• Piątek, 20 marca 2026

    imieniny: Eufemii, Klaudii, Kiry

Kto zyska na wycofaniu się USA z Syrii

Wtorek, 15 października 2019 (22:47)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Turcja w minioną środę rozpoczęła operację militarną w północno-wschodniej Syrii wymierzoną w Kurdów. Jakie konsekwencje może mieć ta inwazja?

– Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan ogłosił rozpoczęcie operacji militarnej w Syrii kilka dni po rozmowie telefonicznej z Donaldem Trumpem, w czasie której prezydent Stanów Zjednoczonych miał wyrazić zrozumienie dla tureckiej akcji w północno-wschodniej Syrii.

Chyba nie do końca, jak się okazuje?

– Dokładnie tak, dlatego użyłem określenia „miał”. Z wypowiedzi samego prezydenta Donalda Trumpa wynika, że tak to nie wyglądało, a zatem nie mamy tu do czynienia z wycofaniem się Amerykanów z północnej Syrii, ale z dyslokacją wojsk amerykańskich. Sprawa jest, jak widać, bardzo skomplikowana, zresztą podobnie jak geopolityka Bliskiego Wschodu – w tym oczywiście Syrii, która jest bardzo ważnym czynnikiem polityki nie tylko regionalnej, ale również międzynarodowej, wręcz globalnej.

Sprawa jest wielowątkowa, a zatem z czym mamy do czynienia?

– Kwestia turecko-kurdyjska, która jak gdyby legła u podstaw decyzji Erdogana o rozpoczęciu militarnej ofensywy, jest jednym z elementów. W sytuacji, która ma miejsce w tej chwili, nie można tylko rozpatrywać w kategoriach konfliktu turecko-kurdyjskiego, rzec można historycznego, bo trwającego od wielu, wielu lat. Prezydent Turcji mówi, że głównym celem działań ma być wyparcie, jak to określił, terrorystów z pasa o szerokości 32 kilometrów wzdłuż granicy turecko-syryjskiej i utworzeniem tam „strefy bezpieczeństwa” dla państwa tureckiego. To oczywiście wpisuje się w politykę, którą władze tureckie prowadzą od wielu lat. Obszary, które są przedmiotem ofensywy Turcji, od kilku lat są kontrolowane przez Kurdów, a ściślej przez Ludowe Jednostki Samoobrony (YPG), uważanej przez Ankarę za zbrojne ramię walczącej o niepodległość Partii Pracujących Kurdystanu.  Kurdyjskie jednostki militarne utworzyły tam coś w rodzaju para państwowej struktury administracyjnej, która z oczywistych względów nie podoba się Ankarze. Jest zatem okazja, żeby wystąpić przeciwko niepodległościowym aspiracjom Kurdów, którzy według Erdogana są zagrożeniem dla wewnętrznej spoistości państwa tureckiego. Trzeba przy tym zauważyć, że siły zbrojne tzw. Syryjskiej Autonomicznej Administracji Północnej i Wschodniej, czyli znacznej części terytorium, to są siły zbrojne, których trzon stanowią właśnie kurdyjskie Ludowe Jednostki Samoobrony, które były głównym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych w walce z tzw. Państwem Islamskim.

A zatem pojawia się pytanie, co stało za ewentualną decyzją prezydenta Trumpa o wycofaniu się z północno-wschodniej Syrii.

– Można odnieść wrażenie, że tym ruchem Stany Zjednoczone rzeczywiście dały niejako przyzwolenie Turcji na działania, ale nie ulega wątpliwości, że decyzja Waszyngtonu była głęboko przemyślana przez amerykańskich strategów. Syryjskie siły zbrojne, których trzonem byli Kurdowie, były głównym sojusznikiem Waszyngtonu w walce z tzw. Państwem Islamskim. Stąd wycofanie się Stanów Zjednoczonych z północnej Syrii odbierane jest przez Kurdów jako zdrada. Z drugiej jednak strony te formacje kurdyjskie – mimo współpracy – były traktowane przez Amerykanów, ale też przez inne kraje, jako formacje terrorystyczne. I to teraz wykorzystuje Turcja w swojej narracji jako usprawiedliwienie walki nie tyle z Kurdami, co z terrorystami.

Czy Turcji chodzi tylko o likwidację struktur parapaństwowych w północno-wschodniej Syrii?

– Wydaje się, że nie tylko, ale chodzi też – szerzej – o uderzenie w niepodległościowe aspiracje Kurdów i osłabienie ich znaczenia na arenie międzynarodowej. Zatem ważne jest to, jakie będą konsekwencje tych działań w szerszym, międzynarodowym znaczeniu. Można zatem powiedzieć, że Turcja wzmocni swoją pozycję międzynarodową, dysponuje bowiem przynajmniej jednym ważnym atutem – mianowicie zawsze może szachować opinię międzynarodową kwestią uchodźców syryjskich.

Wspomniał Pan wcześniej, że Stany Zjednoczone przemyślały decyzję o wycofaniu żołnierzy amerykańskich z północnej Syrii. Ale czy nie jest też tak, że Amerykanie mają na świecie zbyt wiele otwartych frontów, zwyczajnie nie mogą być wszędzie i skupiają się na obszarach w tym momencie najważniejszych?   

– Oczywiście to, co teraz zaistniało w Syrii, może mieć swoje międzynarodowe konsekwencje, ale nie sądzę, żeby były one zbyt daleko idące. Oczywiście podzielam opinię pana redaktora, że Waszyngton podjął decyzję o wycofaniu się z Syrii w sposób świadomy i analityczny, biorąc wszystkie za i przeciw, dlatego nie przywiązywałbym wagi do tego, że decyzja prezydenta Trumpa jest krytykowana nie tylko w kręgach demokratów, ale często też przez republikanów, bo ta decyzja wpisuje się w ideę polityki amerykańskiej, która musi opierać się na priorytetach. I tutaj najważniejszą, absolutnie priorytetową kwestią jest rywalizacja w różnych obszarach z Chinami, jest to kwestia na dziś, ale także na przyszłość. Jest to też istotna kwestia w relacjach z Rosją, o czym polska polityka zagraniczna powinna pamiętać, mianowicie, że w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych spojrzenie na Rosję jest właśnie wypadkową polityki czy relacji amerykańsko-chińskiej. To sprawia, że relacje amerykańsko-rosyjskie mogą być dzisiaj zmienne. Zresztą w konflikcie turecko-kurdyjskim widać określiłbym to nawet jako pewne zrozumienie dla działań tureckich ze strony Rosji. Ze strony Waszyngtonu jest to polityka racjonalnego wycofywania się i uzyskiwania w ten sposób pewnych priorytetów. Oczywiście nie ma tu mowy o powrocie do polityki izolacjonizmu w Stanach Zjednoczonych z końca XIX wieku, natomiast kwestia Chin, ale też kwestie europejskie w pewnej perspektywie są bardzo ważne, czy to z Wielką Brytania, która opuszcza Unię Europejską, z duetem niemiecko-francuskim, czy z krajami Europy Środkowej, w tym przede wszystkim z Polską, bo to wszystko wpisuje się w globalną politykę amerykańską. Stąd też taka, a nie inna decyzja w sprawie militarnego wycofania się z Syrii.

Nie jest to zatem oznaka słabnącej pozycji Stanów Zjednoczonych i tego, o czym niektórzy mówią, że państwo to stopniowo traci pozycję największego mocarstwa?

– Stany Zjednoczone wciąż pozostają głównym światowym mocarstwem. Natomiast rzeczywiście państwo to zdaje sobie sprawę, że nie da się na dłuższą metę prowadzić bardzo rozprzestrzenionej polityki globalnej. Ponadto ważniejsze są dzisiaj racje geopolityczne, racje strategiczne, polityczne i militarne niż przesłanie Pax Americana, czyli szerzenia pewnej misji, której ulegali politycy – głównie demokraci, choć w pewnym momencie występowało to też u konserwatystów – a zatem upowszechniania idei rzekomej wolności, demokracji, narzucania wręcz państwom o zupełnie innej tradycji cywilizacyjnej, kulturowej, politycznej rozwiązań tzw. demokratycznych. To wszystko kosztowało Stany Zjednoczone bardzo dużo w różnych częściach świata, w Ameryce Łacińskiej, na Bliskim Wschodzie czy chociażby w Afganistanie, ale też w innych krajach. I wydaje się, że w tej chwili polityka amerykańska będzie bardziej kierowała się przesłankami racjonalnymi, geopolitycznymi związanymi bezpośrednio z interesami polityki Waszyngtonu niż względami ideologicznymi. Powiedziałbym nawet, że jest to pewne odejście od polityki ideologicznej, bo narzucanie w krajach np. islamskich rozwiązań politycznych, systemowych, demokratycznych jest utopią. Zresztą Ameryka zapłaciła wysoką cenę za taką politykę. Teraz muszą wybrać pewne priorytety, a tym priorytetem są – jak mówiliśmy – Chiny. Tak czy inaczej za tę politykę często płaciła również Europa, przykładem chociażby arabska wiosna ludów na Bliskim Wschodzie, czyli walka z różnymi reżimami politycznymi, która de facto doprowadziła do zupełnie innych rozwiązań niż zamierzone i wzmocnienia – niestety – tendencji islamskich, ale również do kolejnego kryzysu migracyjnego w Europie.

Chciałbym jeszcze wrócić do wątku tureckiego i ofensywy militarnej wobec Kurdów, mianowicie Amerykanie już ostrzegli Ankarę, Donald Trump grozi sankcjami, ale prezydent Erdogan wydaje się to lekceważyć. Zatem czy może to być zarzewie głębszego konfliktu na skalę światową?

– Turcja ma bardzo mocną pozycję międzynarodową, daleko idące aspiracje. Do niedawna relacje Turcji ze Stanami Zjednoczonymi były bardzo dobre, można powiedzieć, że Ankara pozostawała jednym z głównych sojuszników Ameryki w NATO, tymczasem dzisiaj te relacje wyglądają bardzo różnie. Burzą je chociażby zakupy przez Turcję sprzętu wojskowego w Rosji, co pokazuje, że Turcja dąży do wypracowania sobie przynajmniej lepszej, bardziej niezależnej pozycji. I obecne działania podjęte przez Erdogana w północnej Syrii też mają służyć wzmocnieniu pozycji Ankary. Turcja może szachować, ale nie Stany Zjednoczone, tylko Europę, problemem uchodźców syryjskich, których jest ponad 3,5 miliona, co mimo wszystko wydaje mi się mało prawdopodobne. Odnosząc się jednak wprost do pana pytania, to myślę, że taki konflikt na skalę światową jest mało prawdopodobny i Stany Zjednoczone, nawet jeśli się wycofują – bardziej w sposób taktyczny – z obecności militarnej w północnej Syrii, to nie oznacza, że nie pozostaną głównym czynnikiem politycznym na tym obszarze, a to oznacza, że możliwość konfliktu na szerszą skalę wydaje się mało realna. Natomiast będziemy mieli konflikt turecko-kurdyjski, gdzie Kurdowie nie mają większych szans. Dominacja Erdogana jest zdecydowana, ale zdaje on sobie również sprawę, że pewnej granicy też nie może przekroczyć, dlatego jego działanie ma zmarginalizować pozycję czy dążenia Kurdów do niepodległości w szerszym poza syryjskim wymiarze. Myślę, że ten konflikt zostanie rozwiązany w sposób dyplomatyczny.

Bez żadnych konsekwencji?         

– Konsekwencje oczywiście będą, może np. nastąpić pewna rekonfiguracja sytuacji politycznej w Syrii. Być może skończy się to interwencją Rady Bezpieczeństwa ONZ i w pewnym momencie działania militarne Turcji zostaną ukrócone.

Gdzie dwóch się kłóci, tam Rosja korzysta?

– Oczywiście ten konflikt może doprowadzić do wzmocnienia pozycji Rosji – bardzo istotnego gracza na tym obszarze. Rosja może odegrać rolę arbitra w oczach Unii Europejskiej czy też kluczowych państw tej mocno podzielonej struktury, czego przykładem jest różny stosunek w zakresie m.in. sankcji wobec konfliktu ukraińskiego i agresji Moskwy na Ukrainę. Może być zatem tak, że Francja, a także Niemcy uznają, że Rosja może być zasadniczym elementem – państwem, które może doprowadzić do stabilizacji w Syrii i dla tych państw może też się stać głównym odniesieniem dla całej Unii. W tym znaczeniu pozycja dyplomatyczna Rosji w tym konflikcie, czy na bazie tego konfliktu, może wzrosnąć. A zatem zyskają na tym zarówno Turcja, jak i Rosja, jednak nie traktowałbym tego w kategoriach zaniechania polityki amerykańskiej. Oczywiście jest to pewna cena, którą Amerykanie wiedzą, że muszą zapłacić, że takie będą ich skutki działań w Syrii, że ich wycofanie doprowadzi do wzrostu dyplomatycznego Rosji w tym obszarze. Jest to też pokazanie, że Waszyngton potrafi prowadzić politykę elastyczną, nie kierując się tylko względami emocjonalnymi.

Czy zważając na groźby Erdogana, że wpuści falę migracyjną do Europy, nie jest to poniekąd fiasko polityki brukselskich elit, w tym Donalda Tuska, który optował za umową między Unią a Turcją dotyczącą ograniczenia fali migrantów z Bliskiego Wschodu do Europy?

– Okazało się, że to, co było ogłaszane przez elity unijne jako wielki sukces – zresztą wiele było bardzo życzliwych działań wobec Turcji ze strony elit brukselskich i daleko idące wsparcie finansowe – te wszystkie działania, cała ta polityka okazała się krótkowzroczna – zwłaszcza w konfrontacji z mocarstwowymi aspiracjami Turcji, jeśli chodzi o Bliski Wschód. Teraz widać, że była to polityka oparta na iluzji, stąd mamy rezultaty tej polityki. W szerszym kontekście jest to również pytanie o ewentualną obecność czy też aspiracje Turcji do wejścia do Unii Europejskiej. Z jednej strony Turcja zgłasza – w sposób umiarkowany – chęć wstąpienia do Wspólnoty Europejskiej, czego zwolennikami są zwłaszcza środowiska lewicowe kierujące się naiwnością polityczną. Tymczasem wstąpienie Turcji do Unii Europejskiej byłoby wielkim zagrożeniem dla narodów europejskich i oznaczałoby ogromne wzmocnienie ruchów i organizacji islamistycznych w Europie. A zatem obecna sytuacja jest też pewnym sygnałem dla polityków europejskich, jak powinna wyglądać polityka zagraniczna Unii wobec Turcji, bo obecnie realizowana kieruje się iluzjami, zwłaszcza że Erdogan nie przestrzega demokratycznych zasad przyjętych w systemach politycznych, ale jakoś to zasadniczo nie przeszkadza unijnym elitom głosić otwartości na daleko idącą współpracę w zakresie bliżej nieokreślonej przyszłości wstąpienia Turcji do Unii Europejskiej.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki