• Środa, 27 maja 2026

    imieniny: Augustyna, Jana, Juliusza

Współpracować w istotnych sprawach

Czwartek, 17 października 2019 (22:57)

Z Markiem Astem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym sejmowej Komisji Ustawodawczej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Za nami wybory. Jak na chłodno skomentuje Pan wynik wyborczy osiągnięty przez Prawo i Sprawiedliwość?

– Absolutnie jest to wynik historyczny, bo ponad osiem milionów głosów zdobytych to jest z jednej strony sukces i potężny mandat zaufania społecznego. Wiemy, że trzeba kontynuować kierunek zmian w Polsce, które zapoczątkowaliśmy w 2015 roku. Ten wynik oznacza też, że jest akceptacja dla tych propozycji, które zostały zgłoszone przez obóz Zjednoczonej Prawicy w kampanii wyborczej. Jest to też wyraz uznania ze strony wyborców dla PiS. Jest to także zobowiązanie, bo mamy świadomość, że Polacy nam ufają i nie możemy ich zawieść.

Jak ocenia Pan niespotykaną po 1989 roku frekwencję?

– Wysoka frekwencja jest sukcesem polskiej demokracji i wbrew temu, co przez cztery minione lata głosiła wszem i wobec totalna opozycja, demokracja w Polsce ma się znakomicie. Mamy obywatelskie społeczeństwo, które przy urnach decyduje o tym, kto ma rządzić w Polsce, to społeczeństwo decyduje o polskich sprawach. Myślę też, że jest to kolejny argument dla tych sił politycznych za granicą, które próbowałyby podważać nasze prawo do sprawowania władzy.

Czy wynik w wyborach do Senatu nie jest jednak pewnym niedosytem?

– Wybory do Senatu wygrało PiS, mamy największą liczbę senatorów: 48 mandatów, to jest naprawdę – można powiedzieć – połowa. Zważając, że kampania odznaczała się tym, że wszystkie ugrupowania opozycyjne prowadziły kampanię przeciwko nam, to siłą rzeczy musieliśmy się podzielić mandatami. Czas pokaże, co wyniknie, jeśli chodzi o funkcjonowanie Senatu, kiedy emocje wyborcze całkowicie opadną.     

Nie ma obawy, że Senat może się stać instrumentem wstrzymywania działań rządu?

– Mam nadzieję, że Senat – zgodnie z tym, jak jest określany – pozostanie izbą refleksji. Praktyka pokazuje, że często senatorowie decydują nie z politycznymi wskazaniami, ale zgodnie z własnym sumieniem, że w sytuacji, kiedy ustawy uchwalone przez Sejm są racjonalne i potrzebne, to wtedy nie ma jednomyślności – nawet wśród senatorów opozycji – żeby zablokować dobre, pożyteczne prawo. Wierzę zatem w zdrowy rozsądek poszczególnych senatorów opozycji, wierzę w to, że to, co dobre i potrzebne Polsce i Polakom, nie będzie przez Senat blokowane i że w tej izbie będą zapadały merytoryczne rozstrzygnięcia, które będą korygowały uchwalone przez Sejm ustawy, wyłącznie ze względów formalnych związanych chociażby z błędami legislacyjnymi.    

O ile w wyborach do Sejmu PiS osiągnęło lepszy wynik niż przed czterema laty, jeśli chodzi o liczbę posłów, zachowując stan posiadania, o tyle Koalicja Obywatelska osiągnęła wynik gorszy…

– Wygrana PiS – owszem – jest faktem, ale przewaga nie jest zbyt duża, jeśli chodzi o bezwzględną większość w Sejmie, ale damy radę. Natomiast jeśli chodzi o Platformę, która weszła w alians z innymi ugrupowaniami, więc już na starcie – przy formułowaniu zgodnie z uzgodnieniami koalicyjnymi list wyborczych – musiała ponieść straty. Wynik gorszy niż poprzednio o 4 punkty procentowe oznacza też ubytek, jeśli chodzi o mandaty. To też jest werdykt wyborców, bo to, co robiła tzw. totalna opozycja w mijającej kadencji Sejmu, spodobało się wyłącznie tym, którzy zagłosowali na Koalicję Obywatelską. Fakt jest taki, że Platforma przegrała wybory. Ojcem tej porażki Platformy jest bez wątpienia jej lider Grzegorz Schetyna, który we Wrocławiu zdecydowanie przegrał z Mirosławą Stachowiak-Różecką, a inny lider Koalicji Obywatelskiej Borys Budka w Katowicach musiał uznać porażkę z premierem Mateuszem Morawieckim.

Owszem, ale prezes Jarosław Kaczyński przegrał z Małgorzatą Kidawą-Błońską w Warszawie…

– To prawda, ale Warszawa jest – można powiedzieć – matecznikiem Platformy czy w ogóle totalnej opozycji. W dużych metropoliach dominują wyborcy liberalni, dlatego kandydaci o prawicowych, tradycyjnych poglądach przegrywają. Można zatem powiedzieć, że gdyby tylko warszawiacy mieli decydować o kształcie polskiej sceny politycznej, to nasze szanse na rządzenie byłyby mocno ograniczone. Na szczęście to wszyscy Polacy, a nie tylko w wielkomiejskich ośrodkach, mają prawo decydować o tym, komu powierzyć sprawowanie władzy w Polsce i to jest właśnie przejaw demokracji. Jednak wracając do pytania pana redaktora, myślę, że jest to też powód do refleksji dla Platformy, jak odnaleźć się w nowej kadencji Sejmu, na przestrzeni najbliższych czterech lat. Widać wyraźnie, że program „ulica i zagranica” w żaden sposób się nie sprawdził. Platforma, co też trzeba podkreślić, jest niespójna ideowo, bo w tym ugrupowaniu, którego kierownictwo wyraźnie skręciło w lewo, ciągle są politycy o poglądach prawicowych. Jest też trzecia siła w Sejmie, mianowicie lewica, która będzie dyktowała warunki pod kątem projektów LGBT, więc Platforma znalazła się w nie najlepszej sytuacji. My jako Zjednoczona Prawica mamy i konsekwentnie realizujemy znakomity program socjalny, kierowany i dedykowany polskiej rodzinie, natomiast oni są pod tym względem kompletnie beż żadnej oferty dla polskiego społeczeństwa.  

Czy słabszy od spodziewanego wynik Koalicji Obywatelskiej może spowodować wewnętrzną dezintegrację i schyłek przywództwa Grzegorza Schetyny?

– Napięcia są na pewno duże. Z całą pewnością przed nami czas wewnętrznych przetasowań w Platformie, zważywszy, że bodajże w lutym przyszłego roku odbędą się wybory w tej partii. Najbliższe miesiące będą zatem czasem poszukiwania drogi, którą Platforma będzie szła w najbliższych latach.

Jakie Pana zdaniem są możliwe scenariusze?

– Scenariusze są właściwie dwa: albo politycy Platformy staną się bardziej lewicowi – nawet bardziej od Sojuszu Lewicy Demokratycznej, a to jest ścieżka donikąd dla ugrupowania, które kiedyś mieniło się prawicowym. Pozostaje też drugie rozwiązanie: skierować się bardziej ku wartościom i wtedy – jako konstruktywna opozycja – podjąć merytoryczną współpracę na forum parlamentu z Prawem i Sprawiedliwością.  

Zakładając pierwszy scenariusz, lewica, która wraca do Sejmu, może podgryzać i w dalszym ciągu przejmować elektorat Platformy?

– Absolutnie jest to możliwe i bardzo realne. Obie formacje – w dużej części – walczą przecież o ten sam elektorat. Stąd obecna kadencja, to może być czas sporych napięć i silnej rywalizacji między tymi obozami.

A jaką rolę w Sejmie może spełnić Konfederacja?

– Na pewno w Sejmie będzie języczkiem u wagi, zwłaszcza w sytuacji, kiedy ewentualnie będzie potrzebna większość do odrzucenia poprawek Senatu. Wierzę w to, że ideowość prawicowa, o której mówią politycy Konfederacji, spowoduje, że będą zajmowali racjonalne stanowisko i rządząca większość we wspomnianych sytuacjach będzie mogła liczyć na ich wsparcie. Natomiast między Konfederacją a PiS oczywiście są różnice, ale cała sztuka w polityce polega na tym, żeby w sprawach istotnych dla Polski współpracować, a jeśli różnić się, to pięknie. Mam nadzieję, że właśnie tak będzie.   

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki