• Środa, 27 maja 2026

    imieniny: Augustyna, Jana, Juliusza

Ważny wybór dla Polski

Piątek, 11 października 2019 (21:36)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą na KUL i w WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Choć o miejsca w parlamencie ubiega się kilka formacji, to momentami można odnieść wrażenie, że właściwie wszyscy stanęli przeciwko PiS…

– Skoro Prawo i Sprawiedliwość rządzi samodzielnie, z nikim nie jest w koalicji, to w sposób oczywisty wszystkie partie ubiegające się o miejsca w parlamencie odnoszą się właśnie do PiS, a co za tym idzie, zwalczają tę formację. To jest jedna przyczyna, a druga jest taka, że większość ugrupowań startujących w wyborach tworzy tzw. totalną opozycję. Można rzec: zdefiniowali się totalnie, są w stanie zawierać nawet ideologiczne kompromisy – tak dalekie jak pomiędzy PSL a SLD – mam na myśli Koalicję Europejską, która pod takim szyldem szła do wyborów do Parlamentu Europejskiego. Siły opozycyjne robią wszystko, aby powstrzymać rządy Zjednoczonej Prawicy, bo tracą na interesach, różnych układach. I takie według mnie są dwie przyczyny zwalczania PiS.     

Jednym z akcentów tej kampanii było też wzbudzenie postawy antyklerykalnej, wręcz wrogości do Kościoła i wiary katolickiej…

– To była rzeczywiście kampania pełna napięć. Natomiast wzbudzanie niechęci czy wrogości do Kościoła i wiary katolickiej miało miejsce szczególnie w kampanii do Parlamentu Europejskiego. W związku z tym wydawało się, że taki przekaz zagra też główne skrzypce w krajowej kampanii, że na kanwie wrogości do Kościoła uda się zbudować blok i wygrać obecne wybory do Sejmu i Senatu. Ale już dzisiaj, w przeddzień wyborów, można powiedzieć, że to się nie udało, to jeszcze nie jest ten etap.

Na ile Pana zdaniem powiódł się manewr izraelskiej firmy doradczej, za której wskazaniem twarzą kampanii Koalicji Obywatelskiej był nie Grzegorz Schetyna, ale Małgorzata Kidawa-Błońska?

– Ten manewr nic nie dał. Moim zdaniem, jest to pusty ruch. Wcale nie jestem przekonany co do tego, że Małgorzata Kidawa-Błońska zbierze więcej głosów niż Klaudia Jachira startująca z tej samej listy Koalicji Obywatelskiej. Skoro tak, to może należało zrobić Jachirę kandydatką na premiera, bo przynajmniej byłoby to coś czytelnego, wyrazistego. Nie ma co ukrywać, że nawet rozpoznawalność Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w tej chwili jest niewiele wyższa, niż była przed wyznaczeniem jej na przyszłego, ewentualnego prezesa Rady Ministrów. Tak czy inaczej – podyktowany analizami izraelskiej firmy wizerunkowej – manewr z Kidawą-Błońską jako tą łagodną twarzą nic nie dał, może tylko tyle, że Grzegorz Schetyna będzie miał alibi, że to nie on ponosi winę za klęskę czy przegraną wyborczą, ale wszyscy są winni, także Małgorzata Kidawa-Błońska. Jest to mu zatem potrzebne do wewnętrznych partyjnych rozgrywek, żeby utrzymać się na fotelu szefa Platformy, ale w sensie zewnętrznym efekt doradztwa izraelskiej firmy jest zerowy.

Wszystko wskazuje, że do parlamentu po raz pierwszy od dłuższego czasu dostanie się lewica. 

– W poprzednich wyborach formacje lewicowe poszły rozbite do wyborów i tylko dlatego nie dostały się do parlamentu. Miały i wciąż mają swój elektorat, który ostatnio może nawet rośnie, ale to jest efekt działań prywatnych stacji telewizyjnych. Dzisiaj się zjednoczyły i to daje im według różnych sondaży poparcie w okolicach 12, a nawet 13 proc.                

Wszystkie ugrupowania mimo oczywistych różnic programowych zachęcają do udziału w wyborach. Dlaczego ta mobilizacja jest tak ważna i czy partiom uda się zmobilizować własny elektorat, ale przede wszystkim zachęcić niezdecydowanych?

– Każda z partii wzywa do udziału w wyborach, ale w domyśle zachęca do pójścia do urn swoich zwolenników, a nie przeciwnika. Jak można przypuszczać – największą dyscyplinę będzie miała lewica, bo jest to grupa, która chce rewolucji kulturowej, w związku z tym prze ku tym przemianom z całą mocą, ale elektoratem zdyscyplinowanym są także zwolennicy PiS czy szerzej Zjednoczonej Prawicy, którzy też mają świadomość wagi niedzielnych wyborów. Natomiast należy się spodziewać, że najmniejszą mobilizację będzie miała Koalicja Obywatelska, która przeprowadziła kampanię wyborczą w najgorszy z możliwych sposobów. Jeśli zaś mówimy o niezdecydowanych wyborcach, to tutaj największe szanse, żeby przekonać ich do oddania głosu, żeby postawili na taki, a nie inny projekt, ma PiS. Decydują o tym programy społeczne kierowane do rodzin z dziećmi, także do ludzi starszych, programy prorozwojowe realizowane przez rząd Zjednoczonej Prawicy. To może sprawić, że ludzie, którzy do tej pory nie szli do urn, teraz się zmobilizują i w swoim własnym interesie zagłosują. Tak to się mniej więcej kształtuje. Trzeba też powiedzieć, że ten wybór będzie bardzo ważny dla Polski.

Wiele wskazuje, że może się okazać, że frekwencja w niedzielę będzie bardzo wysoka, nawet najwyższa od 30 lat. Komu bardziej może służyć większa frekwencja?

– Wyższa frekwencja z całą pewnością będzie na korzyść Prawa i Sprawiedliwości. Dlatego że PiS ma twarz racjonalną, twarz partii, która ma jasny, spójny, konkretny program, która pomaga ludziom, wyrównuje szanse, zmienia Polskę i ma nowe pomysły. I wysoka frekwencja powoduje, że wybiera się właśnie racjonalność. Natomiast po drugiej stronie jest chaos, brak programu, duża liczba absurdów, że tak naprawdę ciężko się w tym wszystkim połapać. Zatem Koalicja Obywatelska zrobiła wszystko, żeby pokazać twarz ludzi czy grup daleko szalonych, sprzecznych programowo. Również skandaliczne zachowanie Klaudii Jachiry, taśmy Sławomira Neumanna czy chociażby ostatnie wystąpienie podczas konwencji Lecha Wałęsy, to wszystko plus brak programu sprawia, że można głosować na tę koalicję tylko jako na anty-PiS, ale z pewnością nie jako na formację przewidywalną, która realnie mogłaby przejąć i sprawować władzę w Polsce.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki