Na szczerość Tuska nie liczę
Czwartek, 31 października 2019 (18:03)Ze Stanisławem Ożogiem, byłym europosłem, obecnie senatorem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki
W grudniu ma się ukazać książka Donalda Tuska pt. „Szczerze”. Ma ona opowiadać m.in. o kulisach europejskiej polityki. To zapowiedź powrotu Tuska do polskiej polityki?
Nie sądzę. Widać natomiast, że człowiek ten po zakończeniu „kariery” na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej za wszelką cenę chce pozostać w grze. Znamienny jest także tytuł książki, bo na szczerość tego polityka osobiście nigdy nie liczyłem i nie liczę. Oczywiście, można do tego podchodzić humorystycznie, i ja również tak podchodzę do tego „dzieła”, które jeszcze się nie ukazało, a już wszyscy o nim mówią. Tylko czy rzeczywiście jest o czym…? Być może jest to akt rozpaczy i próba powrotu do świadomości publicznej w Polsce: że ktoś taki w ogóle istnieje, a przemyślenia zawarte w tej książce – wątpliwe, czy autorstwa samego Donalda Tuska – mają – według niego czy jego doradców – pomóc w przyszłym powrocie do kraju. Moim zdaniem jednak jest to bardzo ryzykowne i wygląda na to, że „tonący brzytwy się chwyta”, a Tusk nie do końca wie, co chce robić, nie jest też do końca pewne, jakie plany co do jego osoby mają jego zagraniczni mocodawcy.
Tytuł „Szczerość” i Donald Tusk…
To rzeczywiście dość dziwne zestawienie – przeciwstawne, wzajemnie się wykluczające. To wygląda na jakiś kiepski żart...
W zapowiedzi „Szczerze” można przeczytać, że to nie książka o kulisach władzy, ale polityczne credo Donalda Tuska i opowieść o europejskiej polityce, która bywa gorzkim rozczarowaniem…
Jeśli Donald Tusk chce zdradzać polityczną kuchnię, to być może będzie to – w jakimś sensie – próba streszczenia sytuacji, jakie miały miejsce u „Sowy”, gdzie brylowali jego partyjni koledzy, co może być bardzo ciekawe. Może też odsłoni kulisy swoich dwóch kadencji na stanowisku szefa Rady Europejskiej. To może być ciekawe, zwłaszcza że w „harataniu w gałę” na boiskach unijnych oraz w innych sprawach towarzyszył mu jego przyboczny Paweł Graś – dla przypomnienia: jeden z bohaterów taśm od „Sowy”.
W Brukseli zamiast herbaty czy kawy zwyczajowo pija się szampana?
Wiem, co ma Pan na myśli, chodzi o coroczną kontrolę wydatków Rady Europejskiej, której już drugą kadencję przewodniczy Donald Tusk. Kontrola wykazała, że blisko pół miliona złotych z funduszy Rady Europejskiej wydano na cztery tysiące butelek szampana. Odpowiadając wprost: nie wiem… Być może w Brukseli są tacy politycy, którzy zamiast herbaty czy kawy do śniadania pijają szampana... Przy okazji miałbym jednak do Donalda Tuska jedno pytanie: czy ten szampan został zakupiony w Polsce i czy akcyza trafiła do Polski, czy może – jak donoszą media – był to szampan wyprodukowany w północno-wschodniej Francji?
Jak podsumować europejską „karierę” Donalda Tuska i jakie korzyści odniosła Polska z podwójnej kadencji tego polityka jako szefa Rady Europejskiej?
Polska nie odniosła absolutnie żadnych korzyści z faktu, że Donald Tusk był szefem Rady Europejskiej. W trakcie tych dwóch kadencji Donald Tusk nie reprezentował nigdy i nigdzie Polski. Był natomiast reprezentantem interesów pewnej grupy, nazwijmy to: uprawiaczy polityki, która nie ma nic wspólnego z patriotyzmem czy reprezentacją interesów narodu, z którego się wywodzi Tusk. Ta książka – tak mi się wydaje – będzie podsumowaniem tego, jakim był jako polityk i jak przebiegała jego kariera polityczna. Myślę, że w sposób zamierzony czy niezamierzony odsłoni ona kulisy dotyczące jego osoby i przekona dotychczas nieprzekonanych o tym, że jest to jeden z najgorszych polskich polityków po 1989 roku.
Środowiska liberalno-lewicowe wciąż liczą, że Donald Tusk powróci do Polski na białym koniu i uleczy kontuzjowaną opozycję, a niewykluczone, że stanie się on liderem i wystartuje w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Czy zatem książka może być swoistą sondą, czy ten manewr ma szanse powodzenia?
Mamy tu próbę odpowiedzi na pytanie, czy warto jeszcze stawiać na Tuska. Czy on może się liczyć w wymiarze polityka krajowego, czy może – po skończonej kadencji szefa Rady Europejskiej – powinien dalej pozostać w Europie. Jeśli rzeczywiście ma zostać przewodniczącym Europejskiej Partii Ludowej (EPP), o czym się mówi głośno, to trzeba mieć świadomość, że zarówno Platforma, jak i PSL są członkami EPP, natomiast głównym dowodzącym tej europejskiej międzynarodówki są Niemcy – CDU. Dla mnie, gdyby Donald Tusk został przewodniczącym EPP, oznaczałoby to, że Niemcy wybrali go na szefa interesów partii, która jak na razie rządzi u naszych zachodnich sąsiadów. A zatem Tusk stałby się reprezentantem niemieckiej polityki na europejskich salonach, a więc występowałby dokładnie w tej samej roli co dotychczas. Przyjęcie przez niego mandatu szefa EPP byłoby ostatecznym potwierdzeniem tego, że bliżej mu do Niemiec, że w tym towarzystwie czuje się dobrze, a jego misją, czy też zadanie polityczne polega na reprezentowaniu właśnie interesów niemieckich, nie polskich. W końcu nieprzypadkowo kanclerz Angela Merkel – jako główna rozgrywająca – powierzyła mu funkcję przewodniczącego Rady Europejskiej, czy właściwie namaściła go na to stanowisko.
Jeśli Niemcy stawiają na Tuska, to nie świadczy to dobrze o nich samych. Czy to może oznaczać, że Berlin też nie ma jasno określonej politycznej wizji?
Niemcy, jeśli chodzi o przywództwo, w tej chwili nie mają jasnej, wyrazistej linii. Zwrócę uwagę, że obserwujemy kres politycznej kariery i przywództwa Angeli Merkel, a kto obejmie schedę po obecnej kanclerz – nie jest do końca jasne. Od mniej więcej roku w Niemczech jest kryzys przywództwa i być może na scenie pojawia się Donald Tusk jako osoba, która zajmie stanowisko szefa EPP, polityk, którego w każdej chwili można zdmuchnąć ze świecznika politycznego, człowiek, który do tego czasu będzie spolegliwy i będzie wypełniał rolę na przeczekanie do lepszych czasów. Niemcy ciągle mają ambicje i roszczą sobie prawo do bycia głównym kreatorem na europejskiej scenie zarówno w wymiarze politycznym, jak i gospodarczym. O ile w katolickiej Polsce Donald Tusk stracił bardzo wiele – wystarczy tylko przypomnieć jego majowe występy na Uniwersytecie Warszawskim w towarzystwie redaktora naczelnego magazynu „Liberté!” Leszka Jażdżewskiego, którego skrajnie antykościelne przemówienie obrażające Kościół i uczucia ludzi wierzących spotkało się z falą krytyki Polaków, o tyle w zlaicyzowanej, czy wręcz antychrześcijańskiej zachodniej Europie Donald Tusk zebrał punkty jako lider obozu rewolucyjnego, który nie boi się twardej konfrontacji z „chrześcijańskim ciemnogrodem”. A zatem zakładając, że celem Donalda Tuska, czy też jego mocodawców jest kontynuacja kariery na europejskich salonach, a nie powrót do polskiej polityki, to ten radykalizm z całą pewnością uwiarygodnił go w Unii Europejskiej.