partnerów. Ale mimo wszystko – na obecnym etapie – nie nazywałbym tego stanu recesją, choć z całą pewnością jesteśmy w fazie gwałtownego hamowania.
Tylko czy to gwałtowne szarpnięcie, które potrwa przynajmniej do świąt Wielkiejnocy, zakończy się recesją?
– Tego na razie nie wiemy. Owszem, takie zagrożenie istnieje, ale jest też drugi wariant – optymistyczny, mianowicie szansa na pojawienie się czynników stopniowego uwalniania tego hamulca spowalniającego gospodarkę, co uchroni nas przed zatrzymaniem się polskiej gospodarki. Są dwa warianty podejścia do tego problemu, dramatu zdrowotnego. Trudno bowiem nie mówić o gospodarce w oderwaniu od dramatu i zagrożenia życia, od nieszczęścia ludzkiego związanego z epidemią koronawirusa. Pierwsza szkoła mówi: zamknąć się na miesiąc czy dwa, przetrzymać, przeczekać, przecierpieć, przemęczyć się i nie dając pożywki, okazji do nowych zakażeń, „zagłodzić” wirusa. Jest też druga szkoła, która mówi, że pewna grupa musi umrzeć, że trzeba ponieść to ryzyko i to wyrobi wśród populacji naturalną odporność, tak jak mamy odporność na inne wirusy, które z nami były, są i będą. Jest pytanie, która z tych szkół jest słuszna… Tego nie wiem, bo nie jestem lekarzem, wirusologiem, ale jedno wiem na pewno: w każdym z tych wariantów będą ofiary, będą ludzkie dramaty tych, którzy będą od nas odchodzić.
Tyle że ta druga szkoła, którą przyjął premier Boris Johnson, może przynieść dużo ofiar…
– Zgadza się. Co więcej, podobno taką samą szkołę reprezentują Szwedzi, u których widać, że życie ludzkie też nie jest w cenie. Te dwie szkoły, te dwa modele społeczno-gospodarcze, które się wyodrębniły w wojnie z koronawirusem, są realizowane w praktyce. Przykład Tajwanu, który zastosował wielką blokadę, wielką dyscyplinę wewnętrzną, pokazuje, że taki rygor przynosi efekty. Z drugiej strony mamy model, który mówi, że odporność na koronawirusa jest do wypracowania, że trzeba ją zbudować, co dzisiaj przerabiają Włosi, Hiszpania czy Iran, a wkrótce najprawdopodobniej przerabiać będzie Wielka Brytania – być może w jeszcze bardziej dramatyczny sposób. Można też usłyszeć, co mówią ludzie – a mianowicie, że co jakiś czas ludzkość dotyka pewien globalny kryzys: czy to zdrowotny – jak to było choćby z pandemią grypy hiszpanki czy czarnej ospy, czy to militarny. I te fazy były, są i będą. Warto też pamiętać, że po takiej fazie nieszczęść przychodzi faza odrodzenia – także w dziedzinie gospodarczej. Obecnie wobec pandemii koronawirusa mamy dwie szkoły – pierwsza: humanitarna, ludzka, mająca na względzie dobro i poszanowanie życia każdego człowieka, oraz druga: mówiąca, że człowiek to tylko statystyka, że są rzeczy, które są nieuniknione, że trzeba się z tym pogodzić – to szkoła nieszanująca życia ludzkiego, któremu przecież należy się szacunek od poczęcia do naturalnej śmierci. Wiem jedno: przed nami ważne wydarzenie światowe, ważny sprawdzian. Na razie – jako Polska – jesteśmy u progu tego wydarzenia i nie wiemy, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie piętno odciśnie ono na nas jako państwie, na gospodarce i na nas jako wspólnocie narodowej. Są opinie specjalistów, które mówią, że efekty koronawirusa będziemy odczuwać nie przez tygodnie, miesiące, ale przez lata. Pozostaje nam uzbroić się w cierpliwość, zastosować się do apeli władz i służb epidemiologicznych. Bądźmy mądrzy i wyciągnijmy wnioski z lekcji, jaką przeszli chociażby Włosi.
Jakie w tej sytuacji są najważniejsze zadania dla polskiego rządu na dziś?
– Rząd musi pamiętać, że bez obywateli jego byt nie ma sensu. Mieszkańcy, obywatele Polski, są kwintesencją państwa, a zatem trzeba chronić obywateli, trzeba chronić naszych rodaków, bo po każdym doświadczeniu, żeby coś odbudować, to trzeba specjalistów. Podobnie żeby leczyć, potrzeba lekarzy. Wychodząc niejako naprzeciw zwolennikom wspomnianej już drugiej teorii: owszem, możemy przetrwać tę plagę, tylko co jeśli na skutek braku reakcji wymrze starsze pokolenie, a uchowają się dzieci, młodzież, generalnie ludzie młodzi – bez doświadczenia, wiedzy i umiejętności? I to należy wziąć pod uwagę. W każdym społeczeństwie są potrzebni ludzie w różnym wieku: począwszy od dzieci po ludzi starszych – seniorów. Nie ma osób niepotrzebnych. Dlatego na obecnym etapie warto sobie uzmysłowić, że dyskusja o rachunku ekonomicznym nie ma większego sensu, bo w tych kategoriach nie można przecież wycenić życia ludzkiego, które jest bezcenne.
Jest teraz okazja do odnowienia i zacieśnienia relacji w rodzinie…
– Tak, dlatego na to zjawisko koronawirusa trzeba spojrzeć bardzo szeroko, bo to nie jest tylko problem zdrowotny, choć ze zrozumiałych względów głównie na tym się skupiamy; to nie tylko problem emerytalny, ale jest to też problem społeczny. Może się bowiem okazać, że z tej narodowej próby wiele rodzin wyjdzie silniejszych, mocniejszych, ale z drugiej strony część rodzin może tej próby nie wytrzymać. Dlatego w związku z pandemią koronawirusa przed nami jeden wielki egzamin: dla nas, dla naszych najbliższych, dla naszych rodzin. I warto mieć tego świadomość. Dlatego spróbujmy ten czas przeżyć jak najpiękniej, bo to może procentować w przyszłości.
Znajomy kapłan określił obecny czas mianem globalnych rekolekcji…
– Bardzo trafne określenie. Dla nas, ludzi wierzących, jest jedna prawda, mianowicie, że wszyscy jesteśmy w rękach Boga, który zawsze jest z nami. I przed nami właśnie czas, kiedy wszystkie nasze marzenia, aspiracje czy plany – w obliczu zagrożenia – nie mają żadnego znaczenia. Mamy okazję, żeby sobie uzmysłowić, że tak naprawdę szukaliśmy nie wiadomo czego, pracowaliśmy po kilkanaście godzin dziennie, nie mieliśmy czasu na zacieśnienie więzi rodzinnych i w tych okolicznościach nagle pojawił się wirus, który w krótkim czasie zdestabilizował całe nasze życie, uświadamiając nam, że to wszystko, za czym biegaliśmy, właściwie nie ma znaczenia. Co ciekawe, to doświadczenie koronawirusa zbiegło się z Wielkim Postem, co powinno nam dodatkowo uzmysłowić, że przed nami dni wielkiej próby i egzaminu z człowieczeństwa, z podejścia do drugiego człowieka – jego cierpienia, a także podejścia do wartości. Jeśli ten egzamin zdamy, to będzie to z korzyścią dla nas, dla naszych najbliższych i dla całej naszej narodowej wspólnoty.