• Czwartek, 28 maja 2026

    imieniny: Augustyna, Jaromira

Kampanie dezinformacji

Piątek, 27 września 2019 (21:48)

Rozmowa z dr Hanną Karp, medioznawcą i religioznawcą z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu

 

Skąd bierze się hejt w internecie?

– Dawniej każdy, kto w jakiś sposób przeżywał frustracje, które nie mieściły się w ramach politycznej poprawności, nie znajdował dla nich ujścia. Umożliwił to na taką skalę dopiero internet. Nadawca może wysłać swój, często bardzo emocjonalny przekaz, a odbiorca od razu go odebrać i odpowiedzieć. Hejt, czyli rodzaj złości, niechęci, nawet nienawiści, który odbiorca mediów kieruje w bardzo określonym kierunku, może dotyczyć konkretnej osoby albo też poszczególnych spraw dotyczących życia publicznego.

 

Czy to zjawisko hejtu urosło do takich rozmiarów, że możemy diagnozować, iż jest już bardzo niebezpieczne?

– Jeżeli odbiorca tego rodzaju  komunikatów w jakiś sposób się z nimi utożsamia, to może być to bardzo groźne. Przede wszystkim dla nieprzygotowanych użytkowników internetu – młodych ludzi, którzy z reguły bardzo emocjonalnie odbierają komunikaty swoich rówieśników, zwłaszcza w mediach społecznościowych. Trochę inaczej do tej kwestii podchodzi świat polityki. Jak się dowiadujemy, powstają całe „farmy trolli” – podmiotów zajmujących się w sposób zorganizowany, systematyczny sianiem nienawiści czasem pod adresem środowisk politycznych czy poszczególnych jednostek. Każdy z użytkowników internetu może być narażony na różnego rodzaju zagrożenia wynikające z hejtu. Są środowiska, osoby publiczne, pod których adresem od lat prowadzi się olbrzymie kampanie. Chociażby dyrektor Radia Maryja o. dr Tadeusz Rydzyk nieustannie boryka się z ciągłą falą nienawiści i hejtu. Gdyby nie potrafił się od tego zdystansować, nie wytrzymałaby tego. Zresztą należy podziwiać to, z jaką cierpliwością i spokojem potrafi to znieść. 

 

Problem posługiwania się hejtem w polityce w tym momencie dominuje kampanię wyborczą. Czy hejt już na stałe będzie elementem towarzyszącym potyczkom polityków?

– Musielibyśmy odpowiedzieć na pytanie, czy te podmioty, które budują własne kampanie, zrezygnują z dezinformacji względem własnych przeciwników. Jeżeli by to nastąpiło i udało się kampanie wyborcze ująć w pewne ramy, w których wszelkiego rodzaju kłamstwa i dezinformacje byłyby bardzo utrudnione, to można by to zjawisko w jakiś sposób opanować. To jednak szalenie trudne. W dobie komunikacji cyfrowej przepływ informacji jest bardzo szybki. Zanim informacja, co do jej prawdziwości, zostanie zweryfikowana, zdąży już obiec świat. A czasami tego typu kampania nie od razu wygląda na hejterską. Może mieć pozory informowania. Jest to uderzające, a przykładem jest to, co dzieje się wokół byłego ministra finansów Mariana Banasia. Najpierw olbrzymią kampanię rozpętała jedna z gazet, a następnie podjęła ją wielka stacja komercyjna, która przez kilka dni z rzędu buduje główną agendę informacyjną własnej stacji.

 

Politycy mający stać za hejterskimi kampaniami zaprzeczają jednak, by cokolwiek mieli z nimi wspólnego.

– Bo uczestnictwo w takich kampaniach ma bardzo negatywny odbiór społeczny. Z tego powodu akcje hejtu są budowane tak, żeby przykryć głównego kreatora hejtu. Opisywana niedawno kampania „SokuzBuraka” jest skrajnym przykładem tego typu akcji, w której wprost biorą udział partie polityczne, przeznaczając na to setki tysięcy złotych. Tego typu podmiot poprzez wojnę informacyjną jest w stanie doprowadzić do dezorganizacji pracy rządu czy nawet do puczu. Kwestią pozostaje, jakiego rodzaju informacje zostaną spreparowane i przekazane opinii publicznej w odpowiednim momencie, np. przed wyborami. To, że po wyborach okaże się, iż wszystko było nieprawdą, ma potem już drugorzędne znaczenie. Istotne, że taka spreparowana informacja wywarła wpływ na decyzje wyborców. Pozostaje pytanie, na ile użytkownicy mediów dadzą sobą manipulować i wpływać na własne wybory.

 

Jak sobie radzić z tą dezinformacją, czy – by jej przeciwdziałać – powinny wkraczać służby, instytucje publiczne?

– To bardzo wrażliwy odcinek działania. Służby powinny jednak w odpowiednim momencie interweniować i blokować tego typu, bardzo niebezpieczne akcje, czasem wrogich państw. A nie zawsze tak jest. Inną kwestią pozostaje, czy użytkownicy mediów zdają sobie sprawę, jak istotną sprawą jest wydawca czy właściciel określonego medium, jaki ma interes i cel działania. Czasem bardzo ukryty. Można postawić pytanie, czy kapitał medialny ma narodowość. Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Jeżeli pytanie skierujemy do funkcjonujących w Polsce wielkich korporacji medialnych z kapitałem niemieckim czy amerykańskim, usłyszymy, że „nie, nie to jest istotne”. Dopiero w momentach przełomu, ważnych politycznych wydarzeń mamy moment weryfikacji – przekonujemy się, jakiego rodzaju materiały w tych mediach dominują. Szkoda, że świat nauki u nas tak pobieżnie zajmuje się tym tematem. To wielkie pole do badań medioznawców.

 

Dziękuję za rozmowę.

Artur Kowalski

Artur Kowalski