• Piątek, 19 lipca 2019

    imieniny: Wincentego, Wodzisława

ŚRODY Z HISTORIĄ

Łuski w stodole

Czwartek, 4 lipca 2019 (00:29)

Wyniki częściowej ekshumacji obaliły tezy Jana T. Grossa

Sprawa zbrodni w Jedwabnem popełnionej 10 lipca 1941 r. stała się głośna w świecie po publikacji książki amerykańskiego socjologa żydowskiego pochodzenia Jana T. Grossa „Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka” (Sejny 2000). Pozycja ta i oparta na niej obszerna publicystyka w prasie krajowej i światowej jest od tej pory podstawą do skrajnych wystąpień antypolskich, oskarżających Polaków o współudział w holokauście.

Wydarzenia te były przedmiotem śledztwa IPN (od 2000 r.). Według wersji zawartej w pisemnych relacjach żydowskich, ludność polska, zachęcona przez Niemców, jakoby samodzielnie wymordowała (przez spalenie żywcem w stodole) od 1600 aż do 3800 żydowskich mieszkańców. Niemcy w tej zbrodni mieli nie brać udziału, a ich rola miała ograniczać się wyłącznie do fotografowania i filmowania przebiegu zbrodni.

Podstawą wszelkich ocen i rekonstrukcji wydarzeń głównie były relacje Szmula Wasersztejna, który twierdził, że był naocznym świadkiem. Jego opowieści są bardzo drastyczne i wyjątkowo szczegółowe. „10 VII 1941 r. rano przybyło do miasteczka 8 gestapowców, którzy odbyli naradę z przedstawicielami władz miasteczka. Na pytanie gestapowców, jakie mają zamiary w stosunku do Żydów, to wszyscy jednomyślnie odpowiedzieli, że trzeba wszystkich zgładzić”.

W Jedwabnem wiosną 1941 r. mieszkało 562 Żydów. Część z nich uciekła po 22 czerwca do Łomży i dalej na wschód z Armią Czerwoną, wielu młodych mężczyzn powołano do wojska. Aż do listopada 1942 r. żyło jeszcze w tej miejscowości ponad 100 miejscowych Żydów (getta tam nie było).

Wyniki częściowej ekshumacji dokonanej na miejscu zbrodni (w maju 2001 r.) są całkowitym zaprzeczeniem wersji zawartej w relacjach Wasersztejna oraz wszystkich innych „naocznych” świadków. Okazało się bowiem, że ofiar było kilkakrotnie mniej, na miejscu znaleziono liczne łuski karabinowe, ponadto ofiary nie zostały obrabowane. Znaleziono liczne złote monety i złotą biżuterię, zegarki, obrączki, klucze, przedmioty codziennego użytku. Świadczy to o tym, że ofiary nastawione były na deportację. Powyższe ustalenia nakazują traktować wszelkie „zeznania” i „relacje” – złożone w sprawie przebiegu wydarzeń w Jedwabnem – z najwyższą ostrożnością.

Sfałszowane dowody

W 1948 r. rozpoczęło się śledztwo, prowadzone przez UB w Łomży. Żydowski Instytut Historyczny przesłał również, jako dowód w sprawie, „Wyciąg protokołu Nr 152 ŻIH”, czyli obszerny fragment jednej z relacji Wasersztejna. Został on jednak sfałszowany (mimo że jest opatrzony pieczęcią ŻIH), ponieważ zawiera dłuższą listę rzekomych sprawców niż widnieje w odpisie tej relacji, przechowywanej do dziś. W ramach śledztwa przesłuchano kilkadziesiąt osób, zarzuty postawiono 22 osobom. Najbardziej obciążające miejscowych Polaków zeznania złożyli: Eliasz Grądowski i Abram Boruszczak, którzy mieli być naocznymi świadkami zbrodni.

Świadek Grądowski zeznał m.in.: „W 1941 r. kiedy wkroczyły wojska okupanta niemieckiego na teren Jedwabnego ludność polska przystąpiła do mordowania ob.[ywateli] narodowości żydowskiej, gdzie wymordowali około półtora tysiąca osób przez spalenie w stodole i zabijanie na cmentarzu […]. Po zagnaniu wszystkich żydków na rynek dali im nosić pomnik Lenina i kazali śpiewać piosenkę jeśli zawtra wojna później wybrali zdrowszych mężczyzn i zaprowadzili na cmentarz, wykopali rów i tam ich pozabijali jak kto czym, kto nożem, kto kijem, kto bagnetem, a resztę zaprowadzili do stodoły Śleszyńskiego i spalili”. Grądowski obciążył w swych zeznaniach 25 osób, twierdząc m.in., że „Niemcy udziału w mordowaniu żydów w m. jedwabne nie brali a nawet jeszcze kilku schowali żeby ich polacy nie zamordowali, stali obok i to wszystko fotografowali, jak polacy znęcali się nad żydami”. Ponadto świadek ten zeznał, że „widział to jeszcze Boruszczak Abram”.

Następnego dnia zeznawał świadek Boruszczak, który praktycznie słowo w słowo powiedział to samo. Ich zeznania są podstawą wszelkich „analiz”, dokonanych przez Grossa oraz innych publicystów. Tymczasem już podczas rozprawy w Sądzie Okręgowym w Łomży w maju 1949 r. okazało się, że nie byli oni świadkami wydarzeń (Grądowski już w 1940 r. został przez Sowietów deportowany na Syberię za kradzież, a Boruszczak nigdy nie mieszkał w Jedwabnem). Relacji Wasersztejna sąd również nie uznał za wiarygodną. Inni świadkowie byli zmuszani przez UB do składania fałszywych zeznań poprzez bicie i znęcanie się. Podczas rozprawy odwoływali swe zeznania złożone przed oficerami śledczymi UB. Oskarżono łącznie 22 osoby, z tego 10 uniewinniono, resztę skazano na kary długoletniego więzienia, jednego oskarżonego (niemieckiego żandarma) skazano na karę śmierci.

Podczas procesu wyszły na jaw inne wątki, których sąd nie wziął w ogóle pod uwagę. Świadek Józef (Izrael) Grądowski – przedwojenny prezes gminy żydowskiej w Jedwabnem, zeznał, że „Eliasz Grądowski chciał pieniędzy od oskarżonych, oni nie dali mu to on ich tak oskarżył a ci ludzi są niewinni”. Było to związane z procederem masowego przejmowania majątków po Żydach zamordowanych podczas II wojny światowej. W tego typu afery byli zamieszani m.in. żydowscy funkcjonariusze UB.

 

Wybiórcze źródła

Po latach do sprawy Jedwabnego wrócił Gross. Oskarżył mieszkańców Jedwabnego, że w niezwykle drastyczny sposób samodzielnie, bez udziału Niemców, wymordowali wszystkich Żydów, robiąc to „na własne życzenie”. Podstawowe wątki jego książki zostały profesjonalnie zakwestionowane w toku badań przez m.in.: Marka J. Chodakiewicza, Bogdana Musiała, Piotra Gontarczyka, Tomasza Strzembosza, Normana G. Finkelsteina, Jerzego Roberta Nowaka, Aleksandra B. Rossino. Gross w swych publicznych wypowiedziach określił, że „Sąsiedzi” „są publikacją naukową, napisaną w oparciu o dostępną dokumentację przedmiotu i skrupulatne badania. […] łatwo stwierdzić, że jest ona opatrzona przypisami i odnośnikami”. Ale rzetelność publikacji naukowej polega na wszechstronnym zbadaniu wszystkich dostępnych źródeł i ich starannej weryfikacji. A tego Gross nie zrobił.

Obecnie nawet historycy mu przychylni są bardzo krytyczni wobec jego tez i megalomaństwa. Nagle przerwana ekshumacja wykazała m.in., że należy wykluczyć motyw rabunkowy, miejscem zbrodni nie był kirkut oraz należy zmniejszyć liczbę ofiar (początkowo szacowano, że to 150-250 osób, później, na żądanie prokuratora generalnego – 340). Profesor Andrzej Kola, który kierował tymi pracami, ujawnił, że znaleziono liczne łuski. „Należy je wiązać z wypadkami 10 lipca 1941 r. Leżały na głębokości nie mniej niż 60 cm. Musiały się tam dostać wtedy, kiedy powstawał grób. Nie mogły tam zostać wciśnięte później. […] Pewna część łusek, tych z mosiądzu, miała na spłonce wybitą datę 1939”.

Ekshumacja, której przeprowadzenie mogło najwięcej wyjaśnić, została przerwana już w fazie początkowej – jakoby na skutek sprzeciwu części rabinów. W ten sposób zaprzepaszczono szansę ustalenia stanu faktycznego. Było to niezgodne z polskim prawem, zaś argument o wyjątkowości ofiar żydowskich i zakazie ekshumacji jest nieprawdziwy, ponieważ w takich przypadkach przeprowadza się je bez żadnych przeszkód ze strony żydowskiej.

Leszek Żebrowski