Kto chce sięgnąć po prezydenturę
Wtorek, 10 grudnia 2019 (21:51)Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Nawiązując do sobotniej tzw. debaty między Małgorzatą Kidawą-Błońską a Jackiem Jaśkowiakiem, czy kampania prezydencka ze strony Platformy nie zaczyna być śmieszna?
– Miało być poważnie, miało być bardzo merytorycznie, miał to być objaw demokracji, a wyszło żałośnie. Partia, która ma ugruntowaną pozycję na polskiej scenie politycznej, tak naprawdę sama nie potrafi rozstrzygnąć, kto powinien być jej kandydatem na najwyższy urząd w państwie. Dziś nie wiemy i nie wiedzą tego sami politycy Platformy, kto z dwójki Małgorzata Kidawa-Błońska i Jacek Jaśkowiak ma być kandydatem na prezydenta. A może Szymon Hołownia, który się właśnie wyłonił. Co więcej, w sposób ewidentny uderza w elektorat Platformy, w to samo środowisko, i próbuje rozegrać to towarzystwo.
Skoro poruszył Pan ten temat, to czyim kandydatem jest Szymon Hołownia?
– Jest przedstawicielem czwartej władzy, a więc jednej z części systemu. Tym bardziej dziwne, że próbuje kreować się na krytyka systemu. Skoro bowiem uważa, że nikt, kto jest dzisiaj częścią systemu, nie może, nie ma moralnego prawa zmieniać Polski, to tak naprawdę sam sobie strzela w kolano, bo dziennikarze – chcą czy nie – są częścią systemu. Dziennikarze są tymi, którzy kreują rzeczywistość, choć powinni ją przedstawiać. Czwarta władza to jest część systemu, a Szymon Hołownia przez lata był przedstawicielem stacji ewidentnie politycznej, prowadzącej własną politykę, a nie politykę informacyjną.
Czy ta kandydatura może oznaczać, że stacja, o której mówimy, a której nazwy nie wymieniamy, chce jeszcze bardziej wpływać na sytuację w Polsce?
– Myślę, że problem jest znacznie poważniejszy, dlatego nie sprowadzałbym tego wyłącznie do znanej stacji telewizyjnej, ale podchodzę do tego szerzej. Uważam, że mamy powtórkę z Ryszarda Petru, tylko w wersji nieco bardziej inteligentnej i ogranej medialnie. Szymon Hołownia to człowiek, po którym – raczej – nie powinno się oczekiwać wpadek w rodzaju „sześciu króli”. Tak to widzę. A zatem mamy sytuację, gdzie w wyborach startuje człowiek, który oficjalnie oczywiście będzie mówił, że jest niezależny, że jest spoza systemu itd., ale kampania prezydencka to koszty. Koszt kampanii prezydenckiej to kwoty rzędu 20-30 milionów złotych, ponieważ nie mówimy tu o wyborach na radnego gminy czy wójta, ale o wyborach na prezydenta kraju, i ktoś taką kampanię musi sfinansować. A jak mawia klasyk: nie ma bezpłatnych obiadów, a zatem ktoś za nie musi płacić. W polityce jest taka zasada: pokaż, kto jest twoim sponsorem, kto za tobą stoi, a my powiemy ci, kim jesteś. A zatem, Panie Hołownia, niech Pan pokaże, kto zapłaci za Pana kampanię. Proszę zwrócić uwagę, że Robert Biedroń ma do dzisiaj problemy z rozliczeniem pierwszej konwencji Wiosny. Jak pamiętamy, była to imponująca pod względem rozmachu konwencja, ale za to musiał ktoś zapłacić. Pytanie kto…? Ten przykład pokazuje, że rozliczenie takich spraw może być kłopotliwe.
A zatem Hołownia to nie jest kandydat przypadkowy, jak to się określa, z łapanki?
– Oczywiście, Hołownia był od dawna szykowany do startu, stąd był przedstawiany jako dziennikarz nowoczesny, ale bardziej stonowany, jako dziennikarz z jednej strony katolicki, ale jednocześnie laicki. Pierwsze moje wrażenie, to odmłodzona wersja Tadeusza Mazowieckiego. W mojej ocenie, w polityce nie ma przypadku, a decyzji o kandydowaniu na prezydenta Polski nie podejmuje się w ciągu jednego dnia, ale to jest pewien proces, który jest rozłożony na miesiące, a nawet na lata. I do tego procesu trzeba się przygotować finansowo, mentalnie, a także zespołowo, po prostu trzeba zbudować drużynę. Polityk sam to może pójść na kawę. Natomiast w takiej kampanii jak prezydencka potrzebna jest armia wolontariuszy, drużyna, która pomoże przy zbieraniu podpisów, a później poprowadzi kampanię w poszczególnych województwach, powiatach czy miastach, a także przygotuje spotkania, na których kandydat będzie musiał być obecny. Kampania prezydencka to, lekko rzecz ujmując, pół roku w samochodzie, autobusie, hotelach. Jednocześnie kampania wiąże się z wynajmem sal, zapewnieniem nagłośnienia, oprawy muzycznej, a do tego potrzebna jest armia ludzi, która pojawi się przed kandydatem i wszystko zepnie w całość. Ale to nie koniec, bo za to wszystko ktoś wystawi rachunek, który trzeba będzie zapłacić. I każdy kandydat prędzej czy później będzie musiał przedstawić rachunek, pokazać rozliczenia kampanii i powiedzieć, skąd na to wszystko pieniądze.
Jakie szanse ma Hołownia?
– Dopóki trwa kampania, póki nie ma wyników, to każdy kandydat powinien być traktowany poważnie, bo każdy ma szanse – mniejsze czy większe, ale szanse. Przypomnę tylko, jak w 2014 roku w listopadzie ogłoszono, że kandydatem Prawa i Sprawiedliwości na prezydenta będzie Andrzej Duda. Prezentacja ówczesnego europarlamentarzysty była traktowana jako żart, nawet jako kpina, a Platforma uznała, że to jest przykrycie afery madryckiej posłów, którzy sobie poszaleli podczas wyjazdu. Pamiętam te uśmiechy w szeregach Platformy, kiedy udawano, że nie wiedzą, jak wygląda Andrzej Duda, więc szukano zdjęcia w Googlach. Bronisław Komorowski miał na początku olbrzymią przewagę i mówiono nawet, że nie ma z kim przegrać, a Adam Michnik uciekał się do różnych porównań, kpiąc z kandydata Dudy. Jak to się skończyło, wszyscy wiemy, dlatego – mając w pamięci tamte doświadczenia – nie należy lekceważyć żadnego kandydata. Trzeba też powiedzieć, że o ile w 2015 roku za Andrzejem Dudą stała poważna siła polityczna, Prawo i Sprawiedliwość, to w przypadku Szymona Hołowni trzeba zapytać: jaka siła polityczna, ekonomiczna za nim stoi? Podobne pytanie zadam każdemu kandydatowi, który zdecyduje się na start w majowych wyborach. Tu chodzi o transparentność, bo wyborcy mają prawo wiedzieć, znać takie podstawowe rzeczy.
Skoro komik, aktor został prezydentem Ukrainy, to może ktoś chce powtórzyć ten manewr w Polsce, tyle że z dziennikarzem?
– Ten przykład jest często przytaczany i w jakimś sensie można się tu doszukiwać analogii. Ale do startu Szymona Hołowni podchodzę ze spokojem. Mianowicie mówimy o pewnej próbie, o produkcie medialnym, który dzisiaj ktoś próbuje sprzedać Polakom. Zobaczymy, jaki będzie efekt tej gry. Warto też wziąć pod uwagę, że politycy zapracowali sobie na bardzo negatywną ocenę – nie tylko poprzez spory polityczne, ale poprzez awantury i wojny, których wszyscy byliśmy świadkami. To, że w polityce istnieją spory, to rzecz normalna – były i będą, co do tego nie ma wątpliwości – ale że są wojny, to na coś takiego nie ma i nie może być zgody.
Powróćmy jeszcze do sobotniej tzw. debaty między Kidawą-Błońską a Jaśkowiakiem. Czy w tej debacie był w ogóle element rywalizacji?
– Na pewno nie ma wątpliwości co do tego, że Małgorzata Kidawa-Błońska jest kobietą, a Jacek Jaśkowiak mężczyzną. Ponadto Kidawa-Błońska nie biega, a Jaśkowiak i owszem, i to nawet maratony. I to wszystkie różnice, jakie mogę wymienić po tej debacie.
Czy ilość lapsusów po stronie Kidawy-Błońskiej – w końcu doświadczonego polityka – pasuje do kandydata na najwyższy urząd w państwie?
– No właśnie, wydawałoby się, że wpadek Ryszarda Petru nie da się przebić, a jednak… I to też jest ciekawe, bo to pokazuje, że można długo istnieć w polityce, wizerunkowo się ładnie sprzedawać, ale kiedy trzeba coś mądrego, merytorycznego powiedzieć, to pojawia się problem. Nie wystarczy dobrze wyglądać, bo trzeba się jeszcze odezwać i kłopot gotowy. Czasem, żeby kogoś pogrążyć, wystarczy dać mu do ręki mikrofon, wystawić go przed kamerę telewizyjną i nie przeszkadzać.
Po to Małgorzata Kidawa-Błońska została wystawiona przez Grzegorza Schetynę?
– Platforma ma dzisiaj problem, kogo poprzeć jako kandydata na prezydenta, a do tego pojawia się Hołownia, który będzie zabiegał o ten sam elektorat. Gra tych trzech osób: Kidawy-Błońskiej, Jaśkowiaka i Hołowni to faulowanie w ramach jednej drużyny. Według mnie, jest to bez sensu. W ich interesie jest się dogadać i wystawić jednego, wspólnego kandydata.
Nie wygląda na to, żeby doszło do porozumienia…
– I na tym zyska prezydent Andrzej Duda.
Jaki zatem cel ma opozycja? Nieważne jak, nieważne kim, ale ważne, żeby przeciwstawić się Andrzejowi Dudzie?
– Obecnie po stronie opozycji trwa szukanie osobowości. Kandydat na prezydenta musi mieć osobowość, musi to być ktoś, kto nie jest anonimowy, nie jest nieznany. Ktoś, kto może się pochwalić swoimi dokonaniami, osiągnięciami w życiu osobistym, zawodowym. A jednocześnie ktoś, kto ma szacunek i uznanie wśród ludzi i to nie tylko szacunek zawężony do jednego kręgu czy środowiska politycznego, ale ktoś, kto jest ceniony wśród ludzi o różnych poglądach czy przekonaniach. I to jest cała sztuka, aby znaleźć kogoś takiego, ale ta sztuka nie każdej formacji politycznej wychodzi.
Jak widzi Pan przyszłość Platformy? Czy po majowych wyborach formacja ta przetrwa w dotychczasowym kształcie?
– Do „sześciu króli” – jak mawia klasyk – Platforma przetrwa, a potem mamy wybory na szefa Platformy i na początku stycznia wszystko powinno się wyjaśnić.
Chętnych, żeby przejąć polityków Platformy, nie brakuje.
– To prawda, ale w samej Platformie mają świadomość, że Grzegorz Schetyna nie jest doskonały. Tylko może się okazać, że Schetyna zostanie zamieniony na jeszcze słabszego przewodniczącego, który kompletnie rozwali Platformę, co może być na rękę Donaldowi Tuskowi.