Wciąż ciągniemy za sobą ogon PRL-u
Piątek, 13 grudnia 2019 (22:14)Z prof. dr. hab. Wiesławem Wysockim, kierownikiem Katedry XIX i XX wieku w Instytucie Nauk Historycznych UKSW, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Panie Profesorze, jak to możliwe, że po 38 latach, w wolnym państwie, układ komunistyczny, sprawcy stanu wojennego nie zostali osądzeni?
– Nie żyjemy w wolnym państwie, ale żyjemy w państwie, które jest kontynuacją PRL-u. Niestety, mimo upływu lat od transformacji ustrojowej, od przemian wciąż nie zerwaliśmy pępowiny z PRL-em. Po prostu, dokonując przemiany, wykonując różne ruchy, zapomniano o tym, co to jest niepodległość. Stąd ponosimy dziś tego konsekwencje zarówno w sferze sądownictwa czy szerzej wymiaru sprawiedliwości, jak również we wszystkich sferach związanych z rozliczeniami przeszłości. Ciągle jesteśmy jeszcze niewolnikami układu komunistycznego. Dla niektórych może to brzmieć dziwnie, ale takie są fakty.
Dlaczego ludzie, którzy postawili się władzy komunistycznej i wydawało się, że chcą przemian, de facto usankcjonowali dawny stan?
– Równie dobrze można by zapytać, dlaczego pokolenie, które 146 lat od I zaboru i 123 lata od III zaboru, mimo takiej odległości czasowej miało w sobie świadomość niepodległości i na I Sejmie w 1919 roku zdecydowało, że rodząca się dopiero II Rzeczypospolita jest kontynuatorką I Rzeczypospolitej. A my w III Rzeczypospolitej ciągle jesteśmy PRL-em bis. Niestety, nie jesteśmy kontynuatorem I i II Rzeczypospolitej, i tu jest dramat. W całej tej świadomości jest całe zło, które dzisiaj musimy – konsekwentnie – w jakiś sposób nosić i znosić. I to należy uświadomić najwyższym polskim władzom: od prezydenta RP, poprzez parlamentarzystów, po rząd RP, a także polskie sądownictwo, które mam nadzieję, że w większości jest jeszcze przyzwoite, chociaż fakty wydają się temu przeczyć, chociażby jeśli chodzi o rozliczenie sprawców stanu wojennego.
No właśnie, czy tak trudno było wskazać i osądzić winnych stanu wojennego?
– Oczywiście można to było zrobić już dawno, tylko trzeba było tego chcieć. Rzeczywistość, w jakiej żyjemy, pokazuje, że można skazać osobę niepełnosprawną za kradzież batonika, ale nie można skazać prominentnego przedstawiciela mediów. Okazuje się, że winna jest staruszka za wtargnięcie z nieodpowiednią prędkością na pasy, a nie celebryta prowadzący samochód, który ją potrącił, w dodatku nie mając prawa jazdy. Jeżeli pozwolimy, żeby takie przypadki miały miejsce, jeżeli nie będziemy rozliczać winnych przestępstw, ale tych, których wygodnie jest skazać, to będziemy orbitować w kręgu niesprawiedliwości. Taka logika sprawia, że słabych można kopać, ale silnych trzeba głaskać. I to jest dzisiejszy stan rzeczy.
Gdzie został popełniony błąd?
– Błąd został popełniony na samym początku – w elitach tamtego czasu, które zapomniały, co to jest system, pewien kod wartości. Zapomniano o całym dorobku polskiego dziedzictwa niepodległościowego na emigracji. Do dziś się o tym nie pamięta. Proszę sobie wyobrazić, że od 1945 roku w polskim prawodawstwie nie ma pojęcia honoru, chyba że sięgniemy do Kodeksu postępowania karnego, gdzie jest zapis o utracie praw honorowych. I to jest jedyny taki zapis o honorze, którego możemy się doszukać w naszym prawodawstwie. Jest to jednocześnie zatracenie imponderabiliów, które kiedyś organizowały struktury państwa.
Jaka jest Pana ocena sądów i sędziów, którzy nie doprowadzili do skazania głównych sprawców stanu wojennego?
– Przewlekłość procesowa miała na celu osiągnięcie granic, kiedy albo ktoś umrze, albo nastąpi czas przedawnienia. To była typowa gra, którą podejmowano z całą świadomością i odpowiedzialnością, a także z przyzwoleniem naczelnych instytucji państw polskiego.
Dzisiaj sędzia Igor Tuleya, komentując projekt PiS dotyczący nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych i o Sądzie Najwyższym, mówi, że mamy „stan wojenny w wymiarze sprawiedliwości”…
– Taki sędzia w każdym innym państwie już dawno straciłby mandat do wykonywania zawodu sędziego. Sędziom pomieszały się role, dlatego pewne sprawy trzeba uporządkować. Stąd nic dziwnego, że w proponowanych zmianach dotyczących dyscyplinowania sędziów pojawia się m.in. możliwość złożenia z urzędu sędziów, którzy kwestionują czy też wprost podważają decyzje Krajowej Rady Sądownictwa. Ponadto sędziowie, a właściwie samorząd sędziowski, nie może podejmować uchwał wyrażających wrogość wobec innych władz. I taki zakaz też powinien wybrzmieć prawem. Sędziowie mają być apolityczni, ich rolą nie jest krytyka władzy, ale wykonywanie obowiązków sędziów, do czego zostali powołani.
Czy sędziowie w Polsce są szykanowani – jak sami twierdzą?
– Straszliwie… występują we wszystkich mediach, próbują rządzić całym państwem, a właściwie sytuują się ponad państwem, co jest niewątpliwie wielką szykaną środowiska sędziowskiego. Sędziowie stworzyli sobie jakby iluzję, że mogą kreować życie publiczne w III Rzeczypospolitej, i to jest chyba coś niedopuszczalnego. Są przecież agendą państwową, ale zapomnieli, że muszą się władzą dzielić z innymi, z ustawodawcami. Tymczasem chcieliby być nadzwyczajną kastą – jak sami siebie określają – co jest chyba najlepszym określeniem ich pozycji, mianowicie, że chcą być ponad państwem i tym państwem sterować.
Lewica zapowiada złożenie wniosku o przywrócenie przywilejów ubekom. W rocznicę wprowadzenia stanu wojennego brzmi to chyba szczególnie cynicznie...
– Może pójdą jeszcze dalej i zechcą sługusom PRL-u przywrócić władzę? Może współczesnej Lewicy marzy się powrót do przeszłości, kiedy zabijani – przez tzw. nieznanych sprawców – byli polscy patrioci, kiedy Polacy na każdym kroku byli inwigilowani i kontrolowani, czy wręcz terroryzowani, a może chcą też powrotu do przesłuchań pojmanych i przetrzymywanych w aresztach w sposób bezprawny, działaczy NSZZ „Solidarność”, do słynnych „ścieżek zdrowia”... Taki los wielu ludziom zgotowali właśnie ubecy. I teraz ktoś chce im przywrócić przywileje? Skandal i kpina.
Jak Pan wcześniej zauważył, wciąż borykamy się ze spadkiem po PRL-u, ale skąd biorą się próby wskrzeszania tego, co wydawałoby się odeszło na zawsze?
– Tego typu próby wskrzeszania dawnej znienawidzonej przez Polaków epoki są efektem tego, że wielu z nas wciąż nie zrozumiało, czym jest państwo, dlatego w Prawie i Sprawiedliwości próbuje się widzieć przeciwnika. Stąd wszystko, co robi rząd i większość parlamentarna jest kontestowane. Opozycja zgodzi się na każde działanie, zaakceptuje wszystko, co tylko mogłoby zaszkodzić obecnej władzy. I tu jest pies pogrzebany. Tym środowiskom nie chodzi zatem o Polskę czy reformę państwa, ale o odsunięcie PiS od władzy i zakonserwowanie przywilejów, które są zagrożone. Dlatego w środowisku opozycji najważniejsi są ci, którzy są chętni przyłożyć rękę do zaszkodzenia obecnej władzy. Nic zatem dziwnego, że wśród sojuszników totalnej opozycji są ci, którzy z istoty rzeczy są wrogami polskości i de facto wrogami państwa polskiego, ale to jest nieistotne, ważne, że są przeciwko PiS.