Umorzone śledztwo dotyczące wywózki gdańszczan
Wtorek, 15 stycznia 2013 (20:20)Pion śledczy gdańskiego oddziału IPN umorzył śledztwo dotyczące przymusowych deportacji Polaków z regionu gdańskiego do byłego Związku Sowieckiego przeprowadzonych w 1945 roku. Na zesłanie NKWD skierowało wówczas ponad 1,3 tys. osób.
Jak głosi komunikat IPN, przyczyną umorzenia był m.in. fakt, że osoby odpowiedzialne za deportacje już nie żyją.
- Wyczerpaliśmy możliwość przeprowadzenia jakichkolwiek kolejnych dowodów. Ponieważ zasadniczo te osoby, które ustaliliśmy jako pokrzywdzonych - żyjące lub ich krewni - zostały już przesłuchane. Kolejne natomiast pomimo naszych apelów już się nie zgłaszają - informuje prokurator Maciej Schulz, naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku, w rozmowie z portalem NaszDziennik.pl.
Prokuratorzy poddali badaniom wszystkie dokumenty, jakie były w polskich archiwach, m.in. listy deportowanych. - Osoby oraz ich losy: czy zmarli w czasie deportacji lub też później, mamy ustalone. Poddaliśmy też analizie wykazy deportowanych, które zachowały się w archiwach polskich. Było to trudne, ponieważ nie jest wyszczególnione, skąd pochodzą - zaznacza naczelnik. Dodaje, że dane personalne napisane po rosyjsku często nie odpowiadały rzeczywistości.
W czasie śledztwa IPN ustalił nazwiska 1362 Polaków, którzy w 1945 r. zostali deportowani w głąb byłego Związku Sowieckiego z terenu ówczesnego województwa gdańskiego. Przymusowe wywózki dotknęły jednak o wiele więcej osób: szacuje się, że z terenu całego Pomorza deportowano nawet 40 tys. osób, w tym także narodowości niemieckiej.
Schulz wskazuje, że za deportacje odpowiedzialne było NKWD. Według niego, były one przeprowadzane na podstawie decyzji wydanych przez Państwowy Komitet Obrony ZSRS, w skład którego wchodzili m.in.: Ławrientij Beria, Wiaczesław Mołotow, Józef Stalin, Kliment Woroszyłow.
Naczelnik zaznacza, że niechętny stosunek do państwa sowieckiego nie był jedynym powodem wywózek.
- Z jednej strony były to osoby typowane, które pozostawione z tyłu frontu mogły przynieść Armii Czerwonej „kłopoty”, czyli związane z ruchem oporu, a z drugiej - ludzie, którzy z racji swego zachowania mogły „zaszkodzić”. Byli to pomówieni o współpracę np. z nazistami, ale często decydował przypadek. Niekiedy wręcz urządzano łapanki. Zbierano wszystkich młodych ludzi z jakichś wsi lub stały patrole na drodze i zatrzymywały. Nie było jednej reguły – podkreśla naczelnik.
Zgodnie z ustaleniami IPN po umieszczeniu w tzw. obozach filtracyjnych, m.in. w Działdowie, Grudziądzu i Iławie, wśród zatrzymanych dokonywano selekcji, po czym formowano transporty kolejowe, w których Polaków wywożono do azjatyckiej części byłego ZSRS, ale także do obozu w Szawlach na terenie Litwy. Tam ich osadzano w łagrach i zmuszano do niewolniczej pracy przeważnie w kopalniach i w tajdze przy wyrębie drzew. Część zesłańców wróciła jednak do Polski. Pierwsi już we wrześniu 1945 r., a następni - w kilku kolejnych latach. Wielu deportowanych zmarło jednak lub zaginęło na zesłaniu.
W ramach śledztwa prokuratorzy badali dokumenty m.in. w Centralnym Archiwum Wojskowym, Archiwum Akt Nowych, Archiwum Miasta Stołecznego Warszawy, Archiwach Państwowych i Litewskim Archiwum Specjalnym.
Jacek Dytkowski