• Poniedziałek, 4 maja 2026

    imieniny: Floriana, Moniki

Dzielić się wiarą

Niedziela, 8 marca 2020 (19:34)

Rozmowa z o. Michałem Sabatowskim OFMConv posługującym w parafii pw. Jezusa Chrystusa Dobrego Pasterza w Quito w Ekwadorze

Ojcze, II niedziela Wielkiego Postu w Polsce jest czasem modlitwy, postu i wsparcia materialnego dla misjonarzy i prowadzonych przez nich dzieł. Pracuje Ojciec wśród Ekwadorczyków z Quito. Jak wyglądają misje  w Ekwadorze?

 – W kraju jest około 15 milionów mieszkańców, a posługuje tutaj mniej więcej tysiąc czterystu kapłanów. Tak więc jeden ksiądz przypada na trochę ponad 10 tys. osób, w dżungli jest jeszcze trudniej, a powołań jest niestety niewiele. Większość księży mieszka w dwóch największych miastach kraju, w Quito i Guayaquil. Praca duszpasterska różni się trochę od tej w Polsce. Wydaje mi się jednak, że zaangażowanie wiernych i ich odpowiedzialność za parafię jest większa. Świeccy są bardzo oddani swojej pracy, katechizują, uczą śpiewu. Chcą dzielić się swoją wiarą, swoim doświadczeniem. Wykonują to za darmo i bardzo chętnie. W Polsce często młodzi księża z Mszy św. biegną na katechezę, potem pogrzeb, szybko na spotkanie z jakąś wspólnotą… Tych obowiązków jest bardzo dużo. Tutaj jest nieco spokojniej, mamy więc więcej czasu na modlitwę i medytacje, co w przypadku zakonników jest ważne.

Z jakimi wyzwaniami mierzą się Ojcowie na misjach w Ekwadorze?

 - To z pewnością powołania. Mówiąc o tysiąc czterystu kapłanach, zwrócę uwagę, że może tylko połowa z nich to Ekwadorczycy. Dlaczego tak jest?  Myślę, że po części jest to spowodowane dużą zależnością dzieci, synów od rodziców. Często rodzice decydują o tym, co ich dzieci będą robiły. Rodzice inwestują w ich studia, więc mają też oczekiwania.

Druga ważna kwestia to uwrażliwienie na znaczenie sakramentu małżeństwa, na znaczenie rodziny, wierności małżeńskiej. To spojrzenie różni się tu w zależności od regionu. Mieszkańcy gór są bardziej konserwatywni. Na wybrzeżu i w dżungli zdarza się, że mężczyzna prowadzi podwójne, a czasem potrójne życie. Niechęć do zawierania sakramentu małżeństwa widać przede wszystkim pośród mieszkańców dżungli. Tam prawie nie ma małżeństw sakramentalnych. Trzecią sprawą jest szacunek dla życia. Aborcja jest czymś bardzo powszechnym.

Jest też znaczne przyzwolenie na narkomanię. Dzieje się tak ze względu na łatwy dostęp do narkotyków. Marihuana wyrośnie w ogródku, tutaj nie potrzeba specjalnych warunków.

Poza tym są też problemy duchowe. W dżungli praktykuje się oczyszczanie, wypędzanie duchów czy to, co było dla mnie zaskoczeniem, przetrzymywanie kości swoich bliskich w domu jako amuletu, także zapraszanie szamana z prośbą o błogosławieństwo. Wiąże się to z pewnością ze zniewoleniami, bo jeśli odwiedzamy szamana, to jakie duchy mogą przychodzić? Z pewnością nie Boże, nie chrześcijańskie. Egzorcyści mają rzeczywiście dużo pracy. Jeden z naszych ojców, o. Mirosław, jest egzorcystą i to jest posługa, która nigdy się nie kończy. Każdego dnia ktoś przychodzi prosić o egzorcyzm.

Poza tym regiony są zróżnicowane. Quito, stolica, jak każde duże miasto ma swoje problemy: uzależnienia, narkomanię, w mniejszym stopniu alkoholizm. Są też bezdomni, ludzie wykluczeni. Boli chyba najbardziej widok dzieci i matek szukających w śmietniku żywności, lub starszych ludzi, szczególnie Indian.

Poza tym jest dużo osób, które nie praktykują wiary. Około 90 procent nie przychodzi na Mszę św. albo też nie ma nic wspólnego z Kościołem. Myślę, że około 10 procent praktykuje wiarę.

 

Mają Ojcowie piękny kościół. Jak słyszeliśmy, sufit świątyni został ozdobiony przez Ojca ze wsparciem parafian?

 - Tak. Dostaliśmy parafię po księdzu diecezjalnym, który zrobił bardzo dużo. Wybudował kościół, plebanię, salki katechetyczne. Nasi wizytatorzy mówią, że tam, gdzie są Polacy, kościół jest zadbany. Moim pragnieniem od pierwszych dni była też troska o kościół, aby odczuwało się sacrum tego miejsca. On przypominał trochę halę sportową. Remonty są drogie, a nie dysponujemy tak dużymi środkami. I wpadłem na pomył ozdobienia sufitu. Jeden z naszych znajomych sprzedaje w Ekwadorze rolety okienne i ten materiał przypomina trochę drewno. Pomyślałem, że można wykorzystać go i ozdobić naszą świątynię, aby była też przestrzenią naturalną, piękną. Gaudi mówił, że najlepszym nauczycielem architekta jest natura. I coś w tym jest. Nasz znajomy podarował nam niewykorzystane fragmenty materiałów. Zacząłem przygotowywać romby z tych skrawków i wyklejać nimi sufit. Okazało się, że ta powierzchnia jest bardzo duża – ma ok. 200 m kw. Początkowo wykonywałem to sam, ale parafianie chcieli dołączyć, więc niedługo utworzyła się grupka, która po zakończeniu swoich obowiązków włączyła się w pomoc. A ja zająłem się przygotowaniem symboli chrześcijańskich, które umieściliśmy w każdym rombie. Łącznie jest to 156 symboli. Prace ukończyliśmy w ciągu roku i sufit, poza naszym ofiarowanym czasem, nie kosztował nas prawie nic.

Parafianie chętnie angażują się w działalność w parafii. Jacy są Ekwadorczycy?

– Wydawać by się mogło, że jeśli prawie cała Ameryka Łacińska, poza Brazylią, posługuje się językiem hiszpańskim, to mieszkańcy tych państw są raczej identyczni. Ale kiedy pojechałem do Meksyku, Kolumbii, gdzie przy granicy z Ekwadorem mamy klasztor, zobaczyłem, jak różnymi są narodami. A Ekwadorczycy? Są ludźmi otwartymi i życzliwymi. Ujmuje ich radość i pozytywne podejście do życia. Może to dlatego, że nie doświadczyli dramatu wojny, tak jak w naszym przypadku. Może na ich sercach nie odbiło się to cierpienie. Ale druga stroną medalu jest ich brak odporności na trudne, stresujące sytuacje, na dramaty rodzinne.  Ujęło mnie także duże poczucie szacunku i wdzięczności, także wobec misjonarza: „Pozostawiłeś swój kraj. Przyjechałeś do nas. I za to jesteśmy ci wdzięczni” – tak to odbieram. Przejęliśmy parafię po księdzu diecezjalnym, teraz jest nas dwóch i w rozmowach czasem żartuję, aby sprawdzić ich reakcję, mówię, że może niebawem stąd nas przeniosą, a wtedy zaniepokojeni parafianie odpowiadają: „Nie, Ojcze, odkąd jesteście, zawsze jest ktoś w konfesjonale, zawsze ktoś ma dla nas czas, zawsze jesteście gotowi pójść do chorych”. Za to są nam wdzięczni.

 

A co Ojca zaskoczyło w tym odległym kraju?

– Wadą jest brak punktualności. Jeśli się umawiamy na konkretną godzinę, to wiadomo, że jednak na nią nie przyjdą, ale trzeba to przyjąć, tego się już chyba nie zmieni. Jest podobnie jak w państwach Afryki, gdzie mówi się, że biali mają zegarek, a Afrykanie mają czas. Inną różnicą jest dbałość o dom. Ludzie, który mają pieniądze, dbają o niego, ale zwykła przeciętna ekwadorska rodzina nie dba o swoje mieszkanie tak jak w Polsce. Może to wynika z trochę koczowniczego podejścia i tymczasowości. „Dziś jesteśmy tu, a jutro być może w innym miejscu”. A z drugiej strony np. Polak niekiedy, aby szybko coś załatwić, może wyjść na miasto w ubraniu roboczym, ponieważ nie zdążył się przebrać. Ekwadorczyk nigdy tego nie zrobi, zawsze musi być dobrze ubrany, ponieważ wychodzi do innych ludzi.  Wydaje się też, że Ekwadorczycy są narodem mniej spójnym niż Kolumbijczycy czy Meksykanie. Tam poczucie przynależności narodowej jest większe. Ekwadorczycy są narodem zróżnicowanym, rozbitym, tworzą go Indianie, biali, Afroamerykanie. Często są tutaj protesty wielu mniejszości etnicznych. Dochodziło do ataków na urzędy, instytucje, wszystko było na granicy wojny wewnętrznej. Ludzie się podzieleni. To widać również w sposobie postrzegania się Ekwadorczyków nawzajem.

 

Jaka jest sytuacja ekonomiczna mieszkańców?

 – Aktualnie kraj jest w kryzysie i dość trudnej sytuacji. Brakuje pracy. Nie ma przemysłu, wydobywa się jedynie ropę naftową, której ceny spadły, poza tym jest kilka kopalń złota czy innych kruszców. Wiele osób nie ma z czego żyć. Sytuacja ekonomiczna jest trudna. Podatki są bardzo niskie, a z nich państwo dotuje benzynę i gaz. Poza tym wielu ludzi nie płaci podatków. A w zasadzie poza tzw. podatkiem, odnośnikiem naszego VAT, nie ma tu innych podatków. Kryzys gospodarczy wiąże się z tym, że podejmowano wiele inwestycji finansowanych z pożyczek z Chin. Niestety, te środki się skończyły. Ekwadorczycy są natomiast przyzwyczajeni do takiego rodzaju wsparcia, jakie otrzymują od państwa. Ekwador jednak nie posiada środków na inicjatywy charytatywne czy społeczne.

 

Franciszkanie konwentualni już od wielu lat podejmują różne inicjatywy w Ekwadorze. Jakie dzieła prowadzą Ojcowie w swoich parafiach?

 – Największym dziełem są inicjatywy franciszkanów w Santo Domingo, gdzie prowadzimy przedszkole, świetlicę, pomagamy osobom starszym, niepełnosprawnym. Więcej z pewnością mógłby o tym powiedzieć o. Marek Szymański, który pracuje w Santo Domingo i kończy budowę laboratorium medycznego na jednym z terenów dotkniętych skutkami trzęsienia ziemi. Te inicjatywy są realizowane z ofiar z Polski i państw Europy.

Drugim dziełem, skromniejszym, jest Arka Noego w Tulcanie, także finansowana z ofiar. To świetlica dla dzieci z ubogich rodzin, w której mogą one dostać posiłek i otrzymać pomoc przy odrabianiu lekcji. Korzysta z niej około 100 dzieci. Ponadto organizowane są tam wydarzenia jak zabawy noworoczne czy bal świętych. A w  Shushufindi, innej naszej placówce, prowadzimy pomoc doraźną przede wszystkim dla osób starszych. W Quito, gdzie jestem obecnie, działa nasza Caritas, która przekazuje potrzebującym żywność, ubrania. Często też puka ktoś do drzwi zakonu, prosząc o chleb. Nasza działalność zależy od ofiarności darczyńców z Polski. Niestety, tutaj, w Ekwadorze, nie jest łatwo wypracować pieniądze na jakąkolwiek działalność charytatywną Kościoła.

 

Odpoczywają….

– Tak (śmiech). Pan Bóg odpoczywał dnia siódmego. I mamy ten przywilej wolnych poniedziałków i wówczas wybieram się często w góry, których jest tutaj wiele. Nie muszę już jeździć do Zakopanego, jak kiedyś z Pomorza, gdzie mieszkałem i skąd było jednak daleko. Tu wystarczy wyjść z klasztoru i w odległości godziny są góry. To jest moja pasja. Góry zachwycały mnie od dziecka swoją przestrzenią, urokiem... Mówi się, że jeśli ktoś jest w górach, jest bliżej Boga, i coś w tym jest. Można też odpocząć w Amazonii, nasza placówka  Shushufindi jest w dość głębokiej Amazonii ekwadorskiej. Dookoła są rzeki i piękne jeziora, jest pięknie, prawdziwa dżungla, gdzie nie ma prądu i światła, poza światłem świetlików (śmiech). Ale o tym wszystkim pewnie będzie więcej w moim przewodniku…

 

Mam nadzieję, że niebawem będziemy mogli przeczytać coś więcej o Ekwadorze?

– Napisałem krótki przewodnik, dzieląc się tym, co tutaj przeżyłem. Mam nadzieję, że uda się go opublikować, i że przybliży on Ekwador tym, którzy jeszcze go nie znają.

 

Często misje są w miejscach niebezpiecznych, szczególnie jeśli kraj przeżywa różne napięcia. Jak jest w Quito?

 – Kiedy wyjeżdżałem do Ekwadoru, czytałem statystyki, które wskazywały na bardzo wysoką przestępczość, ale to też nie ma odniesienia do rzeczywistości. Jest oczywiście niebezpiecznie. Widać to chociażby, idąc ulicą. Można zaobserwować wysokie płoty i domy odgrodzone drutami z prądem. Przy osiedlach są strażnicy, często z bronią. Sam też tego doświadczyłem na początku mojego pobytu, kiedy szedłem główną ulicą wieczorem i kiedy dwóch mężczyzn zażądało ode mnie telefonu, ale kiedy zobaczyli mój telefon, to jednak zrezygnowali i odeszli, potem jeszcze kogoś próbowali napaść. Wówczas zacząłem krzyczeć, że tak nie mogą, ale kiedy to opowiadałem znajomym, to zwracali uwagę, że źle zrobiłem, bo oni mogli wrócić i mnie zabić.

 

W kaplicy Ojców można zobaczyć m.in. relikwie męczenników z Pariacoto.

– Tak, pamiętamy o naszych współbraciach, o. Michale Tomaszku i o. Zbigniewie Strzałkowskim, i mogę powiedzieć, że mieliśmy taki mały cud. Dzień przed Wigilią modliliśmy się w kaplicy. Na ołtarzu był mszał, wieniec adwentowy i relikwiarz z relikwiami męczenników z Pariacoto. Skończyliśmy modlitwę i zapomnieliśmy zgasić świece. W Wigilię wstałem rano i poczułem dziwny zapach. Co się stało? Zwarcie elektryczne, pomyślałem. I kiedy wszedłem do naszej kaplicy, zobaczyłem, że wszystkie świece się wypaliły. Mogła zapalić się cała plebania. Spalił się cały wieniec adwentowy. Wypalił się fragment ołtarza, ale nie doszło do pożaru…. To taki nasz mały cud.

Dziękuję za rozmowę.

 

Małgorzata Pabis