Sąd Najwyższy poszedł za daleko?
Czwartek, 12 grudnia 2019 (22:23)Z Markiem Astem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jak skomentuje Pan apel pierwszej prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, właściwie wezwanie sędziów Izby Dyscyplinarnej do powstrzymania się od wszelkich czynności orzeczniczych w prowadzonych sprawach?
– Taki apel w ogóle nie powinien zostać wystosowany ze strony pierwszego prezesa Sądu Najwyższego, dlatego że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego i sędziowie tejże izby działają w sposób oczywisty w oparciu o polskie prawo, są powołani przez prezydenta Rzeczypospolitej. Zatem działania, jakie mają obecnie miejsce, które próbują dezawuować te oczywiste oczywistości, należy traktować jako przejaw anarchizacji wymiaru sprawiedliwości. Szkoda tylko, że do tej anarchizacji szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości rękę przykłada osoba, która powinna czuwać nad stabilnością systemu sądownictwa w Polsce, a nie wygłaszać opinie czy też apele, które mają wyraźnie polityczny charakter. To, że wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej rzeczywiście odwoływał się do Sądu Najwyższego – w tym sensie, że państwo polskie powinno się zająć sprawami związanymi z reformą sądownictwa, to jest jakby jedna kwestia, ale z kolei rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego było w konkretnej, indywidualnej sprawie. Sąd Najwyższy w swoim uzasadnieniu poszedł za daleko, kwestionując Izbę Dyscyplinarną, ale to nie Sąd Najwyższy stwierdza o legalności bądź nie i zgodności z Konstytucją przepisów powołujących Izbę Dyscyplinarną, tylko Trybunał Konstytucyjny.
Czy głos pierwszej prezes Sądu Najwyższego, która mówi, że „kontynuowanie działalności przez tę Izbę stanowi poważne zagrożenie dla stabilności porządku prawnego”, ma jakąś moc prawną?
– Mamy tu do czynienia z apelem – wprawdzie pierwszej prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, ale żadnych skutków prawnych on wywołać oczywiście nie może.
Zatem czemu mają służyć te słowa i czy nie wpisują się one w plany wiceszefowej Komisji Europejskiej ds. wartości Very Jourovej, która – jak słyszymy – chce jak najszybciej przyjechać do Warszawy na rozmowy z polskimi władzami w sprawie praworządności?
– Wygląda na to, że Komisja Europejska usiłuje znów dorzucić swoje – przysłowiowe – trzy grosze i podobnie jak w poprzedniej kadencji Parlamentu Europejskiego, tak i dzisiaj instytucje unijne wspierają polską totalną opozycję oraz sędziów, którzy kontestują reformę wymiaru sprawiedliwości. Przed nami – pewnie – wizyta nowej wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej ds. wartości Viery Jourovej w Polsce, ale czy będą jakieś zastrzeżenia, czy nie, to się dopiero okaże po spotkaniach z naszymi władzami.
Komisarz ds. sprawiedliwości Didier Reynders też ocenia, że sytuacja dotycząca praworządności w Polsce się pogarsza.
– To także efekt działań europarlamentarzystów totalnej opozycji oraz Lewicy na arenach politycznych Brukseli. Ci dywersanci polityczni nie ustają w wysiłkach przedstawiania Polski jako kraju, w którym coś złego się dzieje. Tymczasem – jako Polska – problemów z praworządnością oczywiście nie mamy, zresztą cały czas strona rządowa o tym przekonuje Komisję Europejską, po części pewnie też udało się przekonać o tym fakcie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, którego rozstrzygnięcie jest przyznaniem racji stronie polskiej, która wyjaśniała, że są to wewnętrzne sprawy każdego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. Dlatego wypowiedzi pierwszej prezes Sądu Najwyższego należałoby odczytywać raczej jako wyraz pewnej frustracji z tego, że Zjednoczona Prawica konsekwentnie dąży do wdrożenia reformy wymiaru sprawiedliwości w Polsce, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego działa, że przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa spokojnie obwieszcza, iż wyrok Sądu Najwyższego nie ma żadnego wpływu na funkcjonowanie czy to Krajowej Rady Sądownictwa, czy Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.
Wiadomo, że za kilka miesięcy kończy się kadencja pierwszej prezes Sądu Najwyższego i czy to się komuś podoba, czy nie Małgorzata Gersdorf odejdzie ze stanowiska. Czy ten fakt ma tu swoje znaczenie?
– Rzeczywiście prof. Małgorzata Gersdorf niedługo odejdzie ze stanowiska pierwszego prezesa Sądu Najwyższego i właściwie – w tym momencie, niejako w przeddzień – wygłaszanie tego rodzaju kontrowersyjnych opinii jest tak naprawdę nie na miejscu. Myślę, że pierwsza prezes Sądu Najwyższego powinna łagodzić napięcia, apelować, ale raczej do sędziów o powstrzymanie się od działań o charakterze politycznym, a nie jeszcze dolewać oliwy do ognia.
Wracając jeszcze do działań Komisji Europejskiej, jak długo jeszcze – Pana zdaniem – może potrwać taki stan nagonki na Polskę?
– Po majowych wyborach do europarlamentu i po tym, jak niechętny Polsce Frans Timmermans zszedł nieco w cień, wydawało się, że aura wobec Polski będzie bardziej przyjazna. Okazuje się jednak, że niekoniecznie, bo ministrowie ds. europejskich ponownie zajmują się Polską w kontekście art. 7 dotyczącego praworządności. Cóż, widać jednak, że w Unii Europejskiej ciągle wpływowe są środowiska liberalne i lewicowe, które wygrały wybory do Parlamentu Europejskiego i wciąż dominują, także w Komisji Europejskiej. Nie ma się co łudzić, że środowiska te zaprzestaną swoich działań przeciwko Polsce. Dlatego będą wspierać opozycję w naszym kraju – Koalicję Obywatelską, partie lewicowe, które Platforma Obywatelska i Grzegorz Schetyna wskrzesili – właściwie z niebytu – wprowadzając ich przedstawicieli z PRL-owskim rodowodem do europarlamentu. Tak się niestety porobiło, że zamiast zachowywać daleko idący obiektywizm – szczególnie w tych sprawach, które zgodnie z prawem traktatowym należą do kognicji państw członkowskich – przedstawiciele Komisji Europejskiej angażują się politycznie po jednej stronie sporu w Polsce. Z drugiej jednak strony myślę, że bardzo zdecydowane stanowisko premiera Mateusza Morawieckiego i polskiej dyplomacji będzie na tyle skuteczne, że próby wtrącania się w nasze wewnętrzne sprawy zostaną zahamowane.
Straszy się nas również cięciami środków unijnych. Nie ma takiego zagrożenia?
– Wiązanie skutków badania tzw. praworządności w poszczególnych krajach z funduszami unijnymi jest nie tylko że kuriozalne, ale przede wszystkim jest niezgodne z prawem traktatowym zawartym z Unią Europejską. Opozycja totalna, która wiedzie prym w tej narracji i próbach stworzenia atmosfery, że ktoś nam coś zabierze, jest niepoważna. To nic innego jak próby rozgrywania wewnętrznych spraw Polski na arenie międzynarodowej, stąd te próby straszenia nas finansowymi konsekwencjami. Myślę jednak, że to się nie uda, że na próby powiązania zachowania tzw. praworządności z uruchomieniem środków w kolejnej perspektywie finansowej Unii Europejskiej nikt się nie zgodzi, dlatego uważam, że w tej kwestii możemy być spokojni.