• Niedziela, 15 grudnia 2019

    imieniny: Waleriana, Celiny, Niny

Niepodległość jest w nas

Poniedziałek, 11 listopada 2019 (12:54)

ROZMOWA z dr. Jarosławem Szarkiem, prezesem IPN

Panie Prezesie, komu przeszkadzają nasi Żołnierze Niezłomni – gen. August Emil Fieldorf „Nil”, mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko”? Dlaczego następuje tak gwałtowna reaktywacja propagandy komunistycznej?

– Wytworzyła się całkiem spora koalicja przeciwników Niezłomnych Żołnierzy Wyklętych. Tworzą ją postkomuniści, wszelkie odłamy kontrkulturowych rewolucjonistów oraz opozycja. Nawet ta jej część, która ma solidarnościowe korzenie, ale w imię walki z obozem rządzącym, który od lat angażował się we wspieranie powrotu „rozstrzelanej armii”, staje po stronie tych, którzy nadal ich wyklinają. Nie bez znaczenia jest również fakt, iż trwa, a nawet wzmaga się, wojna kulturowa, która prowadzona jest ze wszystkim, co Polskę kształtowało przez wieki, co nam pozwoliło przetrwać czas zaborów, okupacji, niewoli – z tożsamością, z Kościołem, rodziną.

Triumfalny powrót Niezłomnych Żołnierzy Wyklętych w ostatnich latach, autentyczne zaangażowanie młodego pokolenia w przywrócenie ich naszej pamięci, oznaczał również powrót świata wartości, które reprezentowali, a były nimi odwaga, honor, bezkompromisowa wierność sprawie niepodległości.

Postkomuniści w szatach nowej lewicy nie mogą znieść, że Żołnierze Niezłomni są w panteonie narodowym uosobieniem wartości, które porywają młodzież?

– Jeżeli można to pokolenie scharakteryzować, to z jednej strony mamy Danutę Siedzikównę „Inkę”, z jej troską, żeby „zachować się, jak trzeba”, a z drugiej płk. Łukasza Cieplińskiego z jego testamentem zawartym w grypsach więziennych: „Cieszę się, że będę zamordowany jako katolik za wiarę świętą, jako Polak za Polskę niepodległą, jako człowiek za prawdę i sprawiedliwość”. To jest ilustracja tego pokolenia, ich głos, to, czym żyli, w co wierzyli. Fascynacja młodego pokolenia Żołnierzami Wyklętymi nie może ograniczać się jedynie do noszenia koszulek z ich wizerunkami, ale ważne jest świadectwo, które pozostawili, dlatego grypsy płk. Łukasza Cieplińskiego, pamiętnik Zdzisława Brońskiego „Uskoka” czy Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” powinny być lekturą szkolną.

To nie jest jednak zwykły spór polityczny, ale przede wszystkim ideowy?

– Przecież to jest zasadnicza kwestia. Tamto pokolenie odwoływało się do tego, żeby zachować się, jak trzeba, do tego dążono, nawet za cenę życia. A dzisiaj jest przyzwolenie – i to jest dramatyczne, żeby się zachować, jak nie należy. Następuje zupełne odwrócenie pojęć. To jest efekt relatywizmu, który dzisiaj zwycięża na świecie, bo tak jest prościej: nie ma dobra, nie ma zła, nie ma zdrady. Mając w pamięci XX-wieczne doświadczenia, takie wybory mają konsekwencje. Od tego, na jakich wartościach budujemy dzisiejszą Polskę, będzie zależało, jaka będzie w przyszłości. Czy stajemy po stronie Armii Krajowej, czy tych, którzy wieszali plakat „AK zapluty karzeł reakcji” i z tymi „karłami” następnie walczyli, po czym pozostały dziesiątki takich miejsc jak Łączka. Czy stajemy po stronie tradycji zmagań o niepodległość, czy tych, którzy z nią walczyli, od Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski, od Dzierżyńskiego, Marchlewskiego, Kona, przez Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego po Wojskową Radę Ocalenia Narodowego Jaruzelskiego i Kiszczaka, żeby ograniczyć się tylko do XX wieku.

 

Dziś retoryka jest bardziej perfidna, niektórzy mówią o Żołnierzach Niezłomnych: to postacie kontrowersyjne. Radni Białegostoku, pozbawiając mjr. „Łupaszkę” patronatu nad ulicą w tym mieście, przywołali wydarzenia w Dubinkach, nie wspominając, że major nie wydał rozkazu, ani nie był obecny na miejscu.

– W tych zmaganiach nie o fakty przecież chodzi. Te dzisiaj już znamy dzięki pracy historyków, głównie z Instytutu Pamięci Narodowej. Przez dziesiątki lat propaganda komunistyczna budowała obraz Żołnierzy Wyklętych jako bandytów, zbrodniarzy, odzierając ich z godności. Wiedzieli, że nie wystarczy ich zabić, ale trzeba pozbawić honoru. Major Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” nie miał złudzeń, czym będą komunistyczne rządy, widział to na wschodzie: wymordowanie oddziału „Kmicica”, los AK w Wilnie. I podjął walkę – stawił opór nowemu zniewoleniu, trwając do końca z bronią w ręku. W sytuacji, w jakiej się znalazł, to był wybór heroiczny. Trzeba było stworzyć więc jego czarną legendę. Stał się jednym z najbardziej wyklętych. W 1968 roku to nim posłużył się Gomułka, atakując Pawła Jasienicę. Walka pisarza u boku „Łupaszki” była tym, co miało autora „Rzeczypospolitej Obojga Narodów” ostatecznie pogrążyć. Podobnie, jeszcze w czasach „Solidarności”, atakowano niektórych działaczy, wskazując na ich rodzinne związki z „Wyklętymi”. Przewodniczącemu rzeszowskiej „Solidarności”, Antoniemu Kopaczewskiemu, wypominano ojca „Lwa” poległego w 1946 roku.

 

Wyraźnie widać, że przeciwnicy Żołnierzy Niezłomnych stosują tzw. taktykę salami, stopniowo eliminując bohaterów. Najpierw wzięli na cel kpt. Romualda Rajsa „Burego”, przyklejając mu etykietę „ludobójcy”. Potem Józefa Kurasia „Ognia”, teraz „Łupaszkę”.

– Taktyka salami jest starą, sprawdzoną, nie tylko na Węgrzech, komunistyczną metodą likwidacji partii opozycyjnych. Kolejno wybieramy osoby rzekomo kontrowersyjne i po kawałku odcinamy, aż w końcu nie zostaje nic. Przez antykomunistyczne podziemie niepodległościowe przeszły dziesiątki tysięcy żołnierzy. Wojna jest brutalna i bezwzględna. Mamy już wiele publikacji na temat odpowiedzialności za śmierć i cierpienia niewinnych, cywilnych ofiar, powstają kolejne. I to jest droga do prawdy, a nie powtarzanie epitetów powstałych w ubeckich gabinetach w latach 40. i 50. XX wieku.

Mamy do czynienia z coraz częstszymi przypadkami w przestrzeni publicznej, i to nie dotyczy tylko tych działań. Trudno wytłumaczyć opór w Warszawie przed zmianą ulic, którym patronują komunistyczni funkcjonariusze, i powrót do tych nazw. Czy to przypadek, że stało się to 13 grudnia?

– Rekomunizacja ulic w stolicy rzeczywiście przeszła praktycznie bez protestów, co dokonało się nie dość że 13 grudnia, to jeszcze w roku setnej rocznicy odzyskania niepodległości. Cień Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina przysłania więcej, niż mogło się wydawać. W ostatnich tygodniach, w związku z rocznicą zamordowania bł. ks. Jerzego Popiełuszki, doszło do przekroczenia kolejnych granic. Wiwaty na cześć człowieka, który jest określany Goebbelsem stanu wojennego – co zaakceptował nawet sąd III RP – to są rzeczy niewyobrażalne, ale jednocześnie ilustrują kryzys moralny, w jakim się znajdujemy. To kryzys cywilizacji, która pogrąża się coraz bardziej, odrzucając własną tożsamość, brnąc w ideologiczne koncepcje.

Przywracanie pamięci Żołnierzy Wyklętych przyspieszyło, gdy dzień 1 marca stał się świętem państwowym integrującym różne pokolenia. Teraz ten ruch jakby trochę przygasał, mniej ludzi przychodzi na uroczystości.

– Jako Polacy mamy w sobie coś takiego, że zapalamy się do pewnych idei, a potem je porzucamy. Dzisiaj mamy święto państwowe Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, czyli ta pamięć jest zinstytucjonalizowana. Pamięta państwo polskie, więc ludzie przestają się trochę angażować, bo państwo robi to za nas. A to był niezwykle aktywny, żywy, oddolny ruch budowania pamięci, wspólnoty, od niewielkich miasteczek, środowisk, które uzyskały wsparcie Instytutu Pamięci Narodowej. Setki naszych publikacji, konferencji naukowych, wystaw, filmów, materiałów i szkoleń edukacyjnych, wykładów, spotkań, prace na Łączce i w dziesiątkach takich miejsc w Polsce, uroczyste pogrzeby odnalezionych bohaterów. Niektórzy mówili, że tego wszystkiego już za dużo, że ten temat się wyczerpał. Ostatnie wydarzenia pokazują, jak bardzo się mylili. Ten ogromny wysiłek Instytutu będzie kontynuowany, gdyż wciąż jest potrzebny. Trzeba nadal systematycznej pracy. Badania socjologiczne pokazują, że dla blisko 90 proc. młodego pokolenia Niezłomni Żołnierze Wyklęci są bohaterami, ale blisko połowa nic nie wie na ich temat, więc tę pamięć można dowolnie kształtować, a nie brakuje chętnych, żeby tę pustkę wypełnić.

Czy samorządy mogą prowadzić działania sprzeczne z polityką historyczną państwa?

– Mandat lokalnej społeczności nie usprawiedliwia takich działań, mają one podłoże polityczne. Schemat myślenia jest taki: skoro obóz rządzący buduje pamięć wokół określonych postaci, to my będziemy przeciw, gdyż są to „PiS-owscy bohaterowie”. Niestety, to wyraz małości i intelektualnej mizerii niektórych środowisk potrafiących definiować rzeczywistość jedynie w odniesieniu do PiS. Problemem jest jednak obojętność mieszkańców, którym wszystko jedno, przy jakiej ulicy mieszkają. Zobaczymy, jak będzie w Białymstoku i Żyrardowie. Białystok to przecież miasto o silnej tradycji patriotycznej, stolica Podlasia. Dla Żyrardowa posiadanie takiego patrona jak generał Fieldorf „Nil” powinno być nobilitujące. Kawaler Orła Białego, dowódca Kedywu, jeden z najwybitniejszych generałów, człowiek symbol. Przecież generał „Nil” mógł żyć, wystarczyło, że podpisze odezwę do żołnierzy podziemia w imieniu fikcyjnej organizacji, czyli pójdzie na współpracę z UB. Odmówił. Wprost niepojęte, że można ośmielić się podnieść rękę na człowieka tej miary, tak ogromnych zasług. Niestety, w czasach bezwstydu wszystko okazuje się możliwe. Ale o gen. „Nila” trzeba walczyć, trzeba, aby każdy z nas, któremu nie jest obojętna Polska, dał od siebie te dwa grosze.

Panie Prezesie, ma Pan nadzieję, że radni Białegostoku i Żyrardowa opamiętają się i zmienią decyzję? Dostali z IPN materiały edukacyjne.

– To policzek, który wymierzono bohaterom i Polsce. Gdyby żyli oprawcy generała „Nila” czy ci, którzy go potem wyklinali, przyklasnęliby tym uchwałom. Niestety, tak to wygląda. Tym ludziom radni dali satysfakcję. I teraz na swoje sumienia biorą ten wybór.

To, czego nam brakuje, to punkt odniesienia. Dlatego nasza konfrontacja z tamtym pokoleniem chyba nie wygląda dziś najlepiej.

– Świętujemy odzyskanie niepodległości, przed nami 100. rocznica zwycięstwa nad bolszewikami. Tamta Polska stworzyła szkołę, wychowała pokolenie, które nie zawahało się dokonać wyboru w czasie II wojny światowej i po niej. Jacy my jesteśmy? Co zostanie po tych 30 latach? Technologie nie zastąpią nam ducha. Niektórzy mówią: mamy niepodległość, niech inni się nią zajmują, ja już nie muszę. A tu przede wszystkim trzeba strzec szkoły, uniwersytetu, to wszystko się dzieje na wyższych uczelniach. To środowisko 12 lat temu powiedziało „nie” lustracji, odmówiło konfrontacji z własną przeszłością. A dzisiaj, niestety, idzie z „postępem”.

Po raz trzeci Polska skierowała do Szwecji Europejski Nakaz Aresztowania, domagając się wydania Stefana Michnika. Podzieli los poprzednich?

– Na razie nie powiodła się żadna próba ekstradycji zbrodniarzy komunistycznych. Państwa zachodnie odmówiły wydania Polsce Heleny Wolińskiej-Brus, Salomona Morela czy Stefana Michnika. Osoby, którym przedstawiono poważne zarzuty, nie stanęły przed sądem. My chcemy pokazać ofiary tych ludzi, i to jest element pewnego zadośćuczynienia.

30 lat temu żyło wielu zbrodniarzy sądowych, nie rozliczono ich.

– Żyło wtedy jeszcze wielu żołnierzy AK, NSZ, którzy nie doczekali sprawiedliwości. U schyłku życia zafundowaliśmy im bolesne doświadczenie, oddając pełnię władzy formacji postkomunistycznej. To pokazało, że sprawa, o którą walczyli, płacąc wysoką cenę, nie zyskała poparcia większości.

IPN jest dzisiaj na pierwszej linii zmagań z antykulturą, nieprzypadkowo lewica zapowiada likwidację Instytutu.

– Zadaniem IPN jest przywracanie pamięci, budowanie tożsamości, co jest jednym ze źródeł siły Narodu. I na tym się skupiamy, a głosy domagające się naszej likwidacji traktujemy jako potwierdzenie naszej skuteczności i docenienie roli. Zresztą, towarzyszą nam one od samego początku, od powstania Instytutu. Przez długie lata byliśmy wymieniani jako jedyna instytucja do likwidacji. Dzisiaj straciliśmy ten monopol i pojawiamy się w towarzystwie innych „złych” instytucji państwowych. Przypominam jednak, że rozwiązanie IPN nic nie załatwi, pozostaną po nas setki publikacji, wystaw, tablic, pomników, odnowionych grobów, przywróconych naszej pamięci, a skazanych przez komunistów na nieistnienie. I ta praca trwa nieustannie: w ciągu ostatnich zaledwie dni do Dąbrowy Górniczej wrócił Henryk Glass „Chudy Wilk”. Odsłoniliśmy tam jego tablicę. To jeden z twórców harcerstwa, który całe życie poświęcił walce z komunizmem w odrodzonej RP, w szeregach AK, na emigracji. Z kolei wydany właśnie audiobook „Dziennik. Wrześniowa obrona Warszawy” – wiele godzin niezwykłego świadectwa tamtego czasu – rozpoczyna powrót ppłk. Wacława Lipińskiego, najbliższego współpracownika prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego. Odegrał on olbrzymią rolę w podtrzymywaniu ducha Warszawy po 1 września 1939 r. W ówczesnej prasie pisano, że po wojnie stolica zbuduje dwa pomniki: Starzyńskiemu i Lipińskiemu, który będzie miał też swoją ulicę. Nie ma jej do dzisiaj, bo po wojnie zamordowali go komuniści. Na początku listopada odbył się w Dęblinie uroczysty pogrzeb byłego komendanta „Szkoły Orląt”, gen. bryg. pilota Szczepana Ścibiora, zamordowanego przez komunistów i znalezionego na Łączce. Nasz projekt edukacyjny „Łączka i inne miejsca poszukiwań” cieszy się ogromnym zainteresowaniem młodzieży. Podejmujemy poza tym dziesiątki innych przedsięwzięć w kraju i poza granicami.

Jest więc szansa, że zjawisko Żołnierzy Wyklętych nie okaże się chwilową modą, fasonem? Nie uda się zatrzymać powrotu bohaterów?

– Mam nadzieję, że decyzje samorządów spowodują, że Niezłomni Żołnierze Wyklęci wrócą z jeszcze większą siłą, bo za nimi stoi ogromna moc. Niestety, nie rozumieją tego ci, którzy z nimi walczą, ale oni chyba nie rozumieją Polski. Tej, która trwa od ponad tysiąca lat, z której dziedzictwa czerpali Niezłomni Żołnierze Wyklęci. A to jest ziarno, z którego cały czas wyrasta młody las.

Dziękuję za rozmowę.

Małgorzata Rutkowska