• Środa, 4 marca 2026

    imieniny: Kazimierza, Łucji, Witosławy

Nie marnujemy czasu

Wtorek, 26 czerwca 2012 (07:39)

Rozmowa z Marcinem Możdżonkiem, kapitanem reprezentacji Polski siatkarzy

Często myśli Pan już o turnieju olimpijskim?
- Jeszcze nie. Na razie, razem z kolegami, zachowujemy w tym kierunku spokój, skupiamy się na pracy, czyli aktualnych zadaniach. Powoli oczywiście do Londynu się zbliżamy. Kolejny kroczek wykonaliśmy, wygrywając swoją grupę w Lidze Światowej. Taki był nasz cel, który założyliśmy sobie przed tymi rozgrywkami. Teraz przygotowujemy się do turnieju finałowego i na nim skupiamy myśli.

Tegoroczną Ligę Światową ocenia Pan, do tej pory, jednoznacznie pozytywnie? Zakładając, że udało się zrealizować wszystko, tak pewnie być musi?
- Pozytywnie, bardzo pozytywnie oceniam pracę, jaką wykonaliśmy. Nasza gra, mimo kilku ważnych zwycięstw, odbiegała jeszcze od ideału, do którego zmierzamy. Chcielibyśmy prezentować się lepiej i jesteśmy w stanie to zrobić. Potrzebujemy jednak czasu i spokoju, by wszystkie nowinki wprowadzić w życie.

To chyba dobrze, że szczyt formy dopiero przed Wami?
- Zgadza się, obecnie na pewno się w nim nie znajdujemy. Trener wszystkie klocki jednak tak poukłada, abyśmy mieli dwa szczyty - pierwszy na Sofię, czyli Final Six Ligi Światowej, a drugi na Londyn i igrzyska.

Tegoroczna LŚ była o tyle wyjątkowa, że aż trzykrotnie Polska pokonała Brazylię, a więc rywala, z którym w meczu o punkty nie wygrała od kilkunastu lat. To były ważne sukcesy z mentalnej strony?
- Trochę tak. Przede wszystkim dały nam dużą pewność siebie i umocniły w przekonaniu, że droga, jaką obraliśmy na treningach, i system gry, jaki preferujemy podczas meczów, są słuszne. Wierzymy, że jeśli nadal będziemy podążać tym szlakiem, to zbierzemy kolejne owoce.

Co było kluczem do zwycięstw nad Canarinhos?
- Brazylia to najlepsza drużyna świata ostatniej dekady. Każdy, kto interesuje się siatkówką, może wymieniać listę jej trofeów, od których może aż zaboleć głowa. Długo nie potrafiliśmy jej "ugryźć", ale wreszcie znaleźliśmy sposób. Co pomogło? Koncentracja, konsekwencja, wiara we własne możliwości, gra do końca, nieoglądanie się na wynik, bo wiadomo, że z Brazylią zawsze walczy się na styku i nie ma mowy o wypracowaniu sporej przewagi. Większość setów i meczów z nią rozstrzyga się w końcówkach. Nie inaczej było i tym razem. Na szczęście wytrzymaliśmy presję. Wiedzieliśmy, jakie mamy atuty, co trzeba zrobić, by Brazylię pokonać. I swoje zadania wykonaliśmy niemal wzorowo - każdy pojedynczo, jak i wszyscy, jako zespół.

Brazylijczycy zaczęli się Was bać?
- Wydaje mi się, że trochę tak. Mają już pewne obawy. Te zwycięstwa nie były bowiem przypadkowe, nie wzięły się z niczego. Nie można powiedzieć, że Brazylijczycy byli bez formy, a my w szczytowej. Przeciwnie, znajdowaliśmy się mniej więcej w tym samym okresie przygotowań, dlatego te spotkania były wyrównane, podobnie jak szanse na sukces. Pół na pół.

Czujecie się mocniejsi po takiej serii zwycięstw, udanej całej fazie grupowej?
- Na razie jesteśmy spokojni. Wiemy dobrze, że to dopiero początek. Myśląc o najwyższych celach, a chcemy je osiągnąć, musimy coś co chwilę udowadniać, pokazywać, czyli - na początek dobrze wypaść w Sofii. Tak jak już wspomniałem, pokonanie Brazylii podniosło nasze morale, ale dobrze wypadliśmy nie tylko w starciach z tym przeciwnikiem. Przede wszystkim, co trzeba przypominać, wygraliśmy grupę, bardzo trudną grupę. Cztery razy okazaliśmy się lepsi od Kanadyjczyków, trzykrotnie od Finów. Ci ostatni zawsze byli dla nas szalenie niewygodnym przeciwnikiem i do tej pory większość spotkań z nimi przegrywaliśmy. Każdy z tych meczów, każde ze zwycięstw stanowiły mały kroczek, który pomagał budować zespół.

Co ma w sobie Andrea Anastasi, że z każdego wielkiego turnieju pod jego wodzą wracacie z tarczą? Czy to z finału Ligi Światowej (w ubiegłym roku), mistrzostw Europy czy Pucharu Świata? Albo zapytam inaczej - co takiego ma reprezentacja Polski szlifowana przez Włocha?
- Jesteśmy bardzo zgraną ekipą, która wie, czego chce. Wszyscy się szanujemy, tolerujemy, choć nie wszyscy musimy się lubić. Każdy, kto przyjeżdża na zgrupowanie, zaciska zęby i bardzo ciężko pracuje. Nikt do nikogo nie ma pretensji czy ukrytych żalów. Jeśli już wychodzą jakieś animozje, bardzo szybko są wyjaśniane. Wiemy dobrze, po co pojawiamy się na obozach, po co trenujemy. Nie marnujemy czasu na głupoty, czasu, którego mamy przecież bardzo mało. Anastasi zostawia nam bardzo dużo swobody. Oczywiście kilku spraw od nas wymaga i musimy to wykonać, choćby nie wiadomo co się działo, a poza tym uważa, że jesteśmy dorosłymi i odpowiedzialnymi ludźmi i wiemy, jak się zachowywać i jak się pilnować. Odpowiada nam taka forma. A, dodam, trener nie musi za nami chodzić, patrzeć, co robimy, nieustannie nas pilnować.

Polska zdobyła kwalifikację olimpijską błyskawicznie, już na zeszłorocznym Pucharze Świata. Odczuwacie chyba, jakie to było ważne?
- Oczywiście. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że jeśli zdobędziemy ją szybko, będziemy mieli więcej czasu od innych drużyn na treningi, przygotowania, a i małe wakacje nam się przytrafią. Dzięki temu po lidze dostaliśmy prawie tydzień wolnego, co w innym wypadku byłoby niemożliwe. Krótko mówiąc, w Japonii wywalczyliśmy sobie komfort.

Anastasi w Lidze Światowej posłał do boju najmocniejszy zespół, podczas gdy niektórzy rywale postanowili oszczędzać swoje gwiazdy, dając szanse dublerom. Nie obawia się Pan, że po takim natężeniu meczów może w pewnym momencie zabraknąć Wam sił?
- Nie, nie boję się tego. Sił nam na pewno nie zabraknie, nie ma takiej możliwości. Gramy takim składem, jaki trener uzna za stosowny. Mamy bardzo szeroką i wyrównaną kadrę, obojętnie kto pojawia się na parkiecie, poziom gry nie spada, także jej system zawsze pozostaje taki sam.

W Final Six zagracie na całego czy z myślą, że to, co najważniejsze, wydarzy się jednak w Londynie i może nie warto ryzykować?
- W żadnym wypadku! Powalczymy na całego. Idziemy taktyką przypominającą filozofię przyświecającą niegdyś Adamowi Małyszowi, który myślał tylko o skoku, który jest bezpośrednio przed nim. My także skupiamy się wyłącznie na meczu, który właśnie nas czeka. Nie wybiegamy daleko w przyszłość, nie zastanawiamy się, co spotka nas za miesiąc. Chcemy wygrać najbliższe spotkanie.

Igrzyska będą Waszym turniejem życia?
- Mogą być turniejem życia, a czy zostaną, to się dopiero okaże. Mówi się, że w siatkarskim świecie najtrudniejszą imprezą, jaką można sobie wyobrazić, jest Puchar Świata. Potwierdzam, to prawda. Igrzyska są trochę łatwiejsze, tyle że towarzyszy im nieporównywalnie większa presja.

Reprezentacja siatkarzy będzie w Londynie bronić honoru polskich gier zespołowych...
- Tak się złożyło, jednak nie mieliśmy na to żadnego wpływu. Szkoda, na pewno żałujemy, lecz ta świadomość nie będzie nas dodatkowo stresowała. Mamy własne cele, na nich się skupiamy.

W turnieju olimpijskim Polska trafiła do łatwiejszej grupy, tyle że w ćwierćfinale niemal na pewno napotka na bardzo mocnego rywala. Mieliście zatem szczęście czy też nie?
- Tak naprawdę nie ma większego znaczenia, z kim i kiedy zagramy. Chcielibyśmy w Londynie osiągnąć coś naprawdę dużego, a myśląc o tym, będziemy musieli pokonać najlepszych, niezależnie czy w grupie, ćwierćfinale czy półfinale. Nikogo na pewno się nie obawiamy.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz

Piotr Skrobisz