Opozycja nie liczy na program
Sobota, 15 lutego 2020 (21:51)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jak ocenia Pan konwencję inaugurującą kampanię Andrzeja Dudy i przemówienie urzędującego prezydenta?
W przeciwieństwie do innych kandydatów prezydent Andrzej Duda nie odnosił się do swoich kontrkandydatów, bo i po co. Warto pamiętać, że oni są daleko z tyłu w sondażach – to po pierwsze, ale co niezwykle ważne, ta konwencje była pomyślana jako swoista manifestacja patriotyczna zarówno w sensie emocjonalnym, jak i treściowym. Emocjonalnym, bo były biało-czerwone flagi, bo dużo było słów o Polsce, o tradycji, o niepodległości naszej Ojczyzny, o pozycji Polski w świecie, włącznie z kończącym wystąpienie prezydenta zawołaniem: „Niech żyje Polska”.
Można to uznać za przedsmak tego, co w kampanii prezydenta Dudy będzie najważniejsze?
Tak właśnie. Będzie to w istocie starcie obozu patriotycznego z obozem kosmopolitycznym, który jest rozpisany przynajmniej na kilka głosów. Trzeba też zauważyć, że w tej kampanii włączona jest także zagranica – jak niemalże początkiem XVIII wieku w elekcje królewskie, gdzie czynnik zewnętrzny starał się rozpychać i decydować, czy królem ma być Stanisław Leszczyński czy August II Mocny. Tak to, niestety, wygląda chociażby przez fakt, że – dajmy na to – cały spór o sądy jest włączony celowo w kampanię prezydencką. Tymczasem prezydent Duda podczas tej konwencji zamanifestował, że jest liderem obozu patriotycznego, i nakreślił – wprawdzie bardzo ogólnie – pewną wizję podmiotowej pozycji Polski w Europie i świecie. Mówiąc o wizji Polski, która jest ważna dla każdego obywatela, wskazał też na najsłabszych, mówiąc, że jego celem jest – wspólnie z rządem – doprowadzenie do tego, żeby Polakom żyło się lepiej. Tym samym prezydent Duda odniósł się do wsparcia dla tych, którzy tego potrzebują, co jest możliwe dzięki sprawiedliwemu podziałowi efektów wzrostu gospodarczego. Wspomniał też o sprawiedliwości, i to w dwojakim wydaniu – z jednej strony o tym, jacy powinni być sędziowie, a z drugiej nie zawahał się powiedzieć o odbieraniu przez państwo emerytur esbeckich, płaconych z naszych składek. Tym samym wskazał na państwo sprawiedliwe. Wystąpienie prezydenta Dudy i cała konwencja były spięte hasłem czy symboliką, treściami mocno patriotycznymi. Mieliśmy do czynienia z manifestacją patriotyczną na starcie kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy.
Wspomniał Pan o tym, że obóz kosmopolityczny jest rozpisany na kilka głosów, ale chyba w pierwszej turze, bo jeśli dojdzie do drugiej, to wszyscy rzucą siły przeciwko Andrzejowi Dudzie…?
To prawda, ale rolą urzędującego prezydenta jest nie atakowanie poszczególnych sił politycznych czy ich przedstawicieli ubiegających się o prezydenturę, ale jednoczenie Narodu. Starał się na to wskazać w swoim wystąpieniu, mówiąc, że tym, co go martwi, są podziały wśród Polaków, które przenoszą się do rodzin. Nic zatem dziwnego, że podkreślił, iż konieczne jest prowadzenie polityki w taki sposób, aby każdy czuł się szanowany. Wezwał do jedności, ale pod hasłem: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Przypomnę tylko, że podczas niektórych protestów sędziowskich czy wieców opozycji nie odgrywano polskiego hymnu, ale „Odę do radości”. To pokazuje, do jakich wartości te środowiska się odwołują. Mamy zatem po dwóch stronach obóz kosmopolityczny i patriotyczny. Jednak rolą Andrzeja Dudy jako urzędującego prezydenta nie było – i myślę, że nie będzie – atakowanie przeciwników.
Warto zwrócić uwagę na słowa prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który podkreślił, że wbrew narracji opozycji Andrzej Duda stał się ostoją i obrońcą Konstytucji RP.
To zrozumiałe. Opozycji wcale nie chodzi o obronę Konstytucji RP – zresztą coraz mniej o tym mówią, a bardziej akcentują obronę tzw. praworządności, którą ma wyznaczać Unia Europejska, a nie nasz Trybunał Konstytucyjny czy nasza Konstytucja. W tym względzie jeśli mówimy, że podstawową kwestią w Konstytucji jest zapis, iż Prezydent stoi na straży suwerenności państwa, to prezydent Duda – w dużej mierze bronił naszej suwerenności również przed zakusami tych, którzy chcieli czy chcą się mieszać w nasze wewnętrzne sprawy, do tego w sposób prosty i prymitywny.
Swoją drogą, podsumowując minione pięć lat: jaka to była prezydentura, jeśli chodzi o podejście do wartości? Nie wszyscy są zadowoleni.
W niektórych wypowiedziach, bo nie w czynach, rzeczywiście pojawiały się momenty – zwłaszcza ostatnio przed oficjalnym rozpoczęciem kampanii – nie do końca precyzyjne. Na przykład co do związków partnerskich. Ale jeśli weźmiemy wszystko inne, to przy wszystkich krytycznych głosach, które się pojawiają, trzeba powiedzieć, że Andrzej Duda to jednak najbardziej katolicki prezydent od początku III Rzeczypospolitej. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że od odzyskania niepodległości. Przypomnijmy, że prezydent Gabriel Narutowicz wywodził się z obozu lewicowo-liberalnego, prezydent Stanisław Wojciechowski z obozu socjalistycznego i prezydent Ignacy Mościcki z obozu piłsudczykowskiego – też mocno zakorzenionego w socjalizmie. Później mieliśmy do czynienia z Lechem Wałęsą, co nie wymaga komentarza, później z Aleksandrem Kwaśniewskim, który sam siebie określał jako ateista czy agnostyk, Lech Kaczyński – był człowiekiem zasad, zaś Bronisław Komorowski miał takie podejście jak Platforma. I w tym sensie najbardziej katolicki, konserwatywny prezydent od początku odzyskania niepodległości – to Andrzej Duda, co też ma dla nas, katolików, istotny wymiar. Oczywiście, to wcale nie oznacza, jakoby nieuprawniona była krytyka takich czy innych jego wypowiedzi.
Co w obecnej kampanii może być największym wyzwaniem dla sztabu wyborczego prezydenta Andrzeja Dudy?
Wydaje się, że największym wyzwaniem będzie – mimo wszystko – zagranica i próby zaszantażowania Polaków, stworzenia swego rodzaju psychozy strachu, że jeśli wygra Andrzej Duda, to odbiorą nam fundusze unijne, że wyrzucą nas z Unii Europejskiej, że nie osiągniemy ważnych celów. I to może być arena walki, zresztą już widzimy, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej przesunął na 9 marca wysłuchanie Polski przed Wielką Izbą w sprawie wniosku Komisji Europejskiej o tymczasowe zawieszenie działalności Izby Dyscyplinarnej polskiego Sądu Najwyższego. Inna sprawa, że obóz kosmopolityczny liczył, że od razu nałożone zostaną sankcje na Polskę. Tak czy inaczej z tego typu działaniami trzeba będzie walczyć i temu się przeciwstawiać, znaleźć przy tym sojuszników, a przede wszystkim trzeba będzie uspokoić Polaków.
Ta konwencja, która szła w tym kierunku, spełniła swoją rolę?
Wydaje mi się, że tak. Konwencja Andrzeja Dudy – jako wzniosła manifestacja patriotyczna, ale bez ostrych akcentów w sensie atakowania kogokolwiek, o tyle jest ważna, że uspokaja nastroje Polaków. Co więcej, napawa ich dumą, co jest istotne przy atakach zwłaszcza medialnych i poniżaniu Polski, a z drugiej strony tworzy atmosferę dumy i odwagi. W tym sensie uspokojenie nastrojów będzie pewnym wyzwaniem. Proszę zwrócić uwagę, że sztab Małgorzaty Kidawy-Błońskiej zdiagnozował, że w starciu na osobowości Polacy – w wyborach prezydenckich – w dużej mierze oddają głosy na osobowości, nie tylko na to, kto jest z jakiej partii. W starciu na osobowości Małgorzata Kidawa-Błońska nie ma cienia szans z Andrzejem Dudą, dlatego dążą do wytworzenia, co było widać ostatnio w Pucku, konfliktu czy wojny polsko-polskiej, ażeby decydowała nie osobowość, ale podejście PiS i anty-PiS. Cel jest taki, żeby tę wojnę w kampanii tak skumulować, iżby suma anty-PiS dała zwycięstwo, tak jak przyniosła im wygraną w wyborach do Senatu. Zatem opozycja liczy nie na programy, konkrety, nie na osobowość swojej kandydatki, tylko na stworzenie atmosfery gigantycznej wojny i psychozy strachu, która wznieci w Narodzie na tyle silne stany emocjonalne, że nawet chwilowe, ale silne wahnięcie nastrojów doprowadzi do wygranej jakiegokolwiek kandydata totalnej opozycji kosmopolitycznej.
Czy liczenie na emocje nie jest poniżeniem, nie godzi w inteligencję Polaków?
Owszem, ale wyznawcy tego rodzaju polityki czerpią wzorce z zewnątrz. Proszę tylko spojrzeć, jak została wykreowana prezydentura Emmanuela Macrona – polityka znikąd, który w podobnym mechanizmie straszenia Francuzów Frontem Narodowym Marine Le Pen został wykreowany na prezydenta Francji. Warto też spojrzeć, jakimi metodami w Stanach Zjednoczonych walczy opozycja z Donaldem Trumpem. Oczywiście, takie metody mogą nas oburzać, smucić i niepokoić, ale taka jest rzeczywistość.
Ale u nas, w Polsce…?
A co to za różnica? Metody są wszędzie takie same. W czasie prezydentury Komorowskiego Platforma i wspierający ją byli przekonani, że urzędujący prezydent wygra bez problemu i że stwarzając podniosłą atmosferę wokół jego osoby, uda się go wypromować. Z tym że Komorowski miał tyle słabości, które wyszły w kampanii, i Andrzej Duda, który wcale nie prowadził agresywnej kampanii, ale był niezwykle dynamicznym, patriotycznym kandydatem, że wygrał, i to dla wielu – niespodziewanie. Dzisiaj opozycja wie, że na starcie nie ma żadnych atutów w postaci czegoś, co nazwalibyśmy kryzysem gospodarczym w Polsce czy innymi problemami, nie ma też atutów w postaci dobrych, wyrazistych kandydatów. To powoduje, że tylko emocje mogą rozstrzygnąć, i to nie emocje pozytywne, ale po prostu anty-PiS. I szerząc strach, opozycja liczy, że wygra. Stąd mamy rzekome przecieki, że będziemy płacić dziennie dwa miliony euro kar, które na nas nałoży Unia, że ograniczą nam budżet itd.
Takie podejście nie upokarza nas, Polaków?
Jesteśmy narodem, który jest niszczony i ciągle wydobywa się na niepodległość, więc jest liczenie, że w nas, Polakach, nie ma jeszcze dostatecznej dumy narodowej, a więc czegoś takiego, co jest u Anglików czy Amerykanów, że jeśli ktoś z zewnątrz atakuje, to powoduje mobilizację w narodzie, aby bronić suwerenności. Mamy zatem liczenie na post-PRL-owską, a może i pozaborową mentalność niewolników, którzy mogą sobie jedynie wyobrazić to, że tylko z łaski zewnętrznego pana są w stanie coś dla siebie prywatnie osiągnąć, jak chociażby stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej w przypadku Donalda Tuska. Niektórzy liczą też, że władzę w Polsce mogą zdobyć nie na skutek woli wyborców, ale na skutek decyzji Brukseli. I to są rzeczy upokarzające. Co gorsza, niektórzy przestali sobie zdawać z tego sprawę, jak bardzo się upokarzają, brnąc w tym kierunku, zachowując się jak Targowica.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki