Można wygrać i nie rządzić…
Sobota, 17 sierpnia 2019 (17:46)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Zjednoczona Prawica jako pierwsza zaprezentowała pełne listy nazwisk kandydatów. Są dotychczasowi parlamentarzyści, samorządowcy i działacze społeczni. Oprócz znanych twarzy są także nowe, mniej znane nazwiska. Czy to przemyślane działanie, strategia czy konieczność podyktowana wąską ławką?
Musimy pamiętać, że Prawo i Sprawiedliwość wysłało do Parlamentu Europejskiego całkiem sporo działaczy – polityków, nazwijmy to, pierwszoligowych i teraz – w obliczu nowego wyzwania, jakim są wybory do Sejmu i Senatu – trzeba to uzupełnić. Oczywiście, nie mam rozeznania, jak to wygląda wszędzie, ale np. na gruncie lubelskim pojawiają się młodzi, dynamiczni działacze, jak chociażby wojewoda Przemysław Czarnek, co pokazuje, że ta zmiana warty nie jest przypadkowa, ale jest postawieniem na postaci bardzo dynamiczne, wybitne.
Myślę, że prawdopodobnie jest też wkalkulowana możliwość porażki, i ten spokój, jaki się pojawił po eurowyborach, jest nieco zmącony. Warto bowiem wziąć pod uwagę, że dla opozycji pójście do majowych wyborów jednym blokiem było błędem, natomiast teraz, kiedy podzielili się już na trzy główne bloki – przy szczęśliwym dla nich zbiegu okoliczności – może się okazać, że PiS wygra wybory w sposób znaczący, ale nie będzie miał władzy. I takie rzeczy mogą się zdarzyć, dlatego żeby się zabezpieczyć przed taką ewentualnością, trzeba było budować listy możliwie najsilniejsze.
Czy ta zmiana warty i postawienie na młodych działaczy nie osłabia Zjednoczonej Prawicy?
Żyjemy w systemie demokratycznym, w którym ludzie, widząc ciągle te same twarze, po prostu się męczą, i takie odświeżanie bardzo dobrze robi poszczególnym partiom. Tego nie ma w Platformie – Koalicji Obywatelskiej czy w SLD, które sięgają po polityków z dawnego PZPR-u. To jest żenujące i nużące, więc jeśli chodzi o Zjednoczoną Prawicę – zwłaszcza że do Europarlamentu poszło wielu znaczących i znanych polityków – to trzeba krajowe szeregi nieco odświeżyć. To po pierwsze. Po drugie nie widzę, żeby to była tzw. łapanka działaczy mało znaczących, ale uważam, że jest to przemyślane działanie, a kandydaci są nieprzypadkowi.
Wspomniał Pan Profesor, że wygrana PiS niekoniecznie musi oznaczać władzę. W sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” przeprowadzonym 9-10 sierpnia PiS może liczyć na 41,2 proc. głosów, co oznacza samodzielne rządy, ale jeśli trzy siły opozycyjne dostaną się do Sejmu i zewrą szeregi, to mogą odsunąć PiS od władzy…
Dokładnie tak jest. Pamiętajmy, że ta arytmetyka jest dosyć dziwna, bo rzeczywiście partia, która weźmie najwięcej głosów, zyskuje wtedy, gdy mniej ugrupowań wchodzi do Sejmu, natomiast jeśli wszystkie wchodzą, to sposób przeliczania głosów na mandaty metodą D’Hondta się spłaszcza. I w tym względzie jeśli ktoś jest pewny w stu procentach, że skoro wygrał i weźmie władzę, to wcale nie musi tak być, bo czasem mogą decydować ułamki procenta. Dlatego jeśli się nie ma dobrych, silnych kandydatów, którzy są w stanie zmobilizować elektorat kandydatów, którzy zdrowo konkurują i rywalizują ze sobą, żeby maksymalnie dużo głosów zdobyć dla partii, to wtedy łatwo można popełnić mały błąd, ale w konsekwencjach bardzo duży.
Opozycja na razie dużo mówi, mało robi i w przeciwieństwie do PiS-u, który odkrył karty, jeszcze nie przedstawiła list swoich kandydatów. Na co czeka?
Opozycja idzie do wyborów blokami, gdzie konfliktów jest co nie miara. Słyszymy, że nawet w PSL-u, który wydawał się poukładany ze sobą, w momencie, kiedy wszedł Kukiz ze swoimi kandydatami na jedynki list wyborczych, to wśród działaczy ludowych pojawia się bunt, protesty i pytania, jaki to ma sens. Dlatego żeby ogłosić listy, to najpierw trzeba się dogadać, a to – jak się okazuje –– nie jest takie proste w tych pogmatwanych koalicjach.
Zdążą…?
Zdążyć, zdążą, tylko pamiętajmy, że im później kandydaci wiedzą, że znajdują się na listach także na pozycjach, które dają szanse na mandat, to tym później rozpoczynają przygotowania do kampanii. Tymczasem jest cała masa spraw biurokratycznych, technicznych, jak chociażby zebranie podpisów, funduszy. Trzeba się spiąć organizacyjnie, poprosić ludzi do pomocy itd. I to nie są proste sprawy, ale sprawy bardzo czasochłonne, a czasu jest niewiele. I jeśli ten czas jest jeszcze skracany przez pewną opieszałość, też niemożność organizacyjną poszczególnych bytów koalicyjnych, to później musi się to przełożyć na wynik wyborczy.
Przed nami chyba dość ciekawa końcówka lata i jesień polityczna…?
Ta kampania już jest ciekawa, bo widzimy, że pojawiają się kwestie z wyborów do Parlamentu Europejskiego, to znaczy najbardziej radykalne środowiska starają się wejść w kampanię wyborczą z ideologią, co widać po marszach LGBT, happeningach, jak ostatnio w jednym z poznańskich klubów, gdzie na kukle symulowano poderżnięcie gardła ks. abp. Jędraszewskiemu. To ilustruje, w jakiej atmosferze ta kampania będzie się toczyć. Widać, że szykuje się kampania nie tylko stricte partyjno-polityczna, ale także ideologiczna.
Jaką rolę w tej kampanii powinny odegrać media i jak Pan ocenia dotychczasowe działania mediów?
Można powiedzieć, że mamy walkę na śmierć i życie. I jeżeli weźmiemy pod uwagę media liberalne, takie jak TVN, i ich przekaz, to widać, że zasadniczo mamy do czynienia z tak sprzeczną wizją świata i rzeczywistości politycznej z tym, co pokazują np. media publiczne, że to też mobilizuje elektorat.
Tak naprawdę opozycja nigdy nie miałaby tak wysokiego poparcia – nie proponując praktycznie nic dla Polski i Polaków, no może poza tym, że mają być „małżeństwa homoseksualne”, bez całej tej otoczki medialnej tworzonej przy pomocy lewicowo-liberalnych mediów. Nikt chyba nie uwierzy Schetynie, który mówi, że będzie dopłacał 500 złotych do najniższych zarobków. Jest to przecież tak daleko posunięty kosmos, że trudno to oceniać w kategoriach ekonomicznych czy w ogóle zdroworozsądkowych.
Natomiast oni jadą cały czas na antypisie, generowanym przez nienawiść w mediach. I tak jak podzielone są dzisiaj media, tak samo podzielone jest polskie społeczeństwo. Jesteśmy w tym nieszczęśliwym położeniu, że mamy dzisiaj dużo mediów z postkomunistyczno-liberalnym kapitałem, które wywierają gigantyczny wpływ na nasze życie społeczno-polityczne. Mam tu na myśli nie tylko czysto polityczne media, takie jak TVN24, ale media kobiece, rozrywkowe, gdzie w pewnym kontekście podaje się wykładnię rozumienia spraw publicznych. I z tego się bierze ten cały polityczny cyrk.
Skąd tak duże poparcie w sondażach dla opozycji, skoro z jednej strony w przypadku PiS mamy wiece z tysiącami uczestników, a z drugiej Grzegorz Schetyna mieści swoich sympatyków w małej salce?
Pytanie jest, na ile te wszystkie sondaże są prawdziwe. Trzeba pamiętać, że tak jak trudno jest znaleźć obiektywne media, tak samo trudno jest znaleźć obiektywne sondażownie. Proszę zwrócić uwagę, że sondaże – zwłaszcza w ostatnich latach – nigdy w pełni się nie sprawdziły w zestawieniu z wynikami wyborów. Ale tym nie należy się zbytnio przejmować, natomiast opozycja jakieś poparcie ma, co pokazały ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego; to zaś jest pochodną pewnego wpływu na stan umysłów w Polsce, jaki mają różnorakie media.
Naciski, które mają wpływ na świadomość społeczną, są dzisiaj różne. Kreuje się pewien ideologiczny obraz świata. Jeśli ktoś wybiera taki, a nie inny model świata, jeśli jest zwolennikiem rewolucji w Polsce, to zawsze będzie szukał i słuchał rewolucyjnych neomarksistowskich ugrupowań. To jest bardzo skomplikowana sytuacja, ale pamiętajmy, że nie tylko my przechodzimy przez proces rewolucji społecznej, ale cały świat zachodni. Tyle że u nas wcześniej tego nie było, i to, co mamy teraz, jest pochodną tego, co przynosi nam Zachód. A przynosi za pośrednictwem wszelako rozumianych środków medialnych.