• Środa, 27 maja 2026

    imieniny: Augustyna, Jana, Juliusza

Solidnie zaplanować

Środa, 2 października 2019 (21:45)

Ze Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Podczas trzeciej z serii konwencji programowych PiS zaprezentowało kolejny pakiet, tym razem „piątkę dla zdrowia”. Jak stwierdził prezes Jarosław Kaczyński, służba zdrowia musi być publiczna, a darmowa opieka zdrowotna ma być dostępna dla każdego. Na ile jest to plan realny?

– Wielokrotnie już słyszałem tego typu hasła: był taki, co kolejki skracał, co wprowadzał pakiety antykolejkowe i to wszystko się nie sprawdziło. I teraz te zapowiedzi też się nie sprawdzą, bo nikt nie podaje, w jaki sposób ma się to zrealizować. W prawodawstwie jest tak, że jak się wprowadza nową ustawę, to mówi się o finansowaniu i źródłach realizacji takiego czy innego projektu. Jeśli ktoś mówi, że skrócą się kolejki, to oznacza, że będzie więcej pieniędzy, że zwiększy się zatrudnienie wykonawców tych świadczeń, a tego nigdy wcześniej nie było. Teraz sytuacja wygląda podobnie. Jak możemy zapewnić komuś coś nowego, skoro już dzisiaj nie ma pieniędzy na to, co jest teraz. Szanując prezesa Kaczyńskiego za to, co dotychczas zrobił dla Polski, ośmielam się twierdzić, że jeśli chodzi o rewolucję w ochronie zdrowia, jest to tylko kiełbasa wyborcza i to w czystej postaci.

Minister zdrowia Łukasz Szumowski powiedział, że tylko w tym roku nakłady na ochronę zdrowia wzrosły o 4 miliardy złotych. Czy widać ten wzrost?

– Mam świadomość, że systemu ochrony zdrowia nie da się naprawić z dnia na dzień, bo to jest zbyt skomplikowana materia i dużo łatwiej coś zniszczyć, niż zbudować, ale politycy, zanim coś w tej materii zrobią, muszą najpierw sami stanąć w kolejkach do specjalistów w oczekiwaniu na zabiegi czy operacje, żeby zrozumieli, o co chodzi, bo póki co, nie chcą tego zrozumieć.

Po drugiej stronie jest Platforma, która zapowiada skrócenie oczekiwania w kolejce na SOR-ach…

– To formacja wespół z PSL-em osiem lat rządziła Polską i już skracała kolejki, i co z tego wyszło, wszyscy wiemy. Ówcześni ministrowie zdrowia, Ewa Kopacz czy Bartosz Arłukowicz, nie zrobili nic w tej materii. Ten ostatni, który miał uzdrowić i uprościć system, jeszcze bardziej go skomplikował. Dzisiaj słyszymy podobne banały, których zwykły człowiek nie rozumie, ludzie nie wiedzą, o co chodzi w systemie ochrony zdrowia, bo jest on tak skomplikowany, że nikt – łącznie z połową parlamentarzystów – nie wie, o co tu chodzi. Przekonałem się o tym osobiście bodajże pod koniec 2011 roku podczas spotkania w Naczelnej Izbie Lekarskiej, gdzie członkowie sejmowej Komisji Zdrowia, którzy powinni być zorientowani, kompletnie nie rozumieli materii, bo system był i wciąż jest tak skomplikowany: rozliczenia, ryczały, wyjątki, ustawienia, które ciągle się zmieniają, bo prezes NFZ stale wydaje jakieś zarządzenia zmieniające istniejące prawo, ale nikt do końca tego nie rozumie. „Piątka dla zdrowia” nic w tej materii nie zmieni.

Komu zależy, żeby komplikować, a nie upraszczać procedury i system ochrony zdrowia?    

– Utrudnianie zrozumienia, o co chodzi w systemie ochrony zdrowia, jest w interesie zarządzających tym systemem. Oni dzięki temu, że nikt nie rozumie, o co chodzi, mają carte blanche, mogą robić rzeczy, których nikt nie jest w stanie zakwestionować. I to jest cała przyczyna tego bałaganu ukrywanego pod słowem „system”. Tymczasem nic nie jest robione dla dobra pacjentów, a ruchy są tylko pozorowane, mają stworzyć wrażenie, że coś się robi, podczas gdy robi się wszystko, żeby nic nie zmienić, żeby – cytując Andrzeja Rzeplińskiego – było tak, jak było. To jest bolesna prawda. Kilka lat temu szacowałem braki w systemie ochrony zdrowia na 20 miliardów złotych, później jakiś urzędnik z resortu zdrowia ocenił te braki na 30 miliardów złotych, a ówczesny szef resortu min. Konstanty Radziwiłł jeszcze podwyższył poprzeczkę, podając kwotę 40 miliardów złotych. Teraz proszę podzielić sobie 40 miliardów złotych przez 365 dni w roku i otrzymamy blisko 110 milionów złotych oszczędności dziennie. I to jest przyczyna braku naprawy systemu, bo utrzymywanie status quo daje ponad 100 milionów złotych oszczędności dziennie. Nie ma takiego interesu, który przynosiłby takie dzienne dochody. I to powoduje, że każda władza stara się zachować status quo, bo to jest niezwykle opłacalne.

Tylko że jest to pozorna oszczędność…

– Oczywiście, ale nikt nie dba o to, żeby w ochronie zdrowia zrobić coś długofalowo, żeby ten ważny obszar się rozwijał, ale podejmuje się działania tylko na dzisiaj. Dlatego „piątka dla zdrowia” też – w mojej ocenie – jest na dziś, żeby uzyskać lepszy wynik wyborczy, a później jakoś sprawę się rozmydli. Tyle że pieniądze były, tylko je rozdano i nie chciano ich dołożyć na naprawienie systemu ochrony zdrowia.

Nie chciano?     

– Tak, nie chciano. To bolesna, ale jednak prawda. Zawsze tłumaczono nam, że większych pieniędzy na ochronę zdrowia nie ma, a w minionych czterech latach środki były i też ich nie dano.

PiS mówi dzisiaj, że teraz będzie dokładało, jest ustawa o wzroście nakładów na ochronę zdrowia do 2024 roku do poziomu 6 proc. PKB…      

– Żeby było jasne, jestem lekarzem i nie jestem przeciwnikiem PiS-u. Nie jestem też wrogiem programu „500+”, choć uważam, że te pieniądze mogły być na chwilę, żeby pomóc wydobyć się z największej biedy mniej zamożnym rodzinom, które poprzedni rząd miał za nic. Natomiast jestem za tym, żeby ludziom dać wędkę, stworzyć im warunki do pracy i godziwe zarobki, aby mogli utrzymać swoje rodziny. Pieniądze są wydawane na różne rzeczy, ale dla zdrowia nie było i to nie wygląda dobrze. Nie jest to tylko zarzut wobec obecnie rządzących, ale wobec wszystkich poprzednich ekip, które nie wykazały się – po pierwsze – perspektywicznym spojrzeniem na przyszłość, a po drugie – wolą zrobienia czegoś ponadczasowego. Oni robią tylko pod konkretną kadencję, a potem niech się martwią następcy. Trzeba zatem skończyć z myśleniem partyjnym, gdzie chęć zdobycia władzy przesłania wszystko inne.

Problemy w ochronie zdrowia – jak w soczewce – widać na przeciążonych SOR-ach, tymczasem min. Szumowski mówi, że o 54 proc. wzrosło finansowanie na SOR-ach, wprowadzono system segregacji pacjentów, czyli tzw. triaż, funkcjonuje też infolinia NFZ, gdzie można się dowiedzieć o nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej. Dlaczego to nie działa?

– SOR-y są wentylem bezpieczeństwa głęboko niedofinansowanego i co za tym idzie – niewydolnego systemu ochrony zdrowia. Połowa, a może więcej – dwie trzecie ludzi zgłasza się na SOR-y tylko dlatego, że nie otrzymali pomocy gdzie indziej. Często słyszę od pacjentek, że przychodzą na SOR, a nie do przychodni, bo termin jest za trzy miesiące. To powoduje, że SOR, który z definicji powinien służyć ratowaniu życia, a nie normalnym problemom, które powinny być załatwiane w ramach Podstawowej Opieki Zdrowotnej bądź w opiece ambulatoryjnej specjalistycznej, jest przeciążony. Ponadto SOR-y są tą częścią szpitali, gdzie umowy z NFZ są zawierane w ramach tzw. transakcji wiązanej – jak nie masz SOR-u, to nie podpiszemy z tobą kontraktu albo będzie on bardzo mały. Zatem SOR musi być, przy czy jest on rozliczany – o ile dobrze pamiętam – ryczałtowo, czyli nie za każdego przyjętego pacjenta. To powoduje, że SOR-y są deficytowe, podczas gdy nierzadko wykonywanych jest tam szereg badań, żeby czegoś nie przeoczyć, bo jest presja czasu i możliwie szybko trzeba zdiagnozować pacjenta. W związku z tych kosztuje to drogo, ale jest to koszt świadczeniodawcy, czyli szpitala, który nie otrzyma za to refundacji, bo NFZ nie refunduje w pełni kosztów czy porady, tylko ryczałtowo. Ponieważ jest dyktat NFZ, to szpitale na siłę podpisują kontrakty na SOR-y, które wiadomo, że będą deficytowe. W takich warunkach trudno mówić o zdrowej ekonomii, a z drugiej strony czy powinna być nierówność podmiotów, gdzie się coś narzuca, wymusza, a później albo się nie płaci, albo płaci dużo poniżej kosztów.

Nie ma w Polsce ludzi, którzy są w stanie wyprowadzić system ochrony zdrowia na prostą?     

– Ależ są ludzie, którzy byliby w stanie to wszystko solidnie zaplanować. Weźmy chociażby tzw. Radę dla zdrowia, która powołał min. Szumowski, której ja także byłem członkiem, ale wielokrotnie nie mogłem się doprosić o głos, a kiedy się już wypowiedziałem, to przeszło to bez echa, bo nikt nie chciał słuchać. Niestety, jeśli będziemy do problemu tak podchodzić, że pewne rzeczy się zagłusza, zaklaskuje, to niczego nie zmienimy w naszym kraju, a szkoda, bo można. Tym bardziej, kiedy po raz pierwszy udało się ogarnąć sprawy podatków, kiedy pierwszy raz pojawiła się szansa, żeby coś zrobić, tyle że tego nie wykorzystano. Jeżeli nie zmieni się sposób myślenia, a za tym działania, to nie miejmy złudzeń, że system ochrony zdrowia w Polsce będzie lepszy. Oczekuję zatem konkretów, a nie bajek. Póki co, widzę tylko bajanie i jest mi z tego powodu przykro, bo deficyt budżetowy się zmniejsza, w przyszłym roku ma go nie być wcale, co pokazuje, że dziadostwo, w którym prym wiodła Platforma i PSL się skończyło, ale te dobre symptomy nie są spożytkowane, żeby ochronę zdrowia postawić na nogi. Wystarczy tylko porównać, ile my przeznaczamy na zdrowie, a ile wydają inni, bo wypadamy blado w porównaniu, dajmy na to, z Czechami czy Węgrami. Słabo wypadamy też, jeśli chodzi o liczbę personelu medycznego, co więcej, dodaje się nam pracy. Bez zmiany podejścia, bez zmiany myślenia systemu ochrony zdrowia nie naprawimy. Potrzebny jest plan, który da nadzieję na realne zmiany, ale póki co, tego nie widać i jest to bardzo smutne.

Dziękuję za rozmowę.    

 

Mariusz Kamieniecki