• Wtorek, 26 maja 2026

    imieniny: Eweliny, Filipa, Pauliny

Popełniono szereg błędów

Poniedziałek, 9 marca 2020 (19:55)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą na KUL i w WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Sytuacja na grecko-tureckiej granicy jest coraz bardziej napięta. Czy nad Europą zawisła kolejna groźba kryzysu migracyjnego?

– Nie inaczej. Nieprzypadkowo Turcja zwozi imigrantów na pogranicze z Grecją i pozwala im napierać na granicę z Grecją żeby nie spodziewała się, że może to wywołać kolejny kryzys migracyjny. Pytanie jest jak to się dalej może potoczyć, jak to się rozwinie?

Turcja szantażuje Unię Europejską, ale w czyim interesie działa Recep Tayyip Erdogan, czy tylko we własnym, czy też w interesie Rosji, której zależy na destabilizacji Europy…?

– Prezydent Erdogan działa przede wszystkim w dobrze pojętym własnym interesie i nawet jeśli jego interes – w jakiejś mierze – pokrywa się z interesem Kremla, to może to być skutek, ale nie intencja czy zamierzenie. Prezydent Recep Tayyip Erdogan dokładnie zdaje sobie sprawę z geostrategicznej roli Turcji chociażby ze względu na położenie. Wie też jak Unia Europejska pięć lat temu zupełnie absurdalnie reagowała na kryzys migracyjny  polityką otwartych drzwi. Zdaje też sobie sprawę jakie wstrząsy ta bezrefleksyjna polityka wywołała w różnych krajach, jak zmieniła się i wciąż zmienia scena polityczna w Europie, ma też świadomość, że presja jaką wywołuje jest skuteczna, więc dalej prowadzi swoją politykę. A że to może być w interesie Rosji, to dla niego nie ma znaczenia. Erdogan w tym rejonie świata prowadzi swoją niezależną politykę balansując między Moskwą a zachodem.  

Jeśli Erdogan – jak zapowiada – wyśle do Europy 4 miliony imigrantów, to czym to grozi?

– Z całą pewnością istnieje zagrożenie kolejnymi wstrząsami. Przecież tak do końca nie wiemy kim są ci ludzie, którzy chcą się dostać do Europy. Są głosy, że część z nich została wypuszczona z więzień, że są to dżihadyści czego do końca nie wiemy.

Statystyki mówią, że większość zatrzymanych na greckiej granicy z Turcją to Afgańczycy – 64 proc., 19 proc. z Pakistanu, 5 proc. z Turcji, a jedynie 4  procent pochodzi z Syrii…

– Wcześniej – mam na myśli okres sprzed pięciu lat – wyglądało to bardzo podobnie. To tylko pokazuje, że do Europy zmierza fala imigrantów ekonomicznych, a nie uchodźców. Oprócz tego z jakich są oni krajów jest jeszcze pytanie o ich nastawienie ideologiczne – przynajmniej części tych ludzi. Istnieje bowiem zagrożenie, że z chwilą przedostania się ich w głąb Europy mielibyśmy do czynienia z nową falą zamachów terrorystycznych. Tego nikt nie jest w stanie przewidzieć, ale z takim wariantem też należy się liczyć. Warto też podkreślić, że Europa na przestrzeni kilku ostatnich lat zmieniła retorykę o 180 stopni i prezentuje dzisiaj dokładnie taki sam pogląd jaki w 2015 roku prezentował premier Węgier Viktor Orban czy prezes Jarosław Kaczyński.

Dzisiaj Niemcy też powoli zaczymają się wycofywać z przyjmowania imigrantów…

– Niedawno w niemieckim Bundestagu większość posłów odrzuciła postulat Zielonych dotyczący przyjęcia pięciu tysięcy kobiet i dzieci z obozów dla migrantów w Grecji. Co więcej, pojawiły się głosy, że należy tym ludziom pomagać na miejscu. Zważając na to Polska, posługując się retoryką zwolenników przyjmowania imigrantów sprzed pięciu lat, powinna dzisiaj zapytać, czym spowodowana jest taka nagła zmiana postawy, przecież wówczas słyszeliśmy, że to nieludzkie nie pomóc biednym ludziom… Takie były wówczas wypowiedzi m.in. Niemców, Brukseli w stosunku do Polski, kiedy próbowano nam narzucić kwoty imigrantów. Czy bogate Niemcy nie są dzisiaj w stanie przyjąć pięciu tysięcy ludzi? Można by było stosować dokładnie tę samą retorykę, te same słowa, które wtedy oni stosowali wobec Polski. Niemniej jednak pokazuje to w jak wielkim chaosie, w jakiej rozsypce jest polityka europejska w kwestii problemu imigranckiego, jak daleko idący kryzys został wywołany w 2015 roku bezrefleksyjnymi działaniami unijnych decydentów. Sytuacja jest tym bardziej napięta, że jesteśmy w obliczu realnego brexitu, wyjścia z Unii Europejskiej jednego z największych państw, które opuściło szeregi Wspólnoty m.in. ze strachu przed falą migracyjną i jej konsekwencjami wywołanymi przez bezrefleksyjną postawę wiodących państw Unii oraz ówczesnej Komisji Europejskiej. Dzisiaj sytuacja się zmienia, inna jest polityka – o wiele bardziej racjonalna i sprzeczna z tym, co niejednokrotnie ci sami politycy głosili w kwestii imigrantów jeszcze kilka lat temu.

Jednak w Brukseli wciąż pojawiają się głosy, że z pobudek humanitarnych powinniśmyprzyjąć tych, de facto islamskich, imigrantów ekonomicznych…

– Oczywiście, że żal każdego, kto cierpi. Być może wśród tych, którzy dobijają się do bram Europy są też ludzie – uchodźcy poszkodowani przez działania wojenne. To trzeba rozstrzygnąć i jakąś formę wsparcia wobec nich zastosować, ale na pewno nie wobec tych, którzy prą do nas, aby zasiać niepokój. Dlatego potrzebne są procedury. Natomiast to, że idzie fala ludzka, która chce się przedostać do Europy, nie oznacza, że wszystkich trzeba przyjąć. Gdyby tak założyć, to cały biedny świat chciałby się przedostać do Europy.

Czy zatem dogadywanie się Tuska i Junckera z Erdoganem, który teraz stawia Unię pod ścianą nie było błędem?

– Donald Tusk i Jean-Claude Juncker byli zakładnikami nie tyle Erdogana, co Angeli Merkel i jej polityki otwartych drzwi. Natomiast w sytuacji, kiedy efekty tej bezrefleksyjnej polityki osiągnęły ogromną skalę i sprawa zaczęła się wymykać spod jakiejkolwiek kontroli, bo trzeba by uszczelnić granice, jednak tego nie zrobiono. Decydenci doszli do wniosku, że nie ma innego sposobu jak zapłacić i zatrzymać tę falę czyimiś rękami. Dlatego zapłacono Erdoganowi żeby na swoim wizerunku otwartości i szeroko rozpostartych ramion nie wywoływać rysy, żeby nie pokazywać sprzeczności. Tyle, że ten drugi błąd, a więc załatwienia sprawy za pieniądze był pochodną tego pierwszego, czyli decyzji o otwarciu granic Europy na imigrantów.

Czy dzisiaj w Unii Europejskiej jest pomysł jak rozwiązać problem imigrancki?       

– Niestety nie ma. Popełniono cały szereg błędów. W 2016 roku kupując sobie czas trzeba było cały czas pracować nad stworzeniem odpowiedniej recepty, całościowego rozwiązania problemu. Nikt o zdrowych zmysłach przecież nie przypuszczał, że sprawa została załatwiona raz na zawsze i że problem prędzej czy później powróci. Należało przystąpić do wsparcia i pomocy krajom rozwijającym się, krajom biednym czy krajom pogrążonym w wojnie, żeby ich obywatelom pomóc żyć. Druga kwestia dotyczy unijnej polityki migracyjnej i przestrzegania procedur, a nie ich nagminne łamanie. Jest też trzecia kwestia – uszczelnianie granic i racjonalne postępowanie wobec tych, którzy próbują szantażować Unię Europejską. Skoro jednak w żadnym z tych aspektów nie uczyniono nic znaczącego, bo nie pracowano nad planem, bo obawiano się, że trzeba będzie przyznać premierowi Viktorowi Orbanowi rację, to dzisiaj po upływie kilku lat – wprawdzie nikt nie powie wprost, że Orban miał rację – to próbuje się działać tak jak pięć lat temu postąpił premier Węgier, zamykając swoje granice przed napływem imigrantów.         

Co teraz zrobić z 4 milionami ludzi i czy w kontekście koronawirusa nie istnieje zagrożenie epidemiologiczne dla ludzi, którzy stoją u bram Europy?

– To jest bardzo poważny problem, bo cóż zrobić jeśli w obozach dla uchodźców pojawiłby się koronawirus. Przecież to groziłoby katastrofą humanitarną na niewyobrażalną skalę. Zresztą nie chodzi tu tylko o koronawirusa, ale o inne wirusy, który przy takich skupiskach ludzi mogą się pojawić i być realnym zagrożeniem. Jeśli przez lata nie wypracowano racjonalnej polityki, to skutki są takie, że pojawia się problem i nie wiadomo jak go rozwiązać. A przecież wszyscy wiedzieli, że problem imigrancki powróci, a mimo to nic z tym nie zrobiono, nie przygotowano się. Nic zatem dziwnego, że jako Europa jesteśmy dzisiaj tak samo bezradni, jak pięć lat temu. Oczywiście tym ludziom należałoby jakoś pomóc, ale jak skoro cała Europa ma w tej chwili problem z koronawirusem i myśli jak przed tym się ochronić. Rzeczywiście jest problem, który należy rozwiązać na poziomie humanitarnym, przy współpracy całej społeczności międzynarodowej. Chciałbym też zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz, mianowicie przed kilku laty, kiedy problem imigrantów się pojawił, to w szeroko rozumianych kręgach chrześcijańskich, które wówczas jednym chórem ze środowiskami liberalnymi mówiły, że problem się rozwiązuje tylko poprzez otwarcie granic, dzisiaj te kręgi jakoś dziwnie milczą. Ciekawe dlaczego? Czy będzie dominować stara retoryka, czy ulegnie ona zmianie adekwatnie do tego, jak zmieniły ją elity europejskie…? To też pokazuje, że nie należy działać irracjonalnie, podążając za tym, co czynią wielcy tego świata, ale emocje zostawić na boku i kierować się rozumem.    

Niewykluczone, że elity europejskie czekają, aż problem na granicy Unii się sam rozwiąże?

– Problem sam się nie rozwiąże. Nie daj Boże, jeśli wybuchnie tam jakaś epidemia na dużą skalę, to czy społeczności europejskie będą w stanie to wytrzymać. Jeśli emigracyjna polityka unijna byłaby konsekwentna, racjonalna, to Erdogan, który dzisiaj stosuje szantaż nie ważyłby się tego zrobić. Natomiast skoro przed pięciu laty de facto złamano prawo, bo kanclerz Angela Merkel złamała europejskie prawo, a wszystkie instytucje europejskie – jak pamiętamy – chciały bić Orbana, to dzisiaj są tego konsekwencje. Jeśli ktoś unijnym decydentom wykazał głupotę, to dzisiaj ktoś inny wykorzystuje to do swojej gry. Oczywiście jeśli granica zostałaby uszczelniona, to problem może się jakoś rozwiązać, ale ścieżek czy szlaków jakimi imigranci mogą próbować przedostać się na terytorium Unii Europejskiej jest wiele, nie tylko Grecja. Dlatego potrzebna jest zmiana polityki, potrzebna jest racjonalna, konsekwentna polityka migracyjna, a nie tylko doraźne działania.

Dziękuję za rozmowę.         

Mariusz Kamieniecki