• Poniedziałek, 16 marca 2026

    imieniny: Hilarego, Izabeli, Herberta

Nowy handlowy porządek

Środa, 21 sierpnia 2019 (21:38)

Donald Trump został wybrany na prezydenta USA w 2016 roku. Już podczas kampanii sygnalizował, że jednym z winnych tego, że Ameryka jest w coraz gorszej sytuacji, są Chiny.

Państwo Środka było i jest oskarżane między innymi o kradzież amerykańskich technologii i wykorzystywanie ich u siebie bez poszanowania prawa patentowego. Pojawił się również zarzut zmuszania amerykańskich firm, gdy te chcą przenieść swoją działalność do Chin, do przekazywania wiedzy (know-how) np. poprzez współpracę z lokalnym, chińskim podmiotem. Władze USA utrzymują, że chińskie przedsiębiorstwa są dotowane ze środków publicznych, przez co stanowią nieuczciwą konkurencję dla amerykańskich koncernów. Władzom Państwa Środka zarzuca się również manipulacje kursem juana, a dokładnie jego zaniżanie (im niższy kurs, tym lepiej dla eksportu, ponieważ zwiększa się atrakcyjność towarów krajowych za granicą). Lista oskarżeń jest długa i zdaniem Trumpa Chiny mogły wykorzystywać Amerykę, bo niekompetentni ludzie nie potrafili uzgodnić uczciwego „dealu” (ang. transakcja/interes), jak to zwykł mówić charakterystycznie dla biznesmena.

Przebieg wojny handlowej

Prezydent Trump nie był w stanie zrealizować wszystkich obietnic wyborczych, ale udało mu się rozpętać wojnę handlową. Została ona zainicjowana przez stronę amerykańską w sierpniu 2017 r., kiedy to wszczęto dochodzenie w sprawie łamania przez Chiny prawa handlowego. Okazało się, że istnieje uzasadnienie dla podjęcia zdecydowanych kroków i 22 stycznia 2018 r. Donald Trump nałożył cła na panele słoneczne i pralki pochodzące z Państwa Środka (łącznie ok. 10 mld USD rocznie). W lutym Chiny przyglądały się dotowaniu sorgo. Ogólnie rolnictwo w USA i UE jest silnie dotowane. Paradoksalnie to kraje rozwijające się (biedne) walczą o rynki zbytu dla niskoprzetworzonych dóbr takich jak płody role czy surowce. W tym miejscu Ameryka – zdaniem niektórych (np. Petera Schiffa) – zachowywała się jak kraj Trzeciego Świata, nalegając, żeby Chiny kupowały nadal mało przetworzoną żywność – produkt amerykańskich farmerów. Jednak w działaniu chińskich dygnitarzy był głębszy sens, chciano uderzyć najbardziej w rejony, które popierały swoimi głosami Trumpa.

Następnie Ameryka ocliła import stali i aluminium pochodzących nie tylko z Chin, ale również z innych państw. Sojusznicy USA zostali zwolnieni z owych ceł, np. Kanada, Meksyk, kraje UE. W marcu 2018 r. Chiny odpowiedziały cłami w wysokości 3 mld USD, czyli mniej więcej równowartości chińskiego eksportu stali i aluminium do USA w ciągu roku. W trakcie pierwszego półrocza wojna eskalowała, majowe negocjacje nie przyniosły porozumienia. W lipcu Trump był gotowy oclić cały import z Chin, w wywiadzie dla CNBC mówił: „Jestem gotowy na 500” – w domyśle 500 mld, czyli cały import z Państwa Środka. Następca Obamy powiedział: „Nie robię tego z powodów politycznych, robię to, bo to właściwe dla naszego kraju. Chiny zdzierały z nas od dawna. Nie chcę, żeby się bali. Chcę, żeby dobrze sobie radzili. Bardzo lubię prezydenta Xi, ale to, co robili, było bardzo niesprawiedliwe”.

W sierpniu stawka została jeszcze bardziej podbita, ponieważ dotychczasowe cła miały wynosić 10 proc., podczas gdy Biały Dom rozważał wzrost stawki do 25 proc. Chiny odpowiadały symetrycznie. We wrześniu 2018 r. oba kraje miały oclone po 40 proc. wzajemnego importu.

W grudniu 2018 r., podczas szczytu G20 w Buenos Aires doszło po porozumienia i „zawieszenia broni” na 90 dni, tym samym przesunięto podwyżkę ceł z 10 do 25 proc. na 200 mld USD importu z Chin na 1 marca 2019 r. Mimo że rozejm został przedłużony, to 5 maja Trump w charakterystyczny dla siebie sposób zerwał ustalenia i ogłosił wejście w życie podwyżki ceł „już za 5 dni” oraz rozszerzenie przedmiotu oclenia na cały pozostały import. Donald Trump wyjaśniał ten nagły ruch, mówiąc, że Chiny złamały umowę pod koniec negocjacji. „USA nie ustąpią, póki Chiny nie przestaną oszukiwać naszych pracowników i kraść nasze miejsca pracy […] Tak się stanie. W przeciwnym wypadku nie musimy robić z nimi interesów. Możemy wytwarzać produkty tutaj, jeśli będziemy musieli – tak jak robiliśmy to kiedyś” – mówił Trump.

W maju 2019 r. zapowiedzi podwyżki ceł weszły w życie, podwyższono cła na import z Chin o wartości 200 mld USD. Strona chińska wyraziła ubolewanie i 15 maja ocliła stawką 25 proc. import z USA o wartości 60 mld USD rocznie.

Broń w tej wojnie ma nie tylko kwotowy, ilościowy charakter. Implementowane są również rozwiązania o charakterze jakościowym. Warto wspomnieć, że chiński koncern Huawei dostał od Waszyngtonu „blokadę” w dostępie do oprogramowania Android. Władze USA zakazały amerykańskim firmom współpracy z Huawei, sugerując, że firma wykrada amerykańskie dane. Co więcej, Trump naciskał swoich sojuszników, w tym Wielką Brytanię, aby blokowały rozbudowę sieci 5G przez firmę Huawei, która w tym segmencie technologicznym ma wielki potencjał.

Czy Stany grają fair?

Pod adresem Chińczyków padają zza oceanu mocne słowa, natomiast można zadać sobie pytanie, czy Stany Zjednoczone są wzorem do naśladowania. Okazuje się, że nie do końca. Stany Zjednoczone zarzucają Chinom luki w respektowaniu własności intelektualnej. Chciałoby się powiedzieć: „Zapomniał wół, jak cielęciem był”. Gdy Stany Zjednoczone goniły gospodarczo Europę, również nie respektowały własności intelektualnej, bo nie było to w ich interesie. Warto podkreślić, że wynalazki osób, które nie były obywatelami USA, nie podlegały ochronie patentowej aż do 1836 r. USA nie przestrzegały też praw autorskich należących do cudzoziemców do 1891 r. To są fakty, o których mało kto dziś pamięta, a które unaoczniają koniunkturalność poglądów Amerykanów. Prawo patentowe i własność intelektualna powinny być respektowane, jeśli Stanom Zjednoczonym się to opłaca – taka jest logika tego postępowania.

Również aktualnie USA dotują  przedsiębiorstwa amerykańskie, np. Teslę czy Space X – firmy Elona Muska. Wizjoner otrzymał w ten sposób ok. 5 mld dotacji.

Jaki jest strategiczny cel USA?

Aktualne spory na temat technologii i handlu stanowią jedynie taktyczno-operacyjny poziom działań. Na poziomie strategicznym Stany Zjednoczone Ameryki wręcz panicznie dążą do utrzymania prymatu dolara na świecie. Chcą, aby światowy system finansowy nadal był dolarocentryczny. Warto więc przypomnieć, jak doszło do tego, że to właśnie dolar został walutą światową – powszechnie akceptowalną.

Przed chaosem w międzynarodowym systemie walutowym spowodowanym przez dwie wojny światowe pieniądz miał pokrycie w kruszcu, zwykle było to złoto. Oznaczało to, że państwa emitowały banknoty, które były jedynie symbolem złota zdeponowanego np. w banku centralnym. Banknoty można było wymienić w każdej chwili na kruszec. Po drugiej wojnie światowej postanowiono uporządkować finanse międzynarodowe, dlatego w Bretton Woods w 1944 r. zadecydowano, że wszystkie waluty będą miały pokrycie w złocie lub w dolarze amerykańskim. Sam dolar również miał mieć pokrycie w złocie po stałym kursie 35 USD za uncję złota. Zatem „zielony” stał się swojego rodzaju walutą pośrednią – czymś między złotem a walutami fiducjarnymi (papierowymi). Te ustalenia stanowiły realne koronowanie dolara amerykańskiego jako waluty międzynarodowej.

Jednak oparcie waluty na złocie uniemożliwia jego dynamiczną kreację w systemie bankowym. Jak można było się spodziewać, w 1971 r. USA ogłosiły zawieszenie wymienialności dolara na złoto (słynne zamknięcie „okienka ze złotem” przez Nixona). Moment ten był kluczowy, pieniądz stracił pokrycie kruszcu i w ten sposób narodził się powszechnie pieniądz fiducjarny – oparty jedynie na wierze i zaufaniu do instytucji, która go emituje. System z Bretton Woods okazał się nietrwały, jednak dolar amerykański pozostał walutą międzynarodową, mimo że nie był już pokryty kruszcem.

Dlaczego dla Amerykanów tak ważna jest pozycja dolara? Po pierwsze, waluta międzynarodowa jest chętnie nabywana przez wiele instytucji, w tym banki centralne. Oznacza to, że dług USA – amerykańskie obligacje nominowane w dolarach znajdują liczną grupę nabywców. Wysoki popyt na papiery skarbowe oznacza niskie rentowności, czyli tanie finansowanie. Amerykanie mogą zadłużać się za kreowany dług, kupując za te środki realne dobra, np. towary z Chin.

Upraszczając sytuację do prostego modelu: USA mogą kupować towary w zamian za produkowane przez siebie „papierki” z napisem „In God we trust”. Dlaczego Chiny godzą się na taki układ? Ponieważ za dolary mogą kupić dowolne dobra na rynku międzynarodowym. Na przykład rynek surowców jest rozliczany w dolarach. To pokazuje, jakie możliwości ma kraj będący emitentem waluty światowej.

Po drugie, im więcej jest dolarów w obiegu, tym bardziej ekspensywną politykę pieniężną można prowadzić. Jak już wiadomo, dolarów w światowym systemie finansowym jest ogrom – np. na kontach banków centralnych. W kraju bez waluty o globalnym zasięgu ekspansywna polityka monetarna (niskie stopy procentowe, wyższa podaż pieniądza) pobudza gospodarkę, ale i może spowodować inflację. W przypadku silnego zwiększenia podaży pieniądza w postaci kredytów ryzyko wystąpienia inflacji jest duże. Natomiast w przypadku gdy dolar pełni funkcję waluty światowej (jest go o wiele więcej), zawieszenie podaży pieniądza przez bank centralny (Fed) może stymulować gospodarkę USA, jednocześnie ryzyko inflacji jest niższe, ponieważ presja inflacyjna rozkłada się na cały świat, który posługuje się dolarem.

Trump potraktował Meksyk ostro i wygrał

Prezydent Trump 10 czerwca ogłosił, że towary z Meksyku zostaną oclone 5-procentową stawką. Co więcej, cła miały wzrastać o 5 punktów procentowych co miesiąc, do października, gdy stawka osiągnie poziom 25 proc. Te działania miały zostać podjęte, jeśli włodarze Meksyku nie zatrzymają imigrantów, którzy masowo i nielegalnie przekraczają granicę USA. Co interesujące, mocne uderzenie „dyplomatyczne” podziałało. Meksyk przychylił się do żądań, deklarując chęć współpracy i zapewniając, że podejmie odpowiednie działania ograniczające nielegalną migrację. Na bazie tych zapewnień cła zostały odwołane przez Waszyngton. Jak widać, agresywna strategia Donalda Trumpa przynosi efekty w przypadku starcia z małym i dużo słabszym krajem. Meksyk miał bardzo wiele do stracenia i potencjał tego kraju jest dużo niższy niż np. Chin.

Pozorny przełom w Osace

Na szczycie G20 w Osace (28 i 29 czerwca) Trump i Xi ustalili „wstrzymanie ognia” w wojnie handlowej, czyli brak wprowadzania nowych ceł. Obustronny gest został dobrze przyjęty przez rynki międzynarodowe, natomiast nie oznacza to jeszcze końca konfliktu. Jednak w czwartek, 1 sierpnia, optymizm „wyparował”, po tym jak Donald Trump na Twitterze poinformował, że negocjacje nie zakończyły się pomyślnie, ponieważ strona chińska zdecydowała się renegocjować warunki. W związku z tym USA nałożyły dodatkowo cła w wysokości 10 proc. na pozostały nieoclony dotychczas import z Chin o wartości 300 mld USD (!). Taryfy mają wejść w życie od 1 września.

Wygląda na to, że Stany Zjednoczone są osamotnione w zaostrzaniu wojny handlowej. Pozostałe kraje zacieśniają w tych warunkach współpracę.

Przed szczytem w Osace doszło do kilku innych porozumień handlowych. Na przykład 27 czerwca (tuż przed szczytem G20) premier Japonii Shinzo Abe i chiński prezydent Xi Jinping podjęli inicjatywę, która ma promować wolny i uczciwy handel, oraz wyrazili wolę utrzymywania bliskiej i stałej komunikacji. Społeczeństwa obu krajów, patrząc przez pryzmat zdarzeń historycznych (wojny i konflikty), nie pałają do siebie wielką sympatią, jednak wojownicza postawa amerykańskiego prezydenta sprawiła, że grają do jednej bramki – Japonia również obwiniana jest za deficyt handlowy USA.

Także Unia Europejska i kraje zrzeszone w Mercosur (Ameryka Południowa) po długich latach negocjacji doszły w czerwcu do porozumienia w sprawie stworzenia największej na świecie strefy wolnego handlu. To wydarzenie i jego analiza zasługują na opisanie w osobnej części artykułu.

Nowa strefa wolnego handlu

Kraje członkowskie Mercosur sprzedają do UE głównie żywność, natomiast importują produkty wysoko przetworzone, o tak zwanej „dużej wartości dodanej” (maszyny, chemikalia, produkty farmaceutyczne). Wydaje się, że taka umowa jest dobra dla krajów europejskiej wspólnoty, ponieważ sprzedając produkty zaawansowane technologicznie, UE relatywnie na tym zyskuje. Z drugiej strony polityka rolna Unii nierozerwalnie wiąże się z hojnymi dotacjami dla rolników w celu utrzymania rentowności lokalnego rolnictwa. Po zniesieniu ograniczeń handlu może to być nieco trudniejsze, ponieważ rynek Europy zaleje tańsza żywność z Ameryki Południowej. Jeśli konsumenci będą kierowali się głównie kwestiami cenowymi, to rolnicy ze Starego Kontynentu mogą mieć powód do zmartwień.

Dla konsumenta z Europy porozumienie oznacza możliwość obniżki cen żywności, co jest pozytywne, ale ten medal ma również drugą stronę. W krajach Ameryki Łacińskiej wymogi dotyczące żywności są niższe. Normy w UE są najbardziej wyśrubowane na świecie, dlatego istnieje ryzyko, że z Ameryki Południowej przypłynie jedzenie z większą zawartością przemysłowych hormonów, sztucznych polepszaczy żywności i modyfikowanych genetycznie itp.

Szczegółowe regulacje, które będą definiowały, na jakich warunkach owa współpraca ma przebiegać, prawdopodobnie będą jeszcze elementem negocjacji. Umowa nie znosi wszelkich ograniczeń w handlu, ale znosi cła na wiele dóbr. Dzięki temu wolumen wymiany handlowej powinien silnie się zwiększyć, co powinno pozytywnie przełożyć się na wzrost gospodarczy w Ameryce Łacińskiej i UE. Nie oznacza to, że poszczególne grupy społeczne nie będą poszkodowane. Na przykład niektórzy europejscy producenci żywności, którzy przegrają konkurencje o gusta konsumenta ze swoimi odpowiednikami zza oceanu, będą mieli powody do niepokoju.

Przyszłość

Kolejne lata pokażą, w jakim kierunku będzie rozwijała się sytuacja w międzynarodowym handlu. Czy po chwilowym napięciu dojdzie do powrotu na liberalne tory? Czy może powszechnie do łask powrócą cła? A może utworzą się bloki sojuszników handlujących ze sobą i jednocześnie broniących się przed importem z krajów o sprzecznych interesach? Co więcej, w ciągu kilkunastu czy kilkudziesięciu lat może uda się otrzymać odpowiedz na pytanie o przyszłość dolara w globalnym systemie finansowym. Niektóre kraje, takie jak Chiny, Rosja czy Iran, współpracują w celu osłabienia roli „zielonego” i tym samym odebrania Stanom Zjednoczonym przywileju emisji waluty światowej.

 

Dr Wojciech Świder